„The Five Star Weekend” to kolejna ekranizacja kolejnej plażowej powieści i następna niezobowiązująca dawka rozrywki, za to z licznymi gwiazdami. Czy warto wejść w ten pełen blichtru świat Nantucket i oglądać serial SkyShowtime?
Wszystko to, co dwa lata temu uważałam w kwestii złego wpływu sukcesu „Wielkich kłamstewek” na serialowy krajobraz, uważam nadal. Nie będę się więc powtarzać, jednak fakt, iż pisałam o tym przy okazji netfliksowej „Pary idealnej”, czyli adaptacji powieści Elin Hilderbrand, ma dodatkowe znaczenie przy recenzowaniu „The Five Star Weekend” (oryginalnie dostępnego na platformie Peacock, a u nas ze sporym opóźnieniem w serwisie SkyShowtime). To bowiem także serial oparty na książce tej autorki, znanej z powieści idealnych do czytania na plaży.
The Five Star Weekend – o czym jest ten serial obyczajowy
Ma to oczywiste konsekwencje dla kształtu ośmioodcinkowej produkcji, którą stworzyła Bekah Brunstetter („Switched at Birth”, „Tacy jesteśmy”). Wiadomo z góry, iż poza pewne gatunkowe prawidła zrobionej „na bogato” historii o grupie przyjaciółek „The Five Star Weekend”, choćby przy całej imponująco gwiazdorskiej obsadzie, nie wyjdzie. I trudno się po takim serialu spodziewać, iż okaże się czymś innym, niż miał być. Trzeba go więc oceniać, mając to na uwadze.
Ale przynajmniej nie jest to kolejna banalna zagadka zbrodni, chociaż kiedy czytam recenzję Judy Berman, zauważającej, iż „to dziś dziwnie rzadkie, zobaczyć serial dramatyczny skierowany do kobiet, który nie jest głównie o morderstwie ani o romansie”, myślę, iż strasznie nisko ustawiono poprzeczkę naszych oczekiwań.
„The Five Star Weekend” (Fot. Peacock)A gdy autorka tekstu dla „The Boston Globe” cieszy się, iż serial dowodzi, iż kobiety po czterdziestce mogą być interesujące nie tylko w thrillerach, bo wystarczy pokazać, jak po prostu żyją swoim życiem, to uważam, iż przy takim natężeniu „dramy”, z jaką mamy tu do czynienia, stwierdzenie „just living their lives is enough” nie wydaje się najtrafniejsze, ponieważ sugeruje raczej skupienia na zwyczajności, w kontraście do wspomnianej thrillerowości. Tymczasem tu do zwykłej codzienności daleko.
O dziwo, nie zamierzam się jednak nad „The Five Star Weekend” pastwić. Niespełnione obietnice z niektórych zagranicznych recenzji to osobna sprawa, natomiast moja całościowa ocena jest bardziej złożona. prawdopodobnie bardziej złożona niż sam serial, który wcale do wielkiego skomplikowania nie dąży, chcąc dać nam to, na co już na pierwszy rzut oka wygląda: rozrywkowy seans o kobietach po czterdziestce, przeżywających przez weekend wielkie dramaty i katartyczne przemiany w pięknych plenerach Nantucket.
The Five Star Weekend – gwiazdy w głównych rolach
Kobiet jest pięć, bowiem Hollis (Jennifer Garner, ostatnio choćby z „O jedno cię proszę”, choć dla mojego pokolenia na zawsze „Agentka o stu twarzach”), kulinarna influencerka, pół roku po nagłej śmierci męża (Josh Hamilton z „The Walking Dead”, niestety bardzo bezbarwny w tej roli) za namową swojej rzeczniczki (marnująca się tu Vella Lowell, która, jak wiemy po „Crazy Ex-Girlfriend”, powinna być gwiazdą własnego serialu, a nie grać „ogony”) postanawia spędzić weekend z czterema przyjaciółkami z różnych faz swojego życia.
Jeśli tylko przełknie się jakoś dziwaczną logikę oraz wysokie ryzyko takiego wyjazdu – zwłaszcza iż nie wszystkie z tych przyjaciółek się znają, a jeżeli już, to niekoniecznie się lubią – można cieszyć się całkiem udanym efektem zderzenia na niewielkiej wspólnej przestrzeni kobiet o różnych charakterach i doświadczeniach, które łączy to, iż chcą wspierać Hollis. Choć nie oszukujmy się: przestrzeń tak naprawdę mała nie jest – dom w Nantucket okazuje się ogromny i ma jeszcze domek gościnny…
„The Five Star Weekend” (Fot. Peacock)Dru-Ann (Regina Hall, „Dziewięcioro nieznajomych”) to agentka sportowa, chwilowo „scancelowana” za niewrażliwość na zdrowie psychiczne klientki. Tatum (Chloë Sevigny, „Potwory: Historia Lyle’a i Erika Menendezów”), najdawniejsza z przyjaciółek, niemal siostra, została w Nantucket i założyła rodzinę z Kyle’em (David Denman z „Mare z Easttown”, w bardzo drugoplanowej, ale chyba jedynej trochę ciekawiej napisanej tu męskiej roli).
Niepewna siebie, zwłaszcza na tle tych dwóch twardych kobiet, Brooke (D’Arcy Carden, „Dobre Miejsce”) zna Hollis jako matkę ze szkoły, w której obie miały dzieci – i obie wojowały z, pojawiającą się też w niewłaściwym momentach podczas weekendu, okropną Electrą (Judy Greer, „Kidding”). A co z Gigi (Gemma Chan, „Humans”)? Jej nikt adekwatnie nie zna, to fanka Hollis z internetu, która pomogła influencerce przejść przez pierwsze miesiące żałoby. I skrywa paskudną tajemnicę, mocno zwiększającą poziom dramatyczności, i niestety też psychologicznej niewiarygodności, serialu.
