W rozwianej sutannie przemyka uliczkami Wenecji. Gdzie się spieszy? Czy to właśnie teraz gra w jego głowie ritornello orkiestry uwiecznione w „Jesieni”? A może po prostu potrzebuje zaczerpnąć październikowego, wilgotnego powietrza, nękany kolejnym napadem choroby, która towarzyszy mu od dzieciństwa? Rudy Ksiądz, geniusz, oryginał, skandalista, bufon, jedna z najbarwniejszych postaci dawnej Wenecji. Wciąż wodzi za nos tych, którzy myślą, iż o słynnym kompozytorze wiedzą wszystko…
Ponad osiemset dzieł, w tym ponad pięćset koncertów, to twórczość Antonia Vivaldiego odkryta do dziś. Wykonywana jest z tego ledwie połowa. Ile z nich pieściło ucho słuchaczy początku XX wieku? Zero. Ten niezwykle płodny kompozytor po śmierci zniknął zupełnie z sal koncertowych i potrzeba było aż dwustu lat, by pojawił się w nich na nowo. Drogę do odrodzenia zainteresowania jego twórczością otworzyło odkupienie w 1927 roku od salezjańskiego kolegium św. Karola w Borgo San Martino czternastu tomów jego rękopisów. Dlaczego na dwa wieki nad jego grobem zaległa cisza? Niektórzy twierdzą, iż świat muzyki musiał odpocząć, zamęczony nadmiarem repertuaru…
Wenecja młodego Vivaldiego
Antonio nie mógł urodzić się w lepszym miejscu i czasie niż Wenecja przełomu XVII i XVIII wieku. Republika przeżywała właśnie swój ostatni moment kulturalnego rozkwitu. Bogactwo zdobyte dzięki handlowej dominacji na Morzu Śródziemnym sprawiło, iż stała się kuźnią największych muzycznych i teatralnych talentów ówczesnej Europy. Artyści zależeli co prawda od prywatnych mecenasów, ale nie byli skrępowani surową postawą Kościoła katolickiego ani kaprysami tego czy innego dworu. Działało tu czternaście scen, z czego połowa wystawiała tylko opery. Jednak Wenecja była także miejscem dla najzdolniejszych i najbardziej pracowitych – przebicie się na tle ogromnej konkurencji stanowiło niezwykle trudne zadanie. Dla pierwszego z sześciorga dzieci Giovanniego Battisty Vivaldiego i Camilli Calicchio nie było ono jednak ponad siły!
Gdy Antonio przyszedł na świat, był niemowlęciem tak słabym, iż ochrzczono go in pericolo di morte, czyli na wypadek śmierci. Po dwóch miesiącach przeszedł już normalną procedurę chrztu, ale mówi się, iż słabe zdrowie zdeterminowało wiele jego życiowych wyborów, od przyjęcia kościelnych ślubów aż po wyrazistość charakteru i… muzyczny styl.
Wenecja była miejscem dla najzdolniejszych i najbardziej pracowitych
Nauki gry na skrzypcach uczył się od wczesnych lat od ojca. Giovanni zarabiał na chleb jako fryzjer, ale na kartach historii zapisał się także jako skrzypek. Prawdopodobnie nie tylko umilał klientom czas oczekiwania na przyjęcie przez cyrulika, ale również – wiemy to z kościelnych dokumentów – do późnego wieku grał jako kontraktowy muzyk w orkiestrze bazyliki Świętego Marka w Wenecji. Uczeń jednak gwałtownie przerósł mistrza: zdarzało się więc, iż młody Antonio zastępował ojca w jego muzycznych obowiązkach.
Muzyczny talent chłopca nie pozostawiał wątpliwości. Dlaczego więc rodzice przeznaczyli syna do stanu kapłańskiego? Podobnie jak teraz, tak i w Wenecji czasu baroku artystyczna droga nie gwarantowała dostatniego życia. Kapłaństwo miało być zatem sposobem na społeczny awans niezbyt majętnej rodziny. Pierwsze kościelne śluby złożył Antonio, mając lat piętnaście, by po kolejnych dziesięciu latach zostać kapłanem i dorobić się przydomku Il Prete Rosso, co znaczy „Rudy Ksiądz” – rudego z racji ognistej czupryny, księdza z powodów nam już znanych.
Ojciec Antonia Vivaldiego był fryzjerem, ale grał także na skrzypcach w bazylice Świętego Marka
Kompozytor z sierocińca
Ospedale Della Pietà, dosłownie Szpital Miłosierdzia, a w tamtych czasach jeden z czterech miejskich sierocińców, to miejsce, z którym nieodłącznie kojarzona jest postać kompozytora. Tam zaczynał swoją muzyczną karierę jako skromny nauczyciel gry na skrzypcach, z pensją trzydziestu dukatów rocznie, by już po pół roku dostać podwyżkę do stu dukatów, a do swoich obowiązków dołączyć dyrygowanie orkiestrą i komponowanie. Dziś, gdy lekcje muzyki w szkołach obywają się bez znajomości nut, a poziom nauczania nie daje uczniom choćby ramowej orientacji w świecie muzyki, zatrudnianie w XVIII-wiecznych sierocińcach najlepszych światowych kompozytorów może wydawać się ekstrawagancją. Wtedy jednak sierocińce świetnie zarabiały na organizacji koncertów, a ich fundusze uzupełniały jeszcze kościelne i prywatne dotacje. To właśnie owe instytucje wniosły do języka słowo „konserwatorium” – w rozumieniu szkoły muzycznej. Na tle epoki wyróżniały się także tym, iż zarówno orkiestry, jak i chóry w sierocińcach składały się wyłącznie z dziewcząt – chłopcy uczeni byli na czeladników – i to w czasach, gdy droga do zawodowego wykonywania muzyki instrumentalnej była dla kobiet zamknięta.
