„The Boys”: sezon 5 – spalona ziemia, spalona szansa [RECENZJA]

filmawka.pl 1 dzień temu

Tu miał być tekst o piątym, ostatnim sezonie The Boys. Nie wiem jednak, dlaczego Amazon zamiast serialu o wyjętych spod prawa mścicielach walczących ze zdegenerowanymi superbohaterami postanowił wyemitować jakąś dziwną, długą reklamę kolejnej produkcji osadzonej w tym uniwersum. Gro o tron, Stranger Things – powitajcie w swoich szeregach Chłopaków. I choć The Boys może nie upadli tak mocno, jak wyżej wymienieni, to finał rozczarowuje na prawie każdej płaszczyźnie.

Zaczęło się obiecująco, chociaż czerwone lampki oślepiały już od pierwszego odcinka. Homelander w zasadzie przejął władzę w Stanach Zjednoczonych, zamykając swoich przeciwników w „obozach wolności”. jeżeli pamiętacie zakończenie poprzedniego sezonu nie powinno was dziwić, iż w takim miejscu znaleźli się Hughie, Cyc i Francuz – dlaczego wszyscy razem trafili do jednej placówki? Nie wiadomo. Starlight kieruje ruchem oporu, a Rzeźnik i Kimiko pozostają w ukryciu. Cliffhanger kończący poprzedni sezon niemalże już na samym początku przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, bo w mgnieniu oka Chłopaki znów są razem i po raz piąty oglądamy to samo. A jeżeli po zakończeniu czwartego sezonu liczyliście na to, iż Rzeźnik odepnie wrotki, to serial zapewnia twarde zderzenie z oczekiwaniami oraz logiką. Kasowanie wydarzeń poprzedzających każdą kolejną odsłonę to jednak coś, z czym The Boys od początku mieli problem.

Lwią część finałowego sezonu stanowi poszukiwanie przez obie strony konfliktu V1 – oryginalnego Związku V, który pozwoliłby Homelanderowi stać się niepokonanym. Scenariuszowa plątanina zagęszcza się dodatkowo od ledwo zipiącego wątku wirusa zdolnego redukować liczbę superbohaterów, prób sprzedania narodowi Homelandera jako nowego Boga oraz reklamy nadchodzącego spin-offo-prequela Vought Rising. Soldier Boy otrzymuje absurdalnie dużo czasu ekranowego, a twórcy równie absurdalnie retconują jego znajomość ze Stormfront, wokół której w zasadzie kręci się jestestwo bohatera Jensena Acklesa w tym sezonie. Jednym z większych problemów Soldier Boya – chociaż nie tylko – jest fakt, iż scenarzyści to mentalni gimnazjaliści. „Żarty”, na które składa się słowotwórstwo dotyczące narządów rozrodczych i stosunków seksualnych ze znanymi ludźmi, osiągnęły w finale gargantuicznie irytujący poziom. Mocno ucierpiała na tym przez to Kimiko, z której twórcy z jakiegoś powodu zrobili zepsutą przez pornografię, niedojrzałą gówniarę.

fot. „The Boys” / materiały promocyjne Prime Video

Serial w ostatnim sezonie cofa też rozwój wielu postaci. Hughie i Rzeźnik niejednokrotnie spychani są gdzieś na drugi plan, ustępując „dickom” i „fuckom” z ust Soldier Boya, a Homelander staje się karykaturą samego siebie. Parodią satyry, którą pierwotnie był serial. Z czasem uleciał też cały worldbuilding, a Chłopaki i supki są w zasadzie oderwani od reszty świata, funkcjonując w jakiejś dziwnej bańce. Dosłownie i w przenośni, bo akcja wyjątkowo rzadko wychodzi poza zamknięte pomieszczenia. Tam, gdzie tracą główni bohaterowie, czasem zyskują ci dalszoplanowi. Swoje pięć minut ma Petarda, a Valorie Curry wydobywa ze swojej postaci dużo smutku, żalu, dramaturgii i rozdarcia. Nathan Mitchell dostaje chwilę chwały, kiedy Black Noir może na moment zdjąć maskę, a Colby Minifie popisuje się zdolnościami motoryczno-koordynacyjnymi, gdy Ashley zmuszona jest chodzić tyłem. Obsada zyskała też na dołączeniu do niej Daveeda Diggsa – szkoda, iż Oh Ojciec pojawił się dopiero w ostatnim sezonie, bo teatralne zacięcie aktora i jego line delivery ubarwiają każdą scenę. Tylko Deep wciąż pozostaje żałosnym lizusem. Tu twórcom oddać trzeba honory – przynajmniej w tym przypadku udało im się zaproponować coś ciekawego, stałego. Chace Crawford mimowolnie wyrósł na top 3 aktorów z całej obsady, bezbłędnie sprzedając swojego bohatera jako osobnika pseudo-alfa (wiecie, jak Andrew Tate i ci inni guru manosfery), pełnego kompleksów, strachu przed innym i zabiegającego o aprobatę Homelandera.

