W głębinach ma tylko sześć odcinków i prawdopodobnie tyle samo pomysłów na to, jaką historię chce opowiedzieć. Trzeba przyznać, iż nie są to złe pomysły, ale niestety brak fabularnej spójności powoduje, iż seans nie jest tak satysfakcjonujacy, jak mógłby być. A szkoda, bo przecież historie grozy z mackami w tle są zawsze mile widziane w popkulturze.
Nowy miniserial od Netfliksa, którego showrunnerem jest Jesse McKeown, zapowiadał się naprawdę dobrze. Rybak Calvin Penney (Josh Hartnett) wraz z synem Wadem (Charlie Heaton) żyją w nadmorskim, nowofundlandzkim miasteczku, nad którym od dawna wisi widmo upadku i przesiedleń. Wizja utraty domu to jednak nie jedyny problem bohatera. Prawdziwy koszmar rozpoczyna się dopiero wtedy, gdy miasteczko zaczyna być terroryzowane przez tajemniczą istotę z głębin. Tę samą, która dekady wcześniej zabiła ojca Calvina. Niektórzy giną. Inni chorują. Panuje chaos. A to wszystko dzieje się podczas Święta Powrotów – corocznego wydarzenia, podczas którego miasteczko odwiedzają jego dawni mieszkańcy w tym dwójka starszych dzieci Calvina. Czy bohater zdoła uratować swoją rodzinę przed okrutną śmiercią, czy znowu będzie zmuszony patrzeć, jak jego bliscy giną?
Zobacz również: Carrie – recenzja serialu. Każdy ma w sobie odrobinę Lśnienia
Muszę przyznać, iż pierwsza część serialu zapowiadała się naprawdę dobrze. Już sam początek wciąga widza w mroczną i niepokojącą historię o tym, iż morskie otchłanie skrywają istoty, w obliczu których ludzkość może być jedynie ofiarą. To wszystko przeplatane jest ciepłą, rodzinną historią w nadmorskiej miejscowości, co jedynie dodaje wydarzeniom grozy. Niestety im dalej w las, czy raczej w toń, tym ustanowiony na początku klimat znika. I nie chodzi tu choćby o to, iż twórcy nie potrafią utrzymać odpowiedniej atmosfery. Po prostu nagle serial zmienia określony wcześniej kierunek i zaczyna opowiadać nieco inną historię. A potem robi to ponownie tylko po to, by finał, dość niespodziewanie, wysunął na pierwszy plan jeszcze inne wątki. Jest to dość konfundujące, bo tym sposobem początkowy ton produkcji zupełnie nie współgra z tonem ostatniego odcinka.
Kolejnym problemem serialu są dziury fabularne. Czasami bohaterowie bez odpowiedniego uzasadnienia zachowują się wbrew logice, tylko po to, aby scenariusz mógł dorzucić im więcej problemów. Niekiedy też niektóre wątki otrzymują boleśnie naciągane konkluzje, a inne zostają rozwiązane poza ekranem, chociaż stanowiły istotną część historii. Mamy tu też pewne pomysły, które wydają się dodane do fabuły tylko po to, aby odcinki nie były za krótkie.
Fot. materiały prasowe (Netliks)Zobacz również: Latarnie – recenzja serialu. Kłócą się jak stare dobre małżeństwo
Trzeba jednak przyznać, iż W głębinach nie jest produkcją tragiczną. Są tutaj sceny, które wypadają świetnie i aż szkoda iż potencjał tej historii nie został w pełni wykorzystany. prawdopodobnie gdyby nie mocny początek, nie byłoby mi aż tak żal, iż zakończenie nie było równie satysfakcjonujące. Naprawdę dobrze wypada też tutaj obsada aktorska, a zwłaszcza Josh Hartnett. Przyjemnie ogląda się go w roli ojca, który chce jak najlepiej dla swojej rodziny ojca. Możliwe iż to właśnie dlatego wątek obyczajowy produkcji nie zalicza się do grona wątków ze zmarnowanym potencjałem. Serial radzi sobie również w oddaniu atmosfery nadmorskiego miasteczka i ukazaniu lokalnej społeczności. Warto też docenić fakt, iż aktorzy używają dialektu nowofundlandzkiego, co z pewnością nie było dla nich łatwe.
W ostatecznym rozrachunku W głębinach to dość przeciętna produkcja. Trudno tu mówić o serialowej katastrofie, ale niestety tytuł nie potrafi spełnić oczekiwań, które sam stworzył. prawdopodobnie gdyby twórcy zdecydowali się na ograniczenie własnych pomysłów i konsekwentnie poprowadzili historię, serial wiele by na tym zyskał. Niestety tak się nie stało, więc koniec końców otrzymaliśmy dziwną mieszankę lovecraftiańskiego horroru i czegoś co można określić jako kontynuację filmu Uwolnić Orkę.
Fot. główna: materiały prasowe (Netflix)













