Tłumaczenie świata

nn6t.pl 3 godzin temu

O wskrzeszaniu wymarłych gatunków, perfumach o zapachu mamuta, plecaku do ratowania świata i regułach gry w sztuce – z artystą Mateuszem Pecyną, wyróżnionym przez NN6T w tegorocznej edycji ogólnopolskiego konkursu Najlepsze Dyplomy Artystyczne, rozmawia Bogna Świątkowska.

Bogna Świątkowska: „Notes na 6 tygodni” przyznał ci wyróżnienie w tegorocznej edycji konkursu, która prezentuje prace dyplomowe nominowane przez wszystkie uczelnie artystyczne w kraju. Nagrody wręczono w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, gdzie w galerii Zbrojownia Sztuki można było oglądać wystawę podsumowującą konkurs, a na niej twoją bardzo rozbudowaną pracę Ex Utero, którą teraz z kolei jest prezentowana w ramach Warsaw Gallery Weekend w Warszawie. Jej punktem wyjścia jest fantazja o przywracaniu wymarłych gatunków, a sama praca dotyka dylematów etycznych i praktycznych powstających na styku biologii, biotechnologii i kapitalizmu. Co daje mówienie o tych problemach językiem sztuki?

Mateusz Pecyna: Sztuka daje możliwość przekształcania dominującej narracji, bardzo często podporządkowanej modelowi technokratycznemu czy kapitalistycznemu. A Ex Utero dotyczy szeroko rozumianej fantazji o wskrzeszaniu wymarłych gatunków, ale w gruncie rzeczy odnosi się do bardzo namacalnej i konkretnej wizji amerykańskiej firmy Colossal Biosciences, która rzeczywiście podejmuje takie próby. Bazując na genomie słonia azjatyckiego, naukowcy modyfikują wybrane geny odpowiedzialne za cechy kojarzone z mamutem, takie jak futro, wielkość zwierzęcia czy odporność na niską temperaturę. Deklarowanym celem jest stworzenie arktycznej hybrydy, która zasiedli tundrę i pomoże w walce z ociepleniem klimatu.

Projekt opiera się oczywiście na twardych danych i precyzyjnej rekonstrukcji materiału DNA, pojawia się jednak pytanie – i jest ono co najmniej godne dyskusji – czy rzeczywiście mielibyśmy do czynienia z wymarłym gatunkiem? Czy byłoby to wskrzeszenie mamuta, czy raczej, jak sugeruję w swojej pracy, wskrzeszenie naszego wyobrażenia o tym, czym mamut jest, a następnie sprzedanie go we właściwym opakowaniu.

BŚ: Czerpiesz z tego, co pojawia się w globalnym obiegu informacji, zwłaszcza w internetowych feedach. Co interesuje cię w zjawiskach pojawiających się tam, gdzie rozwój technologii zaczyna przekraczać granice etyczne i wywoływać niepokój?

MP: Nie szukam newsów po to, żeby znaleźć temat na kolejną pracę. To one znajdują mnie. Jest raczej tak, iż dociera do mnie jakaś informacja, która automatycznie uruchamia krytyczne myślenie albo czystą ciekawość. Wtedy zaczynam się w dany temat mocno zagłębiać, tak jak w przypadku rekonstrukcji wymarłych gatunków. Tworzenie pracy jest więc dla mnie osobistą metodą tłumaczenia sobie rzeczywistości, a może raczej jej sprawdzania. To pewien rodzaj fact-checkingu.

W przypadku Ex Utero główną osią mojego zainteresowania nie było samo wskrzeszanie gatunków ani biologiczny aspekt tych prób, ale przede wszystkim język, którym mówi się o tego rodzaju ideach. Mówi się dzisiaj, ale mówiono też wcześniej – to przecież nie są pierwsze próby odtwarzania wymarłych gatunków w historii. Podobne eksperymenty pojawiały się już w latach 20. XX wieku, a rozwijano je m.in. w nazistowskich Niemczech.

To właśnie język towarzyszący tym próbom zapala we mnie czerwoną lampkę: uruchamia chęć dowiedzenia się więcej, ale także wzbudza nieufność wobec szlachetności tych idei.

W przypadku firmy Colossal Biosciences ważne jest również to, iż mamy do czynienia z przedsięwzięciem for profit. Wcześniejsze inicjatywy miały różne źródła i uzasadnienia, tutaj natomiast działanie zostało wpisane w model kapitalistyczny – nastawiony nie tylko na „naprawę przyrody”, ale także na generowanie zysku.

