Wraz z „VisionQuest” dobiega końca nie tylko trylogia zapoczątkowana przez „WandaVision”, ale też pewna era w telewizyjnej części uniwersum Marvela. Pytanie tylko, czy to dobry koniec.
Zaczęło się od podróży przez kilka dekad telewizyjnych komedii w „WandaVision„, następnie ekranem zawładnęły czarownice z „To zawsze Agatha„, a na koniec tej dziwacznej trylogii znów dostaliśmy coś z zupełnie innej beczki. O dziwo jednak, „VisionQuest” nie tylko dobrze całe towarzystwo uzupełnia, ale też wpisuje się w dotychczasowy trend, skrywając pod fantazyjną powierzchnią historię o bardzo ludzkim wymiarze. Mimo iż akurat ludzie są tutaj w mniejszości.
VisionQuest – o czym jest nowy serial Marvela?
Wszystko zaczyna się od przypominajki i całe szczęście, bo bez niej trudno byłoby odpowiedzieć już na podstawowe pytanie: z którym Visionem (Paul Bettany) mamy tu do czynienia? Otóż nie z pierwszym, który zginął tragicznie w „Avengers: Wojnie bez granic”, i choćby nie z drugim, który zakończył magiczny żywot sitcomowego męża i ojca w „WandaVision”. Bohater nowego serialu to również znany stamtąd, przez cały czas wyprany z kolorów, ale już nie ze wspomnień Biały Vision, którego spotykamy, gdy wyzwolony spod wrogiej kontroli, szuka sensu dla tkwiących mu w głowie obrazów.
„VisionQuest” (Fot. Marvel/Disney+)Ten Vision ma bowiem pamięć o tym, co spotkało jego poprzednie wersje, ale w przeciwieństwie do nich brakuje mu emocjonalnej więzi z wydarzeniami i postaciami z przeszłości. Nie brakuje natomiast chęci, by je zrozumieć, co stara się uczynić, za dnia studiując dziwne ludzkie zwyczaje jako pracownik baru w Edynburgu, a w pozostałym czasie przesiadując we własnych myślach. Dosłownie, bo wirtualna rzeczywistość w umyśle (eee, procesorze?) Visiona to miejsce jak najbardziej realne, całkiem wypasione, a do tego dość tłoczne.
Wszystko przez zamieszkujące je konstrukty AI, które zapewniają Visionowi wsparcie techniczne i oparcie moralne, a także robią za odpowiedniki rodziny i przyjaciół. Nie są też anonimowe dla fanów MCU, którzy dopasują głosy cyfrowych asystentów z filmów do serialowych twarzy i spotkają starych znajomych w osobach J.A.R.V.I.S.A. (James D’Arcy) czy Ultrona (James Spader) w żywej, ludzkiej i bardzo brodatej postaci. Niestety, nie nacieszymy się spokojnym żywotem tej barwnej gromadki zbyt długo. Sprawy skomplikują się, gdy ktoś wyznaczy nagrodę za znalezienie Visiona, a jego drogi skrzyżują się z Thomasem Shepherdem (Ruaridh Mollica, „Franczyza”) – młodym kanciarzem o bardzo zwinnych dłoniach i niejasnej przeszłości.
VisionQuest to sztuczna inteligencja i prawdziwe emocje
Tyle wystarczy wiedzieć na początek, ale radzę nie przywiązywać się do podanych faktów zbyt mocno – w ośmiu odcinkach (dwa pierwsze debiutują jutro na Disney+, widziałem przedpremierowo całość) sytuacja będzie zmieniać się jak w kalejdoskopie, a to sięgając głębiej do przeszłości, a to nakładając nowe warstwy na znaną historię. Twórcy serialu na czele z showrunnerem Terrym Matalasem („Star Trek: Picard”) nie oszczędzają ani bohaterów, ani widzów, wrzucając nas na karuzelę wydarzeń, która rzadko się zatrzymuje. A czasem powinna, bo właśnie wtedy „VisionQuest” najmocniej eksponuje swoje zalety.
„VisionQuest” (Fot. Marvel/Disney+)Tych natomiast nie brakuje, zwłaszcza gdy fabuła zwalnia i zamiast wikłać się w skomplikowaną aferę, stawia na znacznie prostszą opowieść o prawdziwych uczuciach w świecie sztucznej inteligencji. Wbrew pozorom, nie tylko jest tu na nie miejsce, co wręcz zajmują poczesne miejsce między kolejnymi zwrotami akcji, składając się na historię syntezoida zaplątanego w relacje wykraczające daleko poza jego algorytmy. A przy tym nie do końca wiedzącego, czy chce się w nich odnaleźć. Ot, zagubiony „Pinokio” w erze AI.
