Udomowić dzikość

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. Materiały prasowe, na zdj. Joanna Skowrońska, OSTY


Sebastian Gabryel: W twojej działalności spotykają się badania terenowe, śpiew tradycyjny i muzyka elektroniczna. W którym z tych obszarów czujesz się dziś najbardziej u siebie? I który z tych światów najmocniej wpływa w tej chwili na pozostałe?

Joanna Skowrońska: W tym zestawieniu zdecydowanie najbardziej oswojonym gruntem jest muzyka elektroniczna. To dla mnie nie tyle gatunek, co elastyczne narzędzie i płótno, na które nanoszę pierwotne emocje zaczerpnięte z tradycji. Elektronika pozwala mi udomowić dzikość tradycyjnego śpiewu i zamknąć ją w spójne, nowoczesne formy. Na nowo definiuje moje podejście do śpiewu i badań terenowych, działając jak filtr i spoiwo.

SG: OSTY zaczynały działalność podczas pandemii, a od pierwszych nagrań minęło już kilka lat. Jakim zespołem jesteście teraz w porównaniu z grupą, która nagrywała „Zabierz mnie ze sobą”?

JS: Od momentu, gdy nasze muzyczne ścieżki splotły się w czasie pandemii, minęło już sporo czasu. Na początku mnóstwo energii wkładaliśmy w zdefiniowanie „ostowego” brzmienia i nadanie mu indywidualnego kształtu.

Joanna Skowrońska, fot. materiały prasowe

Nasze pierwsze utwory miały po kilka wersji. Potrafiliśmy długo w nich dłubać, zupełnie niepotrzebnie grzęznąc w skomplikowanych i zbyt rozbudowanych strukturach. Z czasem nasz styl zaczął się klarować – zweryfikowaliśmy część pierwotnych założeń, a epickie kompozycje w końcu ustąpiły miejsca zwartym piosenkom.

Na nasze obecne brzmienie wpłynęło wiele czynników, w tym sama pandemia. Lockdown całkowicie wymusił nasz początkowy styl pracy. Chociaż Jacek [Skowroński, pianista i klawiszowiec zespołu – przyp. red.] i ja byliśmy w jednym miejscu, to przez panujące obostrzenia nie mogliśmy spotykać się wspólnie z Rafałem [Iglem, perkusistą zespołu – przyp. red.] na żywo. Każde z nas pracowało osobno. Godzinami rozmawialiśmy na Messengerze, przesyłając sobie ścieżki i pomysły. Często nagrywałam szkic wokalu do zalążka podkładu Jacka, który potem trafiał do naszego perkusisty, Rafała.

Gdy obostrzenia zelżały, w końcu ruszyliśmy z pracą w czasie rzeczywistym. Różnicę widać gołym okiem – nasz ostatni utwór, „Letila zozula”, powstał w niecałe dwa tygodnie. Pomogła nam w tym presja czasu (śmiech), ponieważ gonił nas termin związany z udziałem w Turnieju Muzyków Prawdziwych, organizowanym przez Filharmonię Szczecińską.

Regulamin konkursowej prezentacji wymagał od nas aranżacji jednej z pieśni ludowych Pomorza Zachodniego w oparciu o nagrania terenowe dostarczone przez organizatorów wydarzenia. Przy tym utworze od pierwszej do ostatniej nuty pracowaliśmy wspólnie. Przerzucaliśmy się pomysłami i inspirowaliśmy na bieżąco. To był świetny czas, a sama piosenka jest, naszym zdaniem, najlepszą kompozycją, jaką do tej pory stworzyliśmy. Dzisiejsze OSTY to zespół znacznie bardziej świadomy, zgrany i potrafiący przekuć studyjne eksperymenty w żywą energię na scenie.

SG: Jak wygląda moment, w którym pieśń poznana podczas badań terenowych albo pracy z archiwum zaczyna być dla ciebie materiałem do utworu OSTÓW? Co sprawia, iż jedna pieśń nadaje się do takiego przetworzenia, a inna powinna pozostać w swoim pierwotnym kontekście?