Anthony Starr przejdzie z kolei do historii jako odtwórca jednej z najlepszych ról w telewizji. Bo chociaż w finałowym sezonie showrunner Eric Kripke bardzo chciał pokazać, iż ma swojego Donalda Trumpa – jakby wcześniej nie było to oczywiste – nowozelandzki aktor nie dał sobie zabrać Homelandera. O jego niesamowitych zdolnościach i plastyczności twarzy wiemy nie od dziś, a całą gamę stanów emocjonalnych targających Ojczyznosławem, Starr wynosi do kosmicznego poziomu. W ostatnim odcinku pokazuje zresztą jeszcze jedną, nieznaną wcześniej twarz. Szkoda jednak, iż Homelander został tak zniszczony przez scenariusz. Zapowiadany wielokrotnie punkt krytyczny resztek poczytalności bohatera, „spalona ziemia” i ostateczne starcie z Rzeźnikiem to po prostu potężne rozczarowanie. Wynika ono bezpośrednio z fatalnie napisanego ostatniego sezonu, szybkiego rozwiązywania zaniedbanych wątków i choroby dręczącej seriale – ośmioodcinkozy.

fot. „The Boys” / materiały promocyjne Prime Video

Nieudolność – albo arogancję – Erica Kripkego pokazuje też całe uniwersum The Boys. Już pal licho, iż staje się ono tym, co na początku satyryzowało i wyśmiewało. Pal licho, iż twórca nie potrafi zadbać o spójność lore. Zaryzykuję stwierdzenie, iż po prostu pluje widzom w twarz. W tym miejscu do gry wchodzi współtworzony przez Kripkego spin-off Chłopaków – Gen V. jeżeli nie oglądaliście serialu, to właśnie jego bohaterami są młodzi Marie, Jordan i Emma (oraz Cate i Sam, którzy pojawili się w finale czwartego sezonu The Boys). Pierwsza z wymienionych bohaterek potrafi kontrolować krew, co w Gen V często sprowadzało ją do jednego z najpotężniejszych supków. Osią całego drugiego sezonu była zaś nauka kontroli tychże mocy oraz nieustanne podkreślanie wyjątkowości Marie jako jednej z nielicznych, którzy mogą zatrzymać Homelandera.

Serial (który został skasowany) zakończył się oczywiście pełną kontrolą bohaterki nad mocami, pokonaniem supka naszprycowanego V1 oraz rekrutacją jej do ruchu oporu przez Starlight. Efektem tego jest absurdalna scena z przedostatniego odcinka The Boys, w której Starlight przekonuje Marie, iż ta jednak nie kontroluje swoich mocy. Przypominam, iż dopiero co spędziliśmy nad tym dwa sezony innego serialu. O prawie zerowym czasie ekranowym ekipy z Gen V i absurdalnym rozwiązaniu kwestii pokonania Homelandera może już lepiej nie wspominać. Najwyraźniej od resztek logiki ważniejsze było pokazanie, jak dwóch supków o zwierzęco-pochodnych mocach obwąchuje sobie pośladki.

W całym tym zamieszaniu sam czuję się jak scenarzysta The Boys, bo mam już tu tyle wątków, a wciąż mam wrażenie, iż i tak o czymś zapomniałem. Gore i degeneracja supków to kolejna kwestia, która w ostatnim sezonie uwypukla zamkniętą, gwałtownie wyczerpywalną formułę tej produkcji. Serial jest brutalny, to wiemy nie od dziś. Mam jednak wrażenie, iż brutalność ta była dosyć… bezcelowa. Oczywiście, w dużej mierze służyła pokazaniu zepsucia supków, jednak ciężko uwierzyć w to, iż w tym danym, konkretnym świecie, jakieś 99% istot o nadludzkich zdolnościach to łajzy, narkomani, degeneraci, psychopaci i ogólnie wszędobylska patologia. Wracamy tu do worldbuildingu, a raczej jego braku i wygodnego wpisywania wszystkiego w jeden schemat. No i oczywiście – to przecież świat z superbohaterami. Nie oznacza to jednak, iż nie można wymagać od niego jakichś zdroworozsądkowych granic. Po części czuję, iż wraz z końcem The Boys, trend „dorosłej”, „dojrzałej” superbohaterszczyzny straci na znaczeniu.

fot. „The Boys” / materiały promocyjne Prime Video

Chociaż ostatni sezon był jaki był, nie można mu też odmówić dobroci. Momentami naprawdę czułem, iż Chłopaki po części wrócili – może nie do poziomu pierwszych sezonów, ale wrócili. Początkowe odcinki, mimo iż pełne wad, dawały też wiele pozytywnych odczuć i podsycały oczekiwania. Finał – ponownie, jaki był, taki był – niektóre z wątków spiął satysfakcjonującą klamrą. Jeden z najważniejszych cofnął jednak… do stanu z pierwszego sezonu, co idealnie podsumowuje absurdalne powroty do status quo. Przez wysokie tempo brakuje mu też ciężaru. Chwili oddechu, by przeżyć, przetrawić to, co się wydarzyło.

Twórcy potrafili jednak prostymi zagrywkami osłodzić nieco tę godzinę z hakiem: tu poleciał Piano Man Billy’ego Joela, tam Jack Quaid w komiczny, ale i idealny sposób sparodiował Karla Urbana. Jeszcze gdzie indziej udało się przemycić celnego, zabawnego one-linera czy puścić oczko czytelnikom komiksu. Szkoda jednak, iż w kontekście ostatniego sezonu tak dużego serialu, jak The Boys, pozytywy wskazujemy jedynie w skali „momentów”, aniżeli większej całości. Ale cóż, nie jest to pierwszy raz. Ba, nie jest to choćby pierwszy raz w tym roku.

I oto nadszedł koniec Chłopaków w formie, którą znamy. Wiele mówi o serialu to, iż jego największą spuścizną pozostaną homelanderowe templatki do memów (też fajnie). Szkoda, iż tak się to skończyło, ale nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zachować w pamięci te dobre momenty i wyprzeć te słabe. Mimo wszystkich wad: That was fuckin’ diabolical, mate.

fot. „The Boys” / materiały promocyjne Prime Video

korekta: Michalina Nowak

Idź do oryginalnego materiału