Disney zaprezentował nam kolejny remake jednego ze swoich najnowszych klasyków. Vaiana: Skarb oceanu z 2016 roku po dziesięciu latach doczekała się filmu aktorskiego, który ponownie opowiada historię o młodej dziewczynie z wyspy. Tym razem nie udało się zachować magii, jaką niosła historia, a wykonanie całej produkcji pozostawia wiele do życzenia.
Myślę, iż większość fanów Disneya dobrze zna historię Vaiany. Bogini życia Te Fiti zostaje okradziona ze swojego serca przez zuchwałego półboga Maui’ego. Z powodu kradzieży wszystkie wyspy pogrążają się w ciemności, a ich natura umiera. Tysiąc lat później to samo dzieje się również z Motunui – rodzinną wyspą Vaiany. Ocean wybiera dziewczynę do ważnej misji – odnalezienia Maui’ego i zwrócenia serca na adekwatne miejsce. Film z 2026 roku przedstawia tę samą historię, a jego reżyserem jest Thomas Kail (Hamilton).
Tegoroczna Vaiana jest dłuższa od oryginału o zaledwie 8 minut, ale mimo to, nie mogłem wyzbyć się wrażenia, iż historia ma dwukrotnie szybsze tempo. Film nie daje sobie chwili przerwy, a na ekranie ciągle coś się dzieje. W większości jest temu winny pełen krasy chaos montażowy, który sprowadza się do szybkich i bezsensownych cięć, niepotrzebnych wtrąceń bądź kilkusekundowych zmian lokacji. Wydarzenia w fabule pędzą, przez co nie może ona podbudować żadnego napięcia. Zanim zaczniemy troszczyć się o bohaterkę bądź zastanawiać się, czy da sobie z czymś radę, odpowiedzi na te pytania przychodzą same.
Podobny zabieg zastosowano przy dialogach. Brzmią one strasznie nienaturalnie. Bohaterowie odpowiadają sobie jak z automatu, bez chwili zastanowienia. Jakby nie myśleli nad tym, co odpowiedzieć, tylko, również w tym filmowym świecie, mieli narzucone kwestie. Sam scenariusz dokłada do tego dużą cegiełkę, ponieważ napisano go tak, by w rozmowach od słowa „cześć” przechodzić niemal od razu do zdań typu „widzimy w tobie jedyną nadzieję”. Przez to odniosłem wrażenie, iż film strasznie pędzi, chociaż trwa praktycznie tyle co oryginał. Filmowa wersja pozbawiona jest naturalności, stonowania i przede wszystkim pozostaje źle poprowadzona przez reżysera. Nie można zatwierdzić materiału, który brzmi tak, jakby aktorzy ścigali się, kto szybciej wypowie kwestie.
Przez to relacje między postaciami też rozwijają się sztucznie, zwłaszcza ta Vaiany i Maui’ego. Na przestrzeni fabuły wydaje nam się, iż twórcy zwyczajnie odbębniają obowiązkowe momenty tej dwójki z oryginału. Automatyczna gadanina i paplanina wypaczają emocje w polskiej wersji językowej filmu. Z tego powodu duet traci swoją ekranową magię. Naturalna relacja ustępuje miejsca checkliście śmiesznych bądź ckliwych momentów zaaranżowanych na planie i odegranych zwyczajnie po macoszemu. Na korzyść temu na pewno nie działa The Rock, którego sylwetka zupełnie nie pasuje do wykreowanej przez niego postaci. Sam dopatrzyłem się kilku momentów, w których nienaturalna linia w okolicach szyi oddzielała jego ciało od kostiumu nałożonego mu na planie. A sam widok The Rocka ze sztucznymi włosami (i to takiej długości) był mocno niecodzienny. Swoją grą aktorską i wyglądem zupełnie nie pasował. Catherine Laga’aia, czyli odtwórczyni Vaiany, odegrała swoją postać bez większych fajerwerków. Dobrze się ją oglądało.
Zaskoczyło mnie w tym filmie to, iż ma on swoje dobre momenty. Przede wszystkim piosenki! Idąc na polski dubbing, który w moim kinie był w zasadzie jedynym wyborem przed 21:00, można ponownie usłyszeć znane utwory z oryginału. Gdy na sali kinowej rozbrzmiało Pół kroku stąd, cieszyłem się tymi scenami dokładnie tak, jak na animacji z 2016 roku. Drobnostka miała za to naprawdę ładnie zaaranżowaną choreografię i efekty, a Błyszczeć dosłownie błyszczało na ekranie. Jednak wszystkie te piosenki wzięte zostały prosto z oryginału, a ich filmowe wykonanie nijak ma się do pierwowzorów.
W niektórych momentach świetne okazało się też CGI. Sceny z krabem Tamatoą czy finałowa walka z Te Kā prezentują się naprawdę dobrze. Jednak muszę zwrócić uwagę, iż są one od 90 do 100 procent wykonane przy pomocy efektów komputerowych. Także wszystko, co dobre, powstało już na długo przed tegorocznym remakiem bądź zostało w większości stworzone na komputerze. I to pewnie na podstawie projektów z oryginału. A to, co dostajemy od filmu samego w sobie, czyli wykreowaną historię, dialogi i głównych bohaterów, jest ponownie gorzej wykonane niż w animacji z 2016 roku.
kadr z filmu VaianaNie oszukujmy się, ciężko jest zastąpić bajkę, którą pokochała masa osób z całego świata. Przy wielu remake’ach live action pojawia się pytanie: „a po co robić coś takiego?”. W przypadku Vaiany sprawa ma się podobnie. Wszystko, co dobre, nie pochodzi z tego filmu. Reżyser i scenarzyści nie poradzili sobie z postawionym przed nimi zadaniem. I tu ponownie, jak w przypadku praktycznie każdego remake’u tego typu, werdykt jest jeden: to niepotrzebna próba powtórzenia sukcesu oryginalnej animacji. Lepiej wrócić do filmu z 2016 roku i pozostać tylko przy nim. Ani nie brać się za Vaianę 2, ani nie iść na nowy film live action. Bawiłem się na tym jednak dużo lepiej niż na Śnieżce, co trochę ratuje tę produkcję w moich oczach. Mimo to, jeżeli przez cały czas tak mają wyglądać te remaki, to może Zaplątanych lepiej zostawmy w spokoju…
fot. gł.: kadr z filmu

