JS: Dla nas muzyczność i piękno melodii są pierwszą inspiracją i priorytetem – zawsze wychodzimy od muzyki. Nie szukamy na siłę interesującego kontekstu społecznego ani historycznego. To sama tkanka dźwiękowa musi nas poruszyć, zaintrygować i rzucić wyzwanie. Słuchamy nagrania, przeglądamy nuty i pojawia się motyw, który „zostaje w głowie”.

Joanna Skowrońska, OSTY, fot. materiały prasowe

Słyszymy – tu najbardziej Jacek – ukryty pod tradycyjną linią wokalną nowoczesny akord lub puls. Melodia niesie ze sobą uniwersalne napięcie, które chcemy rozbudować. A co sprawia, iż pieśń staje się materiałem OSTÓW? Jej plastyczność i szczypta „chemii”.

Pieśń nadaje się do przetworzenia, jeżeli jej struktura pozwala na dekonstrukcję. jeżeli możemy ją rozciągać, zapętlać lub zderzać z elektroniką bez utraty jej tożsamości, a melodia ma w sobie przestrzeń, którą możemy wypełnić własnym językiem muzycznym i wrażliwością, staje się idealną bazą do naszych działań.

Nie wszystkie pieśni nadają się do takiego przetworzenia, choć to bardzo subiektywny wybór. Na przykład jeżeli melodia jest doskonała i kompletna w swojej surowej, tradycyjnej formie, każda ingerencja produkcyjna tylko by ją popsuła. Albo gdy materiał broni się wyłącznie tekstem lub historią, a brakuje mu czystej, muzycznej magii, zostawiamy go badaczom i tradycjonalistom.

SG: Wiele razy podkreślałaś, iż tradycyjne pieśni miały konkretną funkcję, miejsce i intencję, a niektórzy śpiewacy nie chcieli wykonywać ich „na pusto”. Co dzieje się z tą intencją, kiedy pieśń staje się utworem słuchanym w streamingu albo wykonywanym na scenie?

JS: To pytanie porusza bardzo istotną kwestię i dotyka samego serca metamorfozy tradycji w XXI wieku. Kiedy pieśń funkcjonalna trafia na scenę lub do streamingu, zachodzi głęboka zmiana jej statusu. W tradycyjnym kontekście pieśń była narzędziem – miała ukołysać dziecko do snu, sprowadzić deszcz lub przeprowadzić duszę na drugi brzeg. Na scenie lub w streamingu jej pierwotny cel zostaje oddzielony od rzeczywistości.

Joanna Skowrońska, OSTY, fot. materiały prasowe

Słuchacz nie potrzebuje już deszczu, raczej szuka wzruszenia, piękna lub oryginalnego brzmienia. Charakter użytkowy zamienia się w intencję artystyczną.

Dla dawnych śpiewaków śpiewanie „na pusto” – bez odpowiedniej pory roku, święta czy okoliczności – nie miało sensu, czasem stanowiło wręcz tabu, jak na przykład śpiewanie pieśni weselnych w okresie Wielkiego Postu.

W streamingu pieśń staje się obiektem konsumpcji kulturowej, odseparowanym od swojego ekosystemu. Jednak intencja nie znika całkowicie, ona ewoluuje. Słuchacz w streamingu tworzy własną, nową intencję. Pieśń żniwna słuchana na słuchawkach w zatłoczonym metrze może służyć jako narzędzie do regulacji emocji i redukcji stresu, szczególnie jeżeli opowiada o żniwach urządzonych przez zwierzęta (śmiech). Nawiązuję tu do piosenki OSTÓW „Lisek łączkę siecze”. Choć pieśń traci swoją pierwotną, magiczno-sprawczą moc, zyskuje nową siłę – staje się pomostem między przeszłością a teraźniejszością, działającym na psychikę współczesnego człowieka.

SG: Jesteś badaczką regionalnych technik śpiewu, a w OSTACH twój głos jest nagrywany i przetwarzany elektronicznie. Jak ustalasz granicę między zachowaniem charakteru głosu a potraktowaniem go jako tworzywa produkcyjnego?