BŚ: W Ex Utero nie ograniczasz się do elementów wizualnych – filmu i animacji, w których ożywiasz muzealne przedstawienia wymarłych zwierząt. Jednym z jego elementów jest także zapach – fantazja na temat tego, jak mógł pachnieć mamut, bo to właśnie on jest tutaj głównym „wskrzeszanym” zwierzęciem. Stworzony na potrzeby wystawy zapach, zamiast jedynie uzupełniać jej treść, zaczął dryfować w stronę produktu, obiektu pożądania. Czy autoironia od początku była wpisana w pomysł odtworzenia, a adekwatnie wymyślenia tego zapachu, czy też ten element w pewnym momencie wymknął się po prostu spod kontroli?

MP: Punktem wyjścia było pytanie: jak pachniał – albo jak mógł pachnieć – mamut? Część osób ten zapach odrzuca – kontakt z wyobrażoną dzikością okazuje się dla nich zbyt intensywny. Innych perfumy intrygują. Rozpylają je na skórze i fascynują się złożonością kompozycji, zwłaszcza jeżeli interesują się niszowym perfumiarstwem.

Praca nad kompozycją, którą stworzyłem we współpracy z Anną Cendrowską i Martyną Oleszczak, tworzącymi dziś markę Molanné, była w pewnym sensie bezpośrednią paralelą do wskrzeszania gatunków. Z jednej strony opierała się na olfaktorycznym researchu – wiele składników odnosi się do flory i fauny tworzących ekosystem mamuta. Z drugiej – wciąż pozostawała w sferze spekulacji i kreowania reprezentacji, fantazjowania o czymś, co bezpowrotnie utracone. A odpowiadając na twoje pytanie: to przejście w stronę luksusowego produktu było zamierzone. Chodziło właśnie o ten zgrzyt: z jednej strony mamy tragedię wymierania gatunków i kryzys ekologiczny, a z drugiej elegancki flakon, marketing i przemianę tej straty w produkt.

BŚ: Chociaż wskazujesz na problemy wynikające z postępu technologicznego, rozszczelnienia norm etycznych czy braku wyobraźni dotyczącej konsekwencji ludzkich działań – nie sytuujesz swojej praktyki w szeroko rozumianym polu aktywizmu. Czym jest więc dla ciebie podejmowanie tych tematów w sztuce? Jak określiłbyś to, co robisz?

MP: „Tłumaczenie świata” jest chyba najlepszym określeniem tego, czym się zajmuję. Wydaje mi się, iż to adekwatnie wystarczająca etykieta. Sednem moich prac jest próba zrozumienia rzeczywistości, uruchamiania refleksji i stawiania pytań. Nie proponuję w nich konkretnych rozwiązań, które można byłoby natychmiast wdrożyć, żeby daną sytuację naprawić albo poczuć się w niej bezpiecznie.

BŚ: A jednak zaprojektowałeś Earth Rescue Kit, przenośny zestaw reagowania na kryzys klimatyczny. Za pośrednictwem specjalnej strony internetowej można finansowo wesprzeć jego rozwój, wpłacając mniejszą lub większą kwotę. Do czego więc zapraszasz, jeżeli nie do wzięcia spraw we własne ręce i przejścia od rozważań do działania?

MP: Earth Rescue Kit to przenośny zestaw złożony z wielu modułów: maty odbijającej ciepło słoneczne, wentylatora, węża do nawadniania oraz miernika temperatury w kształcie pistoletu. Całość zasila bateria ładowana dzięki panelu słonecznego. Wszystkie te komponenty wchodzą w skład zestawu, który rzeczywiście wyprodukowałem.

Projekt jest komentarzem do pojęć eco-guilt i eco-anxiety, a także do indywidualnej odpowiedzialności za kryzys klimatyczny, którą wszyscy mamy nosić na własnych barkach. Istotny jest również kontekst, w którym powstał. Zrealizowałem go w ramach programu Heritage Lens, poświęconego skutkom globalnego ocieplenia i ich wpływowi na dziedzictwo kulturowe. Była to kooperacja czterech instytucji fotograficznych z Włoch, Hiszpanii, Łotwy i Polski.

Kiedy odpowiadałem na open call i czytałem opis tej inicjatywy, od razu pomyślałem o niej krytycznie. Znowu zapaliła mi się lampka. Zgłoszony przeze mnie projekt był w pewnym sensie wymierzony w sam program, do którego aplikowałem. Nie spodziewałem się, iż zostanie przyjęty i iż rzeczywiście polecę do Rzymu, żeby nagrywać tam indywidualne próby „poprawiania stanu rzeczy”. Skoro mój żart zadziałał i został zaakceptowany, postanowiłem doprowadzić go do końca.