Mężczyzna – zło konieczne
Mrówcza praca Vivaldiego zaważyła na tym, iż to właśnie Ospedale Della Pietà, a nie trzy inne weneckie placówki, zapisał się na łamach historii muzyki. Tutejsza orkiestra miała przewyższać poziomem Operę Paryską, a jedna z uczennic, Anna Maria Ospedaletto – czy inaczej Anna Maria z La Pietà – wszechstronnością górowała nad niejednym wirtuozem. Vivaldi cenił sobie kobiecy zespół tak bardzo, iż w mocno podkreślonych solowych partiach komponowanych dla nich koncertów dbał o to, by podopieczne mogły zaprezentować pełnię swoich możliwości. Znany był także z karkołomnego tempa swoich utworów. Katorżnicze próby, które prowadził z żeńskim zespołem, były być może jedyną drogą pozwalającą zapewnić jego twórczości perfekcyjną oprawę. Koncerty organizowane przez Ospedale Della Pietà przyciągały nie tylko kwiat obywateli Wenecji, ale i koronowane głowy. kooperacja z sierocińcem dawała więc obopólne korzyści, także finansowe. Po dwudziestu latach od wejścia w mury placówki Vivaldi mógł liczyć na wynagrodzenie w wysokości jednego cekina w złocie za każdy utwór, co stanowiło bez wątpienia dodatkowy bodziec, choćby dla tytana pracy, za którego uchodził. Tylko od tego momentu spod pióra Rudego Księdza wyszło czterysta koncertów! Z drugiej jednak strony błędem byłoby sądzić, iż kompozytorski kunszt zapewniał mu bezpieczeństwo i komfort pracy na długie lata. Mężczyźni, którzy uczyli dziewczęta muzyki, traktowani byli raczej jako zło konieczne i obciążenie dla budżetu placówki niż jako stały personel. Podpisywano z nimi kontrakty na rok – tak by zdołali nauczyć dziewczęta gry na konkretnym instrumencie. Później uczennice same zajmowały się nauką młodszych od siebie pensjonariuszek. Zatrudnienie Vivaldiego, podobnie jak i innych męskich nauczycieli gry na instrumentach, wielokrotnie kwestionowano, a co roku poddawano głosowaniu przez zarząd placówki. Naszemu bohaterowi udawało się przedłużać kontrakt częściej niż innym, jednak zdarzało się, iż i od jego usług odpoczywano latami.
Karykatura Vivaldiego z 1723 roku. Jej autorem jest Pier Leone Ghezzi
Na językach
Tu dochodzimy do charaktery słynnego dziś kompozytora, a dla ówczesnych może bardziej – wirtuoza skrzypiec. To jego temperament sprawiał, iż prowadzony przez Kościół sierociniec, mimo korzyści wynikających ze współpracy z nim, niejednokrotnie nie chciał przedłużyć mu kontraktu. Zarządowi placówki nie podobało się jego zamiłowanie do opery, uważanej przez Kościół za formę płochej rozrywki, częste podróże, a także, jak głosiły plotki, łamanie surowego regulaminu placówki. Kompozytor miał wbrew zakazom zabierać swoje podopieczne na koncerty poza jej mury, do czego złośliwi dopisywali oczywiście dalsze, mniej cenzuralne rozwinięcia… Zresztą nie tylko w tym przypadku relacje Antonia z kobietami były źródłem plotek. Jego kontakty z operową śpiewaczką Anną Girò, dla której pisał i wystawiał opery, obsadzając ją zawsze w głównych rolach, przez lata dostarczały materiału do złośliwych komentarzy. Związek stał się też prawdopodobnie pretekstem do zakazania mu wjazdu do księstwa Ferrary przez legata kardynała Ruffo. Pewnie jednak było warto – Anna Girò była światłem jego starości i towarzyszką trwających czternaście lat podróży po Europie. Fascynacja nie najlepszą wcale śpiewaczką sprawiła też, iż nie wyobrażał sobie pracy z żadną inną primadonną.