JS: Granica ta kształtuje się naturalnie w procesie poszukiwania własnej tożsamości brzmieniowej, gdzie elektronika nie służy do maskowania, ale do eksponowania autentyczności. Szczerze mówiąc, nie czuję się ekspertką w dziedzinie regionalnych technik śpiewu. Choć te tradycje są fascynujące, to zaczynając muzyczną przygodę w OSTACH, od początku wiedziałam, iż nie chcę naśladować ludowych śpiewaczek, tylko podążać za własnym głosem. To właśnie ta intuicja wyznacza kierunek mojej pracy z dźwiękiem.

Joanna Skowrońska, OSTY, fot. materiały prasowe

Zresztą nasze wspólne podejście do produkcji mocno ewoluowało wraz z rozwojem projektu. Odeszliśmy od początkowych założeń o mocnym przetwarzaniu głosu. Wiadomo, nakładamy na niego efekty, jednak nie zniekształcamy jego naturalnego brzmienia – naturalnego w znaczeniu własnego.

Głos jest fundamentem, a elektronika ma budować przestrzeń, a nie tworzyć sztuczną syntezę. W OSTACH traktuję technologię jak lustro, które powiększa detale, a nie jak maskę, która je ukrywa. Granica leży w emocjonalnej prawdzie. Eksperyment produkcyjny ma sens, ale tylko dopóki w gęstwinie efektów wciąż słyszę siebie i swoje intencje.

SG: Teksty tradycyjnych pieśni bywają fragmentaryczne, powtarzalne albo oparte na kodach, które dla współczesnego słuchacza przestały być czytelne. Jak decydujecie, kiedy pozostawić tekst bez zmian, a kiedy go skrócić, przestawić albo dopisać? I czy coś tracimy, kiedy próbujemy uczynić dawny tekst bardziej zrozumiałym?

JS: Uwspółcześnianie tekstów ludowych – baśni, pieśni czy podań – z jednej strony niewątpliwie ułatwia ich odbiór, jednak może również zadziałać jak zbyt agresywny filtr fotograficzny. Obraz stanie się wyraźniejszy, ale może utracić głębię, fakturę i oryginalne kolory. Gwary i archaizmy mają swoją specyficzną rytmikę, akcenty, a język jest odbiciem tego, jak ludzie widzieli świat. Usuwając archaiczne sformułowania, często niechcący cenzurujemy wierzenia i lęki naszych przodków.

Jak ocalić dawne teksty przed zapomnieniem, nie odbierając im jednocześnie ich tożsamości? W naszym ingerowaniu w materiał źródłowy staramy się zachować balans.

Chcemy ocalić dawne teksty przed zapomnieniem, nie odbierając im jednocześnie ich tożsamości. Wybór sposobu, w jaki zaadaptujemy tekst do piosenki, często podyktowany jest względami czysto muzycznymi, jednak zachowujemy oryginalne, najważniejsze pojęcia, zapraszając odbiorcę do wejścia w świat tekstu. Są też sytuacje, kiedy na podstawie tekstu źródłowego powstaje zupełnie nowa jakość, jak ma to miejsce w przypadku „Ptaka”. Słowa do tej piosenki napisała dla nas Malina Prześluga, opierając się na łemkowskim oryginale.

SG: W metadanych utworów tradycyjna pieśń, aranżacja i nowa kompozycja często zostają sprowadzone do jednej rubryki autorstwa. Jak ty rozumiesz własne autorstwo w OSTACH?

JS: W naszej pracy melodia ludowa jest punktem wyjścia, jednak ingerencja w jej strukturę jest na tyle duża, iż powstają z tego autorskie kompozycje, bardzo mocno przefiltrowane przez nas. Archaiczne pieśni przepuszczamy przez własną wrażliwość, zmieniając ich kontekst harmoniczny, tempo, rytmikę.

Tradycyjna melodia staje się zaledwie surowcem, gliną, z której lepimy zupełnie nową formę. Dopisujemy nowe linie melodyczne, wprowadzamy autorskie motywy poboczne, przez co pierwotne źródło staje się często ledwie uchwytnym powidokiem. Nasze autorstwo definiuje nie to, skąd zaczerpnęliśmy, ale dokąd doprowadziliśmy odbiorcę.

