Mój szef był tym człowiekiem, który powiedział mi, iż mój mąż mnie zdradza.
Byłam wtedy mężatką i pracowałam w niewielkiej firmie w Warszawie. Mój szef, pan Leszek, był rozwiedziony, samotny i nie ma co ukrywać od dawna miał do mnie słabość. Niby nic złego nie robił, ale czasem był naprawdę natarczywy. Starałam się być uprzejmą, ale wyznaczałam jasne granice. Kilka razy powiedziałam mu, żeby przestał, bo mam męża i zaczyna mi być przez niego zwyczajnie wstyd, zwłaszcza iż i w biurze wszyscy to widzą. Twierdził, iż rozumie i, cóż, pracowaliśmy dalej.
Aż pewnego dnia wezwał mnie do swojego gabinetu. Zamknął drzwi, obniżył głos i oznajmił, iż musimy porozmawiać o czymś prywatnym. Zapytał, czy mój mąż przez cały czas często wyjeżdża w weekendy. Odpowiedziałam, iż tak. I wtedy wyrecytował mi prosto z mostu:
Widziałem go z inną kobietą.
Wyjaśnił mi, iż jego zastępca wyszedł z kolegami do klubu, a on sam wpadł tam później i… rozpoznali mojego męża przy barze. Miał się tam namiętnie całować z jakąś panną. Oczywiście, nie chciałam w to uwierzyć dopóki szef nie pokazał mi filmiku na telefonie.
Nagranie było dość marnej jakości ciemno, z daleka, w tle grała głośna muzyka disco polo, aż uszy bolały. Ale, niestety, rozpoznałam swojego męża po kurtce, ruchach i… no, profilu. Żadnych wątpliwości. Szok. Poczułam wstyd, złość i całą masę bezsilności na raz. Wyszłam z gabinetu. Poszłam do domu. Tego samego wieczora, jak rasowy detektyw, przycisnęłam męża do muru. Oczywiście najpierw zaprzeczał, potem stwierdził, iż to była tylko „jednorazowa wpadka”. Ale się nie wyprowadził.
Kolejne pół roku to był koszmar. Ja już nie chciałam z nim być, on twierdził, iż nie zamierza nigdzie się ruszać. Mieszkanie klasycznie, wynajmowane. I co usłyszałam? „Płacę połowę czynszu, mam prawo tu mieszkać”. Zaczął mi uprzykrzać życie rano włączał Zenka Martyniuka na cały regulator, sprowadzał znajomych bez zapowiedzi, zostawiał bałagan, dogryzał mi, śmiał się ze mnie, a każda kłótnia kończyła się jeszcze gorzej niż poprzednia. Spałam byle jako, a dzień zaczynałam od kawy i nerwów.
Pewnego dnia zajrzałam do umowy najmu i olśniło mnie zaraz się kończy. Uświadomiłam sobie coś oczywistego: to nie jest moje mieszkanie i nie muszę nikogo znosić! Zaczęłam szukać kawalerki w Krakowie. Spakowałam manatki, podpisałam nową umowę i z ulgą zamknęłam za sobą drzwi. Żadnych dramatów, żadnego „żegnaj”, tylko to, co najpotrzebniejsze pod pachę i koniec odcinka.
Przez ten czas pan Leszek obserwował całą sytuację z boku. Najpierw był tylko wsparciem pytał, czy wszystko w porządku, czy czegoś nie potrzebuję. Coraz częściej wymienialiśmy się wiadomościami poza pracą, potem wybieraliśmy się na kawę. Ja nie chciałam niczego więcej, tylko trochę spokoju. On to rozumiał i nie naciskał. Minęło kilka miesięcy, zanim zaczęło się między nami coś więcej.
Potem zmieniłam pracę. Nie ze względu na Leszka, no gdzie tam po prostu trafiła się lepsza okazja, korzystniejsza finansowo (zamiast 4000 zł dostałam 5600 zł, więc nie było nad czym się zastanawiać) i pozycja znacznie ciekawsza. Odeszłam z firmy. I wtedy relacja się zmieniła przestał być moim szefem, byliśmy już tylko dwójką ludzi umawiających się na randki.
Dziś mija nam rok razem.
Były mąż zniknął z mojego życia na dobre. Straciłam małżeństwo… a zyskałam święty spokój i porządnego faceta. I kto by pomyślał, iż przy kawie z szefem życie potrafi się tak obrócić.