Na językach znalazł się swego czasu także fakt niezwiązany z płcią przeciwną, a mianowicie zaprzestanie przez Il Prete Rosso odprawiania mszy, co miało miejsce niedługo po wyświęceniu go na kapłana. Nie wiadomo jednak, czy owo „wkrótce” oznacza rok czy dziesięć lat. Mówiono, iż muzykalny ksiądz otrzymał zakaz celebrowania Eucharystii ze względu na fakt, iż zwykł skracać nabożeństwa, by uciekać do zakrystii, gdzie zapisywał muzyczny pomysł, zrodzony w czasie mszy. Fakt, brzmi to atrakcyjnie; dziś powiedzielibyśmy, iż to dobry chwyt marketingowy, ale nie wydaje się być prawdą. Jak pisał Vivaldi w jednym z listów, służyć do mszy przestał z własnej woli – przeszkadzała mu nabyta w dzieciństwie choroba, którą sam określa jako strettezza di petto, objawiająca się dusznościami i bólem w piersiach. Muzyk najprawdopodobniej cierpiał na astmę. Kto wie, może kiedyś faktycznie źle się poczuł i skrócił posługę pod ołtarzem, by zaczerpnąć powietrza? Tak właśnie rodzą się legendy…
![]()
Ogniste włosy, ognisty charakter
To, co wiemy o Vivaldim na pewno, to fakt, iż był człowiekiem niezwykle czułym na swoim punkcie. Źle znosił krytykę, szczególnie w późniejszym wieku. Jak sam twierdził, korespondował z dziewięcioma książętami, choć trudno znaleźć potwierdzenie jego bliskich zażyłości z tyloma koronowanymi głowami. Na każdym kroku podkreślał zresztą swoje towarzyskie koneksje, co niejednokrotnie pomagało mu w przebiciu się nie tylko wśród swoich krajan, ale i na północ od Alp. Z powodu choroby mało się ruszał, natomiast przez kilkanaście lat podróżował powozem po całej Europie. Brak ruchu mógł też rekompensować sobie szaleńczym tempem swoich utworów. Vivaldi był ogarnięty pasją komponowania. Tworzył choćby podczas podróży, a utwory pisał szybciej, niż kopista mógł je przepisać, z czego był zresztą niezwykle dumny. Inną sprawą było to, iż rękopis Antonia nie należał do najłatwiejszych do odczytania. O ile pierwsze strony cechowała jako taka schludność, tak ostatnie – z racji pośpiechu i temperamentu – pełne były gryzmołów.
O pracowitości Vivaldiego mówi z kolei liczba jego dzieł. W dużej mierze to właśnie jemu zawdzięczamy gatunek koncertu w formie, jaką znamy do dziś. Był najważniejszym kompozytorem włoskiego baroku, a jego twórczością inspirował się sam Jan Sebastian Bach. Wielość kompozycji może po części tłumaczyć fakt, iż obficie zapożyczał ze swoich własnych utworów, dzięki czemu dorobił się bardzo rozpoznawalnego stylu, narażając się jednak na zarzut powielania swoich dzieł. Dosadnie ujął to żyjący dwieście lat po nim Igor Strawiński, nazywając go tępakiem, który potrafi przekomponowywać tę samą formę po sto razy… Mówiono zresztą także, iż Vivaldi był zarozumiały, snobistyczny i rozrzutny. Zarabiał krocie, ucząc, komponując, sprzedając partytury i wystawiając opery, a jednak zmarł w biedzie w domu pewnego siodlarza w Wiedniu. Nie można jednak odmówić mu ogromnej pasji życia. Kazała mu ona rzucać wyzwanie największym swoich czasów i domagać się atencji od królów i książąt…
Vivaldi był ogarnięty pasją komponowania, a dumą napawał go fakt, iż swe utwory pisał szybciej, niż kopista mógł je przepisać
Czy możemy jeszcze liczyć na to, iż w prywatnych bibliotekach lub archiwach odkryjemy utwory, które popularnością dorównają słynnym „Czterem porom roku”? W XX wieku zdarzało się to niemal co kilkanaście miesięcy i choć otwarcie starych archiwów sprawiło, iż w tej chwili liczba odkryć maleje, to przez cały czas trafiają się wielkie znaleziska. Przykładowo, w 2006 roku czeski klawesynista i dyrygent Ondřej Macek odkrył zaginioną operę Vivaldiego, zatytułowaną „Agrippo”. Została ona wykonana na zamku w Pradze pierwszy raz od 1730 roku. W Szkocji odnaleziono rękopis zidentyfikowano jako zaginiony koncert Vivaldiego na flet traverso. Dzieło weszło do repertuaru około roku 2010 r. Najnowszym głośnym odkryciem, o którym poinformowano w 2026 roku, jest Sonata RV 829, zidentyfikowana przez włoskiego muzykologa Fabrizia Ammetta w zbiorach wiedeńskich. Utwór jest w tej chwili przedmiotem dalszych badań. Wiele jeszcze pozostaje do odkrycia na temat samego twórcy. Białych plam w dorobku Rudego Księdza jest zdecydowanie mniej niż tajemnic dotyczących jego samego.
W artykule opierałam się miedzy innymi na książce Michaela Talbota „Vivaldi”.
Posłuchaj naszego podcastu poświęconego Vivaldiemu, gdzie o kompozytorze opowiada Mateusz Borkowski, autor jego biografii