Siłą serialu jest to, iż twórcy nie tworzą wielopiętrowych metafor i nie każą widzom szukać głęboko ukrytych znaczeń. Biorą na sztandary uniwersalne motywy, które przyozdabiają technologią, jednak rdzeń opowieści pozostawiają wręcz banalny. Czy dotyczy on relacji ojca z synem (lub twórcy z dziełem albo pierwowzoru z oryginałem), czy więzi między rodzeństwem i przyjaciółmi, czy romantycznych związków – koniec końców zawsze na pierwszy plan wysuwają się ludzkie emocje. Prosty chwyt, ale „VisionQuest” nie ma być szczególnie wyrafinowany, tylko trafiać, tam gdzie trzeba. A to mu się zwykle (choć nie zawsze) udaje.
VisionQuest ogląda się przede wszystkim dla… Ultrona
A jeżeli nie? Czasem pędząca naprzód narracja rzeczywiście nie pozwala na wzięcie oddechu i jak na dłoni widać ziejące pustką dziury, w których miała kryć się emocjonalna głębia. Częściej jednak są to wyrwy na tyle płytkie, iż da się je łatwo załatać choćby aktorską chemią. A tak się składa, iż w „VisionQuest” jest wykonawca, który ma ją praktycznie z każdym, jeżeli tylko nie ukrywa się go pod grubą warstwą cyfrowej blachy.
„VisionQuest” (Fot. Marvel/Disney+)James Spader, bo o nim mowa, jest jednym z licznych aktorów, którzy zostali w przeszłości przez Marvela koncertowo zmarnowani, ale na nasze szczęście w tym przypadku doszło do happy endu. Jego Ultron nie tylko powrócił w sensowniejszej formie, rzadko przywdziewając tu metalową skorupę, ale przede wszystkim nabrał charakteru pozwalającego na więcej niż rzucanie złowrogich haseł. „Ojcowska” relacja z Visionem to jedno, sarkastyczne komentarze drugie. Ale tylko poczekajcie, aż na scenie pojawi się niejaka Jocasta (T’Nia Miller, „Zagłada domu Usherów”) ze szklanką whiskey w dłoni. W MCU rzadko tak iskrzy.
Jest jednak również minus posiadania na ekranie figury takiej skali, a mianowicie to, iż często przyćmiewa ona całą resztę. Tak, patrzę na Visiona, choć Paul Bettany i tak zasługuje na medal, iż od przeszło 10 lat wyciska wciąż coś nowego z bohatera, który jest kwintesencją drugorzędnej roli względem bardziej wyrazistych postaci. Tu często mu takich brakuje, a scenariusz nie zawsze dostarcza materiału, żeby to zakryć. Niekiedy braki udaje się zakamuflować humorem lub czystym entuzjazmem, w czym przoduje Emily Hampshire („Schitt’s Creek”) w roli E.D.I.T.H., ale zwykle prędzej niż później sztuczki przestają działać i „VisionQuest” odsłania swoje brzydsze oblicze.
VisionQuest – czy warto oglądać serial Disney+?
Problemem serialu jest to, iż gdy takie momenty przychodzą, często próbuje się je niezgrabnie pudrować, w rzeczywistości podrzucając widzom jeszcze gorsze fabularne strzępy. Polujący na Visiona łowca nagród Paladin (Todd Stashwick, „Star Trek: Picard”) oczywiście ma trudną przeszłość. Byłą asystentkę Tony’ego Starka F.R.I.D.A.Y. (Orla Brady, „Bosch: Legacy”) dręczy poczucie winy po jego śmierci. choćby rezolutnej E.D.I.T.H. nie darowano czegoś uwierającego w charakterystyce. Już mniejsza, iż kreatywności w tym zero, ale zupełnie nie rozumiem usilnych prób nadawania powagi każdemu elementowi historii. Czemu to ma służyć?
„VisionQuest” (Fot. Marvel/Disney+)Bo na pewno nie serialowi, który radzi sobie o wiele lepiej, gdy zostawia poważne wątki, gdzie ich miejsce, a twórczą uwagę poświęca np. sferze wizualnej. Tu „VisionQuest” ma się czym pochwalić, choćby w kwestii retrofuturystycznej rezydencji Visiona czy używania wirtualnej rzeczywistości jako pretekstu do stylizowania fragmentów odcinków na dowolną modłę (np. detektywistyczną). Umiejętnie wykorzystana, taka swoboda potrafi wznieść całość na wyżyny, ale uczciwie trzeba przyznać, iż twórcy tu też czasem tracą umiar, przez co efekt bywa bardziej męczący od satysfakcjonującego.
Dobra wiadomość jest jednak taka, iż większość elementów funkcjonuje w „VisionQuest” co najmniej sprawnie. A choć serial powiela zarówno ogólne błędy współczesnej telewizji (powtarzalność i tłumaczenie wszystkiego po kilka razy), jak i produkcji Marvela w szczególności (bez nawiązania do MCU lub komiksów się nie liczy), jego wady nie przykrywają zalet. Nade wszystko zaś jest historią na tyle przystępną i oryginalną, iż łatwiej wybaczyć mu słabości, które gdzie indziej by nie przeszły.