The Five Star Weekend – dramy w pięknych plenerach
Pięć tytułowych gwiazd weekendu spróbuje trzymać się ściśle zaplanowanego przez Hollis harmonogramu atrakcji, który wyznacza też kompozycję całego sezonu. Jednak do głosu wciąż dochodzić będą tłumione emocje, dawne pretensje i bieżące problemy. Wszak Hollis tylko udaje, iż się trzyma, Tatum czeka na wyniki biopsji, Dru-Ann sypie się kariera, Brooke ma za parę dni zeznawać na rzecz koszmarnego męża (Rob Huebel, „Childrens Hospital”), a Gigi… jak wyżej.
I kiedy serial skupia się na szczerych rozmowach kobiet, czy to w pełnym gronie, czy w podgrupach lub dwójkach, o seksie, o menopauzie, o stracie, o wyzwaniach, o sobie nawzajem, ogląda się go naprawdę dobrze. Nie są to może wielkie odkrycia na temat natury ludzkiej, ale obsada wynosi materiał ponad to, co napisane w scenariuszu.
„The Five Star Weekend” (Fot. Peacock)Sporo tu wtedy lekkości, choćby humoru, a przy tym pozytywnego wbrew trudnym tematom przesłania o wsparciu i możliwości zmiany w różnym wieku. Rozbawiły mnie niektóre scenki, choćby ta nawiązująca do „Golden Girls”, a kilka kwestii pasowałoby choćby do niezłego sitcomu. Przekonało mnie sporo diagnoz i o tych kobietach, i o ich relacjach, a im więcej w serialu samoświadomości, tym lepiej – jak w pytaniu jednej z bohaterek, czy ten cały weekend to interwencja czy raczej „cosplay Meghan Markle”. Bawią też najróżniejsze żarty z tego, jak absurdalnie piękna jest Gigi (pamiętajmy, iż w „Humans” Chan grała androida – jako istota piękna wręcz nieludzko).
Gorzej, kiedy coś, co mogłoby być po prostu tym wszystkim powyższym, uroczym, krzepiącym komediodramatem o kobiecej przyjaźni, bardzo chce być czymś „więcej”, a raczej czymś „bardziej”. Sporo w tym pewnie winy książkowego pierwowzoru, ale przez wątek sekretu Gigi, niepotrzebne liczne retrospekcje, a choćby wizje na jawie rozcieńcza się obiecująca intensywność samego babskiego weekendu.
The Five Star Weekend – kolejna adaptacja Hilderbrand
Za zbędny uważam też wątek córek Hollis, Caroline (Harlow Jane, „High Desert”), i Tatum, Aubrey (West Duchovny, „Zabić ból”), oraz romans głównej bohaterki z dawnym ukochanym, Jackiem (Timothy Olyphant z „Justified”, wyciągający, ile się da, z płytkiej roli „księcia z bajki”). Znający się od lat aktorski duet ma świetną chemię, ale ich perypetie mogłyby być po prostu osobnym, melodramatycznym serialem. A w „The Five Star Weekend” wszystkiego robi się po prostu za dużo, więc na to, co działa, nie zawsze zostaje wiele miejsce.
„The Five Star Weekend” (Fot. Peacock)Lepiej byłoby trochę krócej (starczyłoby sześć odcinków), za to z jeszcze większym skupieniem na „gwiazdach”, ich relacjach i dojrzewaniu do zmiany – choćby Gigi mogłaby zostać, o ile pełniłaby w grupie jakąś rolę bez tej całej dramy… I jasne, gdyby wyciąć nadmiarowe elementy, „The Five Star Weekend” wciąż pozostałoby zaledwie kolejną dawką eskapizmu. Wizytą w świecie pięknych krajobrazów i drogich domów Nantucket, gdzie nie ma problemu, którego nie rozwiązałoby spontaniczne wejście do morza, podczas gdy z offu leci motywująca piosenka.
Ubawiło mnie, iż wyprodukowało ten tytuł akurat Universal Content Productions, bo owszem, to dokładnie serial, który może się podobać uniwersalnie, jako iż stara się nikogo nie irytować, za dużo nie wymagać, tylko ładnie wyglądać i płynnie opowiadać krzepiącą historię.
The Five Star Weekend – czy warto oglądać serial
Często bowiem, wbrew przesłaniu, iż nie wszystko musi błyszczeć, a odrobina bałaganu bywa ożywcza, produkcja ta chce być właśnie nieskazitelnie gładka, więc daje sporo szybkiej przyjemności, ale i równie gwałtownie ulatuje z pamięci. Chyba tylko losy Brooke, i to głównie dzięki fenomenalnej jak zawsze Carden, zostaną ze mną chwilkę dłużej.
„The Five Star Weekend” (Fot. Peacock)Jednak kiedy ten wyjazd trwa, ogląda się go wszystko wręcz nieznośnie łatwo, a kolejne odcinki włącza, zaskakująco, bez zmęczenia tym nadmorskim blichtrem i nierówną jakością fabuły. Weekend w Nantucket mocno zmieni życie bohaterek, ale „The Five Star Weekend” niczego nie zmieni w życiu oglądających. Czasem jednak w sumie miło coś takiego zobaczyć i ku własnemu zdziwieniu chętnie wrócę na zapowiedziany już 2. sezon. W swojej gatunkowej lidze ten tytuł wypada naprawdę nieźle – choćby jeżeli daleko mu do aż pięciu gwiazdek.