Stworzyłem więc reklamę plecaka stylizowaną na telezakupy Mango z lat dwutysięcznych. W filmie zachęcałem do kontaktu mailowego wszystkich zainteresowanych projektem, współpracą albo zakupem zestawu. Po premierowej wystawie na Fotofestiwalu w Łodzi odezwała się do mnie osoba prosząca o katalog produktu.

Chciałem dalej rozwijać ten projekt, a jednocześnie konsekwentnie wejść w rolę biznesmena, który wymyślił taki start-up. Osoba, która się do mnie zgłosiła, rzeczywiście chciała skorzystać z możliwości wsparcia. W odpowiedzi na jej zainteresowanie powstały strona internetowa i konto w serwisie Patronite. Można więc powiedzieć, iż narzędzia te zostały stworzone adekwatnie dla jednej osoby.

I tu pojawia się rozterka. Z jednej strony projekt krytykuje spektakularne przedstawianie indywidualnej walki z kryzysem klimatycznym oraz jej komercjalizację. Z drugiej, łatwo wyobrazić sobie jego dalszą promocję i kapitalizację – przekształcenie tej krytyki w kolejny mechanizm gromadzenia kapitału. Muszę się zastanowić jeszcze, co z tym zrobić [śmiech]. W każdym razie, tak wygląda historia projektu i jego strony internetowej.

BŚ: Rozumiem więc, iż na tym etapie istnieje jeden egzemplarz – ten widoczny na fotografii opublikowanej na stronie. Czy jest to działający prototyp, którego używasz do dalszych prób? Czy rzeczywiście ma wszystkie funkcje obiecywane w tym niewielkim prospekcie?

MP: Tak, to w pełni działający prototyp, choć na razie w wersji demonstracyjnej. Testowałem go w terenie: wszystkie zadeklarowane funkcje są sprawne – poszczególne moduły można demontować i zasilać panelem słonecznym, choć całość jest dość ciężka i technologicznie bezkompromisowa. Ta toporność jest zresztą częścią żartu – to dosłowny ciężar, który trzeba nieść. Wszystko jednak działa, co widać również na filmach zrealizowanych w ramach projektu. Przy okazji ukłon w stronę Krzysztofa Gola, który pomógł mi połączyć tę całą elektronikę i komponenty w jedną funkcjonalną całość.

BŚ: Sprawdzasz jak daleko można się posunąć, żartując i ironizując na temat zasad funkcjonowania współczesnej sztuki. Jednocześnie Fotofestiwal nominował cię do europejskiej platformy FUTURES Photography. Twoje projekty bardzo mocno akcentują też zainteresowanie przyszłością – czy łatwiej jest opowiadać o niej dzięki fotografii? Czy raczej potrzebujesz całego zestawu innych narzędzi, które pojawiają się w Ex Utero – zapachu, animacji, obiektów oraz rozmaitych bodźców sensorycznych i intelektualnych?

MP: Nominacja do FUTURES Photography, za którą jestem bardzo wdzięczny, trochę mnie zaskoczyła, bo od dłuższego czasu adekwatnie nie wykonuję już fotografii w tradycyjnym sensie. Ale ponieważ jest tam też przestrzeń dla praktyk postfotograficznych, znalazło się tam dla mnie miejsce.

Żeby wyrazić złożoność współczesnego świata, naprawdę trudno byłoby mi posługiwać się wyłącznie fotografią. Dotyczy to zwłaszcza zjawisk napędzanych przez współczesny rozwój technologii. Rzeczywistość jest dla mnie zbyt wielkim kolażem, złożonym ze zbyt wielu elementów, żeby dało się ją zamknąć w jednej ramie.

BŚ: Czy zgodziłbyś się z tym, iż uczysz nas nieufności wobec obrazów i tego, co wizualne? Mam wrażenie, iż ważniejsze od tworzenia czegoś po prostu do oglądania – a więc odbieranego jednym zmysłem, w czym fotografia się specjalizuje – są dla Ciebie research oraz konstruowanie sytuacji, w której zaczynamy odczuwać potrzebę zdobycia informacji, choćby jeżeli sama sztuka nie jest w stanie nam jej dostarczyć. Czy budowanie takiej nieufności wobec obrazu jest Ci bliższe niż samo tworzenie obrazów?

MP: Zdecydowanie tak.

Budowanie wątpliwości czy nieufności wobec obrazu jest adekwatnie nieodłącznym elementem moich prac.

