Zöldier Noiz dalej siedzi po uszy w brudnym thrashu, ale na
„Oeuvre au noir” dorzucili jeszcze więcej deathmetalowego syfu i wyszło im to naprawdę dobrze. Zero plastiku, zero wygładzania — riffy są szorstkie, wokal pluje jadem, a całość brzmi jak nagrana w piwnicy. Momentami przypomina mi się stary
Sodom, gdzie indziej gdzieś majaczy
Celtic Frost,
Death Strike, trochę tego pokręconego
Voivoda, ale bez bezczelnego zrzynania. Czytałem opinię, iż ta płyta może sprawiać wrażenie jednego 35-minutowego kawałka i coś w tym jest. Tylko mnie akurat to specjalnie nie przeszkadza. Nie ma tu singielków ustawionych pod playlistę. Wrzucam całość i przez te pół godziny dostaję jeden zwarty atak.
„Merci” było dobrą płytą, ale tutaj mam wrażenie, iż zeszli kilka pięter niżej, do bardziej zatęchłej piwnicy. Mniej zwykłego thrashowego napierdalania, więcej śmierdzącego death/thrashowego syfu. Bez odkrywania Ameryki. Bez nowoczesnych cudów. 35 minut brudu, starych riffów i złej energii.
iframe
Statystyki: autor: Szajtan — 36 min. temu