Tytanowy kieł

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Dzika przyroda. Przestrzeń pozbawiona oznak ludzkiej cywilizacji. Samotny człowiek. Zwierzęcy towarzysz. Tak pokrótce można opisać najnowsze wspólne dzieło filmowe Davida Ayera i Brada Pitta. Jednak większość czytających powyższe słowa będzie miało inne skojarzenia: "Biały kieł" Jacka Londonda. I nic w tym dziwnego. London miał olbrzymi wpływ na kształt zbiorowych mitów i tęsknot Amerykanów. To on pomógł skodyfikować narracje opowiadające o dzikiej przyrodzie i interakcjach z człowiekiem. "W sercu dziczy" może być filmem na wskroś współczesnym, ale jego fundamenty mają grubo ponad 100 lat.

Brad Pitt
  • Paramount Pictures
  • Scott Garfield

Klasycznym schematem filmowych jest pokazywanie dziczy jako miejsca schronienia dla osób boleśnie zranionych przez współczesną cywilizację. I właśnie po ten schemat sięgają Ayer reżyser i Cameron Alexander scenarzysta. Grany przez Brada Pitta bohater imieniem James jest weteranem wojennym, który wciąż cierpi na koszmary związane z tragicznymi wydarzeniami, jakich był nie tylko świadkiem, ale też uczestnikiem. Z dala od ludzi może się wyciszyć. Największym problemem jest znalezienie schronienia w czasie mrozów czy burz. Nie jest całkowicie odcięty od cywilizacji. Ma samolot, ale korzysta z niego głównie w celu uzupełnienia zapasów. I tak żyje dniem dzisiejszym, bez natłoku cudzych spraw, bez ingerencji obcych w jego ciche trwanie.

Ale James nie jest sam, co oczywiste, skoro ewidentnie inspiracją dla fabuły jest "Biały kieł" Londona. U boku bohatera trwa Odin. To pies wojskowy. Weteran tych samych wojennych okrucieństw co James. choćby bardziej od niego naznaczony: w czasie akcji stracił nogę i zęby. Dostał protezę i wstawiono mu tytanowe kły. Teraz cieszy się wraz z Jamesem ciszą alaskańskiej dziczy i od czasu do czasu przeżywa senne koszmary.

Brad Pitt
  • Paramount Pictures
  • Scott Garfield

Dzikie ostępy z dala od cywilizacji są dla nich schronieniem tylko do czasu. Kiedy nadejdzie tragedia – a w tego typu filmowych opowieściach zawsze nadchodzi – nagle wszystko, co jeszcze chwilę wcześniej pozwalało ukoić zszargane nerwy, staje się śmiertelnym wrogiem. Piękny pejzaż jest niczym pole minowe – jeden fałszywy krok i można pożegnać się z życiem. Dzikie zwierzęta, które obserwowane z bezpiecznego dystansu, zachwycały swoim majestatem, teraz stają się rywalami w walce o przetrwanie. W takiej sytuacji ratunkiem stają się wyuczone umiejętności oraz – a może przede wszystkim – więź łącząca człowieka z psem.

I to właśnie ta więź jest rzeczywistym bohaterem filmu. Co docenią przede wszystkim wszyscy właściciele czworonogów. "W sercu dziczy" zbudowane jest niczym biografia świętych – pies jest tu prezentowany w samych superlatywach. Widzowie będą więc zachwycać się i wzruszać na widok oddania Odina, jego bohaterskiej wierności oraz desperackiej walki o życie Jamesa. David Ayer przeobraża w filmowe sceny chyba wszystkie możliwe pochwały, jakie wypowiadają właściciele psów o swoich pupilach. Ale "W sercu dziczy" to również wielka pochwała lojalności ludzi wobec psów. Ayer niemal wprost mówi, iż James wychodzi z niektórych opresji żywy wyłącznie dlatego, iż ponad oznaki słabnącego zdrowia wysyłane przez swoje ciało przedkłada dobro psa.

Brad Pitt
  • Paramount Pictures
  • Scott Garfield

Jednak nie oszukujmy się, w zestawieniu ze zwierzęciem Brad Pitt nie ma żadnych szans – jeżeli jakakolwiek rola zostanie z tego filmu zapamiętana, będzie to właśnie rola Odina. Choć to nie tylko zasługa dobrze wyszkolonego psiego aktora, ale też Ayera i reszty ekipy. Filmowcy znaleźli bowiem sposób, by pokazać nie tylko heroizm czworonożnego bohatera, ale również jego typowe zachowania i manieryzmy, które rzadko się w filmach pokazuje, a które każdy właściciel owczarków niemieckich zna doskonale.

Opowieści o ludziach i ich psach wydają się samograjami – z łatwością zachwycają i wzruszają widzów. To zaufanie do filmowej formuły może być jednak poważnym problemem. Sprawia bowiem, iż twórcy stają się ślepi na to, w jakim kierunku prowadzą swoje opowieści. I tak się niestety dzieje też tutaj. Punkt wyjścia jest świetny. Pies jest fantastyczny, a Brad Pitt sprawdza się jako jego dobry kompan. Jednak reżyser i scenarzysta najwyraźniej uznali, iż początkowa komplikacja to za mało, iż więź łącząca bohaterów musi być nieustannie testowana. Ta potrzeba ciągłego dramatyzowania i tak trudnej sytuacji prowadzi do katastrofy. Brak umiarkowania w rzucaniu kłód pod nogi Jamesa i Odina sprawia, iż bardzo gwałtownie film zmienia się w mechaniczne odhaczanie kolejnych stereotypów na temat dzikiej przyrody (czasami są one naprawdę szkodliwe – np. w scenie z wilkami). A jeżeli stereotypy nie dostarczają wystarczającej liczby komplikacji, twórcy posiłkują się tworzeniem sekwencji, w których trudno zrozumieć podejmowane przez Jamesa decyzje (jak w scenie przechodzenia po zwalonych drzewach).

Efekt tych działań jest niezwykle szkodliwy. Zamiast wzruszeń i zachwytów nad solidarnością łączącą ludzi i zwierzęta, pojawia się irytacja i zniecierpliwienie. Pozostając przy zwierzęcej symbolice, na myśl przychodzi polskie przysłowie "Co za dużo, to i świnia nie zeżre". A wystarczyłoby trochę więcej dyscypliny ze strony twórców, by "W sercu dziczy" trafiło do kanonu najwspanialszych filmów o przyjaźni psa i człowieka.
Idź do oryginalnego materiału