SG: Pierwsze stypendium związane z pracą nad albumem otrzymaliście już w 2022 roku, a cyfrowa płyta „Osty” ukazała się w marcu 2025 roku. Co sprawiło, iż proces jej powstawania trwał tak długo? I co w kontekście tego projektu zamierzacie zrealizować przy wsparciu tegorocznego stypendium?

JS: To pierwsze stypendium otrzymał Jacek i w całości przeznaczyliśmy je na zarejestrowanie materiału w profesjonalnym studiu. Choć od tamtego momentu do premiery na platformach streamingowych minęło trochę czasu, z perspektywy niezależnego procesu twórczego nie był to aż tak ogromny dystans (śmiech).

Joanna Skowrońska, OSTY, fot. materiały prasowe

Po nagraniu pierwszych trzech utworów, które sfinansowaliśmy ze środków z ZAiKS-u, musieliśmy jednak zrobić dłuższą, niezaplanowaną przerwę. Wynikała ona z moich poważnych problemów zdrowotnych po ciężkim przejściu COVID-19, co na kilka miesięcy całkowicie wyłączyło mnie z pracy twórczej. Gdy tylko odzyskałam siły, wróciliśmy do działania. To właśnie wtedy Jacek otrzymał wspomniane stypendium, dzięki czemu mogliśmy wejść do studia i sprawnie dokończyć rozpoczęty proces.

Jeśli chodzi zaś o tegoroczne stypendium, to dzięki niemu zamierzamy zrealizować kolejny istotny krok – środki te umożliwią nam wydanie albumu „Osty” w tradycyjnej wersji fizycznej na nośniku CD, z czego ogromnie się cieszymy, bo domknie to cały proces pracy nad tą płytą.

SG: Jakiego pytania o OSTY nikt ci dotąd nie zadał, choć twoim zdaniem dotyczy ono samego sedna tego projektu? (śmiech) I jak byś na nie odpowiedziała?

JS: Właśnie takiego! (śmiech) Pytanie, którego nikt mi dotąd nie zadał, brzmi:

„Skoro projekt OSTY opiera się na muzycznym upcyklingu, to czy wyciągając stare, zapomniane melodie, czujecie się bardziej jak ekolodzy pamięci, czy raczej jak tłumacze języka zapomnianych światów?”.

Odpowiedziałabym, iż zdecydowanie łączymy obie te role, ale z naciskiem na bycie tłumaczami. Dawne pieśni ludowe mówią o rzeczach uniwersalnych – miłości, stracie, lęku czy samotności. Jednak forma, w jakiej przetrwały, dla dzisiejszego słuchacza bywa barierą.

My nie zmieniamy treści tych opowieści. My je tylko tłumaczymy na język współczesnej wrażliwości, używając elektroniki jako nowoczesnego alfabetu. To taki muzyczny zero waste w świecie dzisiejszej kultury, produkującej tysiące nowych bodźców na sekundę. My zachowujemy się jak zbieracze. Idziemy na muzyczne wysypisko historii, znajdujemy zakurzone ballady z Wielkopolski czy Kresów i dajemy im drugie życie. Oczyszczamy je z kurzu czasu i projektujemy dla nich nowoczesny, elektrofolkowy dom, odkrywając ich duszę.

Sama nazwa zespołu – OSTY – nie jest przypadkowa. Osty to chwasty, rośliny kłujące, często ignorowane, rosnące na marginesie. Tak samo traktuje się czasem dawną muzykę wiejską. Nasza praca polega na pokazaniu, iż te „chwasty” mają w sobie niesamowitą, dziką siłę i piękno, które idealnie rezonuje ze współczesnością.

Sercem projektu OSTY jest więc udowodnienie, iż przyszłość i przeszłość mogą brzmieć jednocześnie, tworząc coś zupełnie unikalnego.

Joanna Skowrońska – wokalistka i frontmanka zespołu OSTY, współtworzonego z Rafałem Igielem i Jackiem Skowrońskim. Zespół zdobył nagrody m.in. na Międzynarodowym Konkursie Mikołajki Folkowe w Lublinie (2022) oraz na Międzynarodowym Konkursie „Turniej Muzyków Prawdziwych” (2023). Stypendium wesprze wydanie debiutanckiego albumu grupy, obejmującego działania medialne oraz koncerty promocyjne.

Idź do oryginalnego materiału