Pagórek pośrodku niczego. Na pokrytej trawą łączce pasą się krowy, gdzieś z boku buja się kilka smutnych iglaków. Nagle zza wzgórza wyłania się konwój wojskowy. Z ciężarówek wysiadają żołnierze, którym towarzyszy ekstrawagancko ubrana kobieta. Mężczyźni biorą do rąk łopaty i zaczynają kopać w miejscu przez nią wskazanym. Z czym mamy tutaj do czynienia? Z jakąś dziwną ekshumacją? Powojennym odminowywaniem?
Bułgarski duet reżysersko-małżeński Kristina Grozeva i Petar Valchanov trzyma nas przez chwilę w niepewności. Karty odkrywa dopiero wtedy, kiedy do akcji wkracza córka pułkownika, grana przez Marię Bakalovą Slava. Dziewczyna kręci się beztrosko wokół własnej osi, po czym ostentacyjnie upada na ziemię, układając się w kształt krzyża. Żołnierze natychmiast otrzymują nowy rozkaz: kopać w miejscu, które wyznaczyła Slava. Po chwili oczom wszystkich ukazuje się sporych rozmiarów kamień. Pierwszy z artefaktów, które pozostawili w Bułgarii kosmici.

Choć trudno w to uwierzyć, Triumf oparty jest na prawdziwej historii. Na początku lat dziewięćdziesiątych w miejscowości Tsarichina bułgarskie ministerstwo obrony zorganizowało wykopaliska. Wykopaliska jednak dość szczególne – kierowali nim bowiem nie archeologowie, ale grupa jasnowidzów, która owinęła sobie wokół palca paru wpływowych wojskowych. Operacja pod kryptonimem „Promień Światła” trwała prawie dwa lata. Przez ten czas jasnowidzowie kilka razy zmieniali koncepcję tego, co kryje się we wzgórzach Tsarichiny.
Najpierw miała to być kreatura nie z tej ziemi, prawieczna, żółtowłosa małpa, później tajemnicza postać z Biblii, potem galaktyczna hermafrodyta, która obaliłaby teorię Darwina, w końcu zaś – legendarny skarb cara Samuela. Po wydrążeniu 160-metrowego tunelu o głębokości ponad 70 metrów pracę przerwano. Powodem były komplikacje finansowe. Wykopaną dziurę zalano cementem, a o całej sprawie zwyczajnie zapomniano.

Grozeva i Valchanov wyciągają z tej przedziwnej historii jej esencję, snując opowieść o władzy i manipulacji, która pomaga się przy władzy utrzymać. Nie bez znaczenia pozostaje tu czas akcji. W 1990 roku Bułgarska Republika Ludowa przekształca się oficjalnie w Republikę Bułgarii. Komunistyczni oficjele drżą o stołki, nie wiedząc jeszcze, iż za moment przyjdzie im wygrać pierwsze demokratyczne wybory. Tonący, jak powszechnie wiadomo, brzytwy się chwyta, czego dowodzą nie tylko bułgarscy wyznawcy teorii spiskowych. Kiedy zawodzą rozwiązania racjonalne i konwencjonalne, oczy w naturalnym odruchu wędrują ku opcjom z zupełnie innego porządku.
Do gry wkraczają siły kosmiczne, ezoteryka, tarot, voodoo, Bóg, a czasem Diabeł, tak jak w przypadku nazistowskich satanistów, którzy niemalże do końca wierzyli w to, iż losy wojny uda się odwrócić dzięki okultystycznych rytuałów. W centrum całego zamieszania Grozeva i Valchanov stawiają kwintesencję niewinności: nieśmiałą dziewczynę wkraczającą w dorosłość. Sprawę jednak w interesujący sposób komplikują, bawiąc się konwencją science fiction i nadając bohaterce namiastkę sił parapsychicznych. A może tak nam się tylko wydaje?

Prawdziwym spiritus movens projektu pozostaje, rzecz jasna, Maria Bakalova. Dla Bułgarki jest to pierwszy film nakręcony w ojczystym kraju od prawie czterech lat. Po trampolinie do Hollywood, którą okazał się dla niej Kolejny film o Boracie, Bakalova zdążyła zadomowić się w Stanach, występując w kilku mniej (Bańka, Bez lukru) lub bardziej (Bodies, Bodies, Bodies, Wybraniec) udanych produkcjach. Powrót na Bałkany podyktowany jest jakością ról: w swojej ojczyźnie 29-latka może liczyć na coś bardziej interesującego niż postaci „prostytutek powiązanych z rosyjską mafią”, do których tak często sprowadzona zostaje kariera aktorek z Europy Środkowo-Wschodniej.
Bułgarskie kino pozwala rozwinąć jej skrzydła, a ona odwdzięcza mu się z nawiązką – nie tylko jakością swojej gry, ale również statusem produkcji z hollywoodzką gwiazdą, jaki nadaje automatycznie każdemu filmowi, w którym się pojawia. W Triumfie Bakalova otrzymuje całkiem szerokie pole do popisu: doskonale odnajduje się zwłaszcza w komediowych partiach filmu, przypominając o swoim naturalnym magnetyzmie i wybitnym timingu. Dwóch cechach, które zapewniły jej sześć lat temu uwielbienie Ameryki i nominację do Oscara.

Oglądając świetny występ Bakalovej, trudno nie zadać sobie pytania, czy Triumf nie sprawdziłby się lepiej, gdyby proporcje między komedią a dramatem nie przechylały się mocniej na korzyść pierwszego z tych gatunków. Opowieść o kopaniu dziury w poszukiwaniu kosmicznych artefaktów aż prosi się o to, aby zrobić z niej groteskową komedię absurdów, bezlitosną satyrę na upadający system, który jest w stanie dokonać wszystkiego, aby tylko nie odejść do lamusa historii.
Grozeva i Valchanov wciskają tymczasem pedał hamulca i nie odrywają się od ziemi, tak jakby inspiracja prawdziwą historią wymuszała na nich pewną dozę powagi. Szkoda, bo akurat w tym wypadku można było trochę odlecieć – ku chwale bułgarskiego kina.
Film obejrzany podczas 2. edycji Przeglądu Kina Bułgarskiego w Poznaniu.











