Nie każda gra musi być ambitna i wywierać wrażenie, które pozostanie z nami na długie lata. Czasami potrzeba nam po prostu jakiegoś odmóżdżacza, tytułu, do którego można wpaść na chwilkę, spędzić miło kwadrans i zająć się czymś innym. Nie wiem, czy takie były założenia twórców Ultimate Zombie Defense. Jestem jednak przekonany, iż to jedyne podejście, które pozwoli dobrze się bawić przy tej wybitnie budżetowej grze.
Bez zbędnych pytań, macie karabin i do roboty!

Choćbym nie wiem jak mocno wytężał wzrok i umysł, nie znajdę w Ultimate Zombie Defense fabuły. Na stronie gry jest wprawdzie fragment opisu o tym, iż jakieś miasto w Europie zostało objęte kwarantanną z powodu zombie i my, jako operatorzy jednostki specjalnej, mamy za zadanie odnaleźć serce zarazy i je zniszczyć. W samym tytule jednak nie ma o tym ani słowa. Uruchamiając ją mamy od razu do wyboru jedną z trzech map, następnie jedną z ośmiu postaci (cztery klasy, każda w dwóch wariantach) i to wszystko. Rozpoczynając rozgrywkę, trafiamy na mapę i musimy sobie jakoś radzić z nadciągającymi zombie.
Przy pierwszym podejściu miałem mylne przekonanie, iż to gra bardziej z gatunku tower defense; i choć są tutaj liczne jego elementy, jest to mimo wszystko bardziej strzelanka z widokiem z góry. Rozgrywka podzielona jest na fale, w których rzuca się przeciwko nam grupę potworów. Za ich pokonywanie dostajemy walutę, a tę możemy wymienić albo na broń, albo umocnienia. Następnie zaczynamy kolejną falę, dozbrajamy się i myślę, iż resztę jesteście w stanie sami sobie dopowiedzieć. Liczne rodzaje przeciwników, okazjonalni bossowie, a także ulepszenia postaci czy ekwipunku są w stanie urozmaicić zabawę na zaskakująco długi czas. Jest to jednak zabawa bardzo specyficzna.
Frajda monotonią przeplatana

Nie potrafiłem spędzić w Ultimate Zombie Defense więcej niż 30 minut na raz. Unikanie zombiaków i ich eliminacja sprawiają pewną frajdę, ale gwałtownie staje się to monotonne. Z początku nie czuć też różnic pomiędzy postaciami (później również nie są one spektakularne), a gra przy pierwszych podejściach lubi zaskakiwać nieoczekiwanymi zmianami. Przykładowo obecność nowych typów potworów nie jest w żaden sposób zapowiedziana ani wyjaśniona, więc wszystkiego trzeba uczyć się na błędach. Z kolei z racji na otwartość map ciężko się skupić na budowaniu umocnień, gdyż przeciwnicy nadciągają z każdej strony, a my mamy po prostu za dużo miejsca i za mało funduszy, żeby zbudować coś sensownego. Kończy się to albo tym, iż inwestujemy tylko w broń, albo tylko w osłony i pułapki. Dodatkowo wykorzystanie niektórych elementów, jak skrzyń z amunicją czy niektórych wieżyczek, jest mocno nieintuicyjne.
Grze uroku nie dodaje też oprawa graficzna, która zatrzymała się na poziomie będącym minimum przyzwoitości już jakieś dwie dekady temu. Z racji na to, iż wszystko obserwujemy z lotu ptaka, nie widać zanadto żadnych szczegółów modeli czy otoczenia. Paniczne wycofywanie się przed hordami wrogów także nie pozostawia wiele czasu w podziwianie stylu artystycznego gry – być może dlatego nie przywiązano do niego takiej uwagi. Nieco więcej inwencji twórczej widać w niektórych projektach bossów, ale z drugiej strony nie znalazłem niczego, co zapadłoby mi w pamięć. Odgłosy wrogów, broni czy otoczenia są także bardzo nijakie i odtwórcze. Na tle tego wszystkiego nieco lepsze wrażenie sprawia warstwa muzyczna, ciesząc uszy przyjemnymi, rockowymi aranżacjami. Nie ma jednak co spodziewać się tutaj czegoś wyjątkowego, jest po prostu nieźle – z tym iż “nieźle” na tle reszty po prostu mocno odstaje na plus.
Trochę takie guilty pleasure

To jednak nie tak, iż Ultimate Zombie Defense to kicha i gra całkowicie niewarta uwagi. jeżeli lubi się zombie – tak jak ja – i bezmyślne strzelanie, można z tego wyciągnąć nieco radochy. Dużym plusem jest, iż pomimo boleśnie odczuwalnej budżetowości produkcji nie spotkałem ani jednego błędu technicznego, żadnego wpadania pod tekstury, ani tym bardziej kiepskiego działania samej gry. Wprawdzie liczne elementy tytułu dałoby się zrobić lepiej – o wiele lepiej – ale w tej całej prostocie jest pewien urok. Może nie ma tutaj niczego wyjątkowego ani wybitnego, nie musiałem jednak wcale przymuszać się do grania, a to już coś. Biorąc pod uwagę, iż tytuł kosztuje jakieś 20-35 złotych zależnie od platformy, można spróbować dać mu szansę w ramach takiego guilty pleasure czy odskoczni od poważniejszego grania. Trzeba będzie mimo wszystko mocno ograniczyć swoje oczekiwania.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Za dostarczenie kodu do recenzji dziękujemy firmie Ultimate Games.
Udostępnienie urządzenia w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.


![Rau Performance "Strefa Dyskomfortu": Między żartem a intymnością [RECENZJA]](https://i.iplsc.com/-/000MUTR5G9WTFO5O-C461.jpg)









![USA znów uderzyły w łódź na Pacyfiku. To trzeci taki atak w tydzień [+VIDEO]](https://kresy.pl/wp-content/uploads/2026/05/Po-dwoch-stronach-barykady-2026-05-31T114506.146.jpg)