Co ciekawe, zacząłem się tym zajmować adekwatnie w ostatniej chwili przed wielkim boomem na współczesne algorytmy i narzędzia generatywne. Dzisiaj one same, już bez udziału artysty, podważają naszą wiarę w obraz, dźwięk i media w ogóle. To moim zdaniem kolejne kryzysowe stadium w historii mediów.

Z jednej strony jestem osobą, która o tym opowiada, z drugiej – konsumentem tych wszystkich treści, więc ten problem również bezpośrednio mnie dotyczy. Myślę, iż kryzys wiarygodności mediów dokłada się do ogólnej społecznej niepewności, w której dzisiaj funkcjonujemy.

BŚ: Na koniec porozmawiajmy o tym jak wykorzystałeś środowisko gry piłkarskiej FIFA i stworzyłeś wersję, w której grać w piłkę można wiecznie. Czy to znów żart?

MP: Żart, ale potraktowany zupełnie serio. What’s the Point? to projekt z 2024 roku, który łączy dwa moje doświadczenia życiowe. Pierwsze jest współczesne: to doświadczenie studenta Akademii Sztuk Pięknych, który próbuje się połapać w regułach rozgrywki na polu sztuki. Drugie pochodzi z okresu nastoletniego, kiedy grałem w piłkę w małym lokalnym klubie z ambicjami na profesjonalną karierę piłkarską.

Już w liceum moje zainteresowania radykalnie się zmieniły. Kiedy poszedłem na studia artystyczne, bardzo chciałem odciąć się od świata piłkarskiego – męskiej dominacji, opresyjnych struktur, silnej konkurencji i bardzo ostrej rywalizacji. Próbowałem zdystansować się od środowiska boiska i szatni. Kiedy jednak zacząłem poznawać reguły nowej gry, czyli świata czy też pola sztuki, dostrzegłem wiele analogii między tymi dwoma obszarami.

Stąd wziął się mecz, w którym słynni artyści – żyjący i zmarli – grają ze sobą w środowisku FIFA bez końca. Listę zawodników oparłem na danych z Artfacts.net, strony, o której dowiedziałem się podczas studiów. Gromadzi ona informacje o wystawach i tworzy rankingi artystów żyjących oraz nieżyjących. Można tam wykupić płatną subskrypcję i uzyskać dostęp do zestawień, które próbują uszeregować twórców. Mój subiektywny wkład polegał na przypisaniu im pozycji na boisku: zastanawiałem się, kto jest artystą bardziej atakującym – kwestionującym system – a kto raczej broniącym, zachowawczym i skupionym na formie.

Świat sztuki może kojarzyć się powszechnie ze wspólnotowością, ideami intelektualnymi, walką o prawa czy szerzej rozumianą siłą społeczną. Tymczasem również on może zostać sprowadzony do rankingu i gry kapitału. Dotyczy to nie tylko artystów żyjących, ale także zmarłych, których prace często zyskują na wartości po ich śmierci. Niekończący się mecz piłkarski stał się więc paralelą i metaforą – wyrastającą z mojego osobistego doświadczenia, ale odnoszącą się do zjawiska o jak najbardziej globalnym charakterze.

BŚ: To bardzo dobre zakończenie naszej rozmowy, bo prowadzi nas do punktu wyjścia – do nagród, które otrzymałeś w Gdańsku. Wszedłeś do gry. I co teraz?

MP: Wcześniej czułem, iż jestem raczej na trybunach, a teraz drepczę już gdzieś w pobliżu ławki rezerwowych i zastanawiam się – czy warto wchodzić na boisko?

Mateusz Pecyna – artysta wizualny pracujący w polu nowych mediów oraz sztuki spekulatywnej. W swojej praktyce bada, jak systemy technologiczne przekształcają współczesną kulturę, ze szczególnym uwzględnieniem relacji władzy, reżimów widzialności oraz eksploatacji środowiska. Korzystając z postfotograficznych strategii, buduje spekulatywne narracje, w których naukowe odniesienia przeplatają się z ironicznym dystansem. Absolwent fotografii na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, w tej chwili student programu Meisterschüler na Hochschule für Grafik und Buchkunst (HGB) w Lipsku. Laureat Nagrody Krytyków oraz Nagrody Prezydenta Miasta Sopotu w Ogólnopolskim Konkursie Najlepszych Dyplomów Artystycznych w Gdańsku (2026), a także Stypendium Artystycznego Miasta Łodzi (2025). Nominowany do europejskiej platformy FUTURES Photography (2026). Swoje prace prezentował na wystawach instytucjonalnych i festiwalowych w Polsce i za granicą.

Idź do oryginalnego materiału