Nazywam się Bogdan Wierzejski, mam sześćdziesiąt jeden lat i od dwudziestu trzech prowadzę punkt pocztowy na Targówku, dwie przecznice od warsztatu, w którym pracowała matka Zuzi. Piszę o tym, bo listonosz w małej filii widzi więcej, niż powinien — nie z ciekawości, tylko bo koperty same się rzucają w oczy, kiedy przez trzy miesiące codziennie przynosisz tej samej rodzinie po pięć, sześć, a raz choćby jedenaście listów jednego dnia.
Zuzanna Kowalik chodziła do trzeciej klasy Liceum im. Marii Curie-Skłodowskiej przy ulicy Kondratowicza. Znałem ją, bo jej matka, Iwona, pracowała w warsztacie Krzysztofa — mechanika, u którego oddawałem swoją starą Skodę Fabię co pół roku na przegląd. Iwona siedziała na recepcji, przyjmowała klientów, parzyła kawę z automatu, który wiecznie się zacinał. Zawsze pytała, czy przesyłki od uczelni już przyszły, jakby to była loteria, w której grała cała ulica.
Zuzia miała średnią 5,8 na świadectwie i była druga w roczniku, tuż za jakimś chłopakiem z klasy matematyczno-fizycznej. Napisała ponad trzydzieści listów motywacyjnych — widziałem je, bo raz zaniosłem do warsztatu paczkę z wydrukami, które zamawiała w drukarni na Radzymińskiej, bo w domu skończył się tusz. Sterta papieru, każda strona inna, każda pod inną uczelnię: Kraków, Wrocław, Poznań, kilka programów z Wielkiej Brytanii, jeden z Holandii.
Zaczęło się w lutym. Pierwsza koperta z Uniwersytetu Warszawskiego, potem z SGGW, potem cisza na dwa tygodnie, aż w marcu zaczęło się lawinowo. Nosiłem te listy i już po fakturze pocztowej — bo uczelnie płacą za priorytety — wiedziałem, iż coś się dzieje. Iwona zaczęła wychodzić na ulicę, kiedy widziała mój wózek z daleka. Nie pytała "czy jest coś", pytała "od której to dzisiaj", jakby prowadziła własny ranking.
W kwietniu przyniosłem naraz cztery koperty z SWPS, z Uniwersytetu Gdańskiego, z Akademii Leona Koźmińskiego i jedną z jakiejś politechniki w Belgii. Iwona otworzyła je od razu na chodniku, nie czekając na Zuzię, bo dziewczyna była wtedy na zajęciach. Trzęsły jej się ręce przy tej belgijskiej, bo koperta była cięższa, na grubszym papierze, i pomyślała, iż to odmowa — u nas w Polsce cięższa koperta zwykle znaczy więcej papierów do wypełnienia, czyli przyjęcie. Miała rację.
Krzysztof, właściciel warsztatu, zaczął się śmiać, iż jeszcze trochę i będzie musiał dokupić drugą szafkę na akta, bo Iwona przynosiła kopie każdego listu do pracy i wpinała je w segregator, który trzymała pod biurkiem, między katalogiem klocków hamulcowych i termosem z kawą. Mówiła, iż nie wierzy w to, co się dzieje, dopóki nie zobaczy tego czarno na białym w segregatorze.
Do czerwca suma stypendiów, które proponowały Zuzi różne uczelnie — głównie te zagraniczne, bo takie tam praktyki, stypendia pełne czy częściowe za wyniki — przekroczyła, jak mówiła Iwona, dziewięć milionów złotych, licząc rozłożone na kilka lat studiów. Sto dwadzieścieszóć odpowiedzi, z czego może z dziesięć odmownych, resztę przyjęto. Nie zliczyłem tego sam, powtarzam po Iwonie, ale nie miałem powodu jej nie wierzyć — segregator puchł, a ja nosiłem koperty jak listonosz na zmianę robi rundę: mechanicznie, ale zapamiętując twarze, które czekają.
Ostatniego dnia szkoły, w czerwcu, przyszedłem do warsztatu z paczką — nie listem, paczką, w kartonowym pudle, od jakiejś firmy edukacyjnej, która chyba przysłała jej laptop albo coś w tym rodzaju jako część stypendium. Iwona stała w progu, w ubraniu roboczym, z ręką opartą o framugę, i czekała, aż zobaczę jej twarz, zanim jeszcze podałem pudło. Nie powiedziała nic wielkiego. Powiedziała tylko: "Ona zdecydowała na psychologię, u nas, w Warszawie. Zostaje."
Podpisałem jej kwit, ona podpisała mój, i tyle. Odjechałem na rowerze pocztowym w stronę Bródna, mijając kolejkę do przystanku, i pomyślałem, iż dziewczyna, która mogła wybrać Belgię, wybrała blok przy Kondratowicza i matkę, która przez pół roku otwierała koperty na chodniku, żeby nie czekać do wieczoru.









