Rodzinny przepis
Naprawdę chcesz wyjść za mąż za kogoś, kogo poznałaś w internecie? Ludwika Andrzejewska spojrzała na przyszłą synową z niedowierzaniem, jakby ta próbowała przemycić do domu fałszywe banknoty. Jej ciężkie, oceniające spojrzenie przemierzyło skromną fryzurę Aliny i jej prostą sukienkę. Przecież choćby się dobrze nie znacie!
Alina poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach. Siedzieli w kuchni w bloku z wielkiej płyty, w którym wychował się Marek. Kuchnia była mała, ale przytulna i lśniąca czystością. Pachniało wanilią i starym parkietem.
Mamo, daj spokój wtrącił się Marek, obejmując Alinę za ramiona. Poznaliśmy się nie w internecie, tylko w klubie książki. Najpierw pisaliśmy, a potem spotkaliśmy się. Pół roku! A Alina jest wspaniała!
Poznali się tak: Alina prowadziła bloga o zapomnianych książkach. Marek, programista z cichą pasją do klasyki, trafił na jej wpis o Zbrodni i karze. Ich dyskusja przeniosła się na prywatne wiadomości, potem na długie rozmowy telefoniczne. Okazało się, iż śmieją się z tych samych żartów, cenią te same rzeczy ciszę, szczerość, zapach książek. Pierwsze spotkanie pod pomnikiem Mickiewicza nie było randką, tylko kontynuacją rozmowy. Z Aliną Marek czuł się niespodziewanie swobodnie, jak w domu. Ona dostrzegła w nim nieśmiałego mężczyznę z głębokim wnętrzem.
Wspaniała prychnęła Ludwika Andrzejewska, celowo głośno stukając łyżeczką o porcelanową filiżankę. A to, iż z innego miasta, bez pracy, i w ogóle kto wie, co ma w głowie Syna wychowałam, wykształciłam, a tu nagle jakaś
Alina zacisnęła zęby, ale milczała.
Zrozumiała już: teściowa widzi w niej nie osobę, tylko zagrożenie obcą dziewczynę, która chce zabrać syna spod matczynej opieki. Ludwika Andrzejewska żyła według sztywnych zasad i bezkompromisowo walczyła ze słabościami. Po śmierci męża pięć lat temu jeszcze mocniej otoczyła syna opieką.
Pierwsze próby zbliżenia się do teściowej spełzały na niczym.
Gdy Alina, starając się jak mogła, upiekła szarlotkę z cynamonem i anyżem, tak jak u jej babci, Ludwika Andrzejewska, odłamała malutki kawałek i mruknęła:
Za słodkie. U nas tak się nie robi.
Kiedy Alina zaproponowała pomoc w porządkach, usłyszała suche:
Nie trzeba. Ja wiem, gdzie co leży. Potem bym szukała pół roku.
Pozostawszy sam na sam z Aliną w swoim pokoju, pełnym modeli statków i książek o fizyce, Marek tylko rozłożył ręce:
Nie bierz tego do siebie. Mama jest po prostu taka. Bliska, ale kolczasta jak jeż.
Staram się odparła cicho Alina, patrząc przez okno na identyczne balkony. Tylko żyć w stanie zimnej wojny jest trudno, a wyprowadzić się od niej nie możemy tak szybko.
Ale Alina się nie poddawała. Wierzyła, iż do każdej twierdzy jest jakieś tajne wejście.
Pewnego sobotniego ranka Ludwika Andrzejewska, ścierając kurz z półek, wyjęła stary album i zaczęła go przeglądać. Alina poprosiła o pozwolenie i usiadła obok. Zauważyła, jak teściowa zatrzymała wzrok na pożółkłym zdjęciu, na którym stała młoda i uśmiechnięta obok przystojnego, ciemnowłosego mężczyzny.
Kto to? ostrożnie zapytała Alina.
Ludwika Andrzejewska drgnęła, jakby przyłapana na czymś zakazanym.
Mój brat, Jan westchnęła, a w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiała nie kolczastość, ale zmęczony smutek. Pokłóciliśmy się. Dwadzieścia lat temu, jeżeli nie więcej.
O co? zaryzykowała Alina, bojąc się spłoszyć chwilę szczerości.
O głupoty. Działkę po rodzicach. Oboje uparci jak osły. Powiedział mi coś przykrego, ja jemu i tyle. Mieszkamy w tym samym mieście, a jakby w innych światach.
Alina milczała, ale w głowie już rodził się plan. Przypomniała sobie, jak Marek wspomniał, iż matka stała się jeszcze bardziej zamknięta po tej kłótni.
Tydzień później, spotkawszy w klatce gadatliwą sąsiadkę, ciocię Halinę, Alina przypadkiem zagadnęła ją o rodzinę męża.
Ach, Ludka i jej brat! załamała rę








