No i stało się. Doczekaliśmy się finału jednego z najbardziej bezkompromisowych seriali superbohaterskich. Piąty sezon The Boys zamyka historię rozpoczętą w 2019 roku. Od pierwszego odcinka wciągnęły mnie brutalność i prawdziwość tego świata. Śledzenie pozornie skazanej na porażkę krucjaty Williama Butchera i reszty Chłopaków było tak angażujące, iż sięgnąłem choćby po komiksowy pierwowzór.
Przez lata serial The Boys przeżywał wzloty i upadki, ale zwykle utrzymywał satysfakcjonujący poziom. Czy finał okazał się godnym zakończeniem tej historii? Powiedziałbym, iż tak. Chociaż nie obyło się bez problemów.
Rok po wydarzeniach z czwartego sezonu napięcia społeczne są jeszcze większe. Zwolenników Starlight otwarcie nazywa się terrorystami i zamyka w obozach poprawczych. Sama Annie musi się ukrywać i powoli traci motywację do działania. Zwłaszcza iż Hughie, Mother’s Milk i Frenchie trafili do jednego z takich miejsc. Na szczęście pojawia się Butcher, który jak zwykle nie zamierza odpuszczać. Powraca więc plan wykorzystania wirusa zabójczego dla supków i fabuła gwałtownie rusza do przodu.
Fot. Kadr z serialuBardzo dobrze poprowadzono wątek Homelandera. Mimo ogromnej władzy i uwielbienia przez cały czas czuje on pustkę, której nie potrafi zapełnić. Jego megalomania i niestabilna psychika coraz bardziej popychają go w stronę przekonania, iż jest kimś więcej niż człowiekiem. John zaczyna widzieć siebie jako nowego boga i powoli odkleja się od rzeczywistości.
Świetnie wypada tu Anthony Starr. Jego interpretacja Homelandera to przez cały czas absolutny top ekranowych adaptacji komiksowych postaci. Aktor potrafi w jednej scenie wzbudzać strach, obrzydzenie i współczucie.
Fot. Kadr z serialuGorzej wypada przesadzona meta narracja. Serial zawsze był komentarzem społecznym i od początku przerysowywał stereotypy. Problem w tym, iż w piątym sezonie robi to momentami z subtelnością młota pneumatycznego. Twórcy tak mocno wciskają widzowi swoje aluzje, iż miejscami wpada to wręcz w autoparodię. Zepsucie społeczeństwa i polityczne przytyki są pokazywane tak nachalnie, jakby scenarzyści bali się, iż ktoś nie zrozumie subtelniejszych sugestii. Można było zrobić to z większym wyczuciem.
Na szczęście serial przez cały czas świetnie radzi sobie z relacjami między bohaterami. Luźniejsze rozmowy i krótkie interakcje nadają postaciom naturalności. Szczególnie dobrze działa to w drugiej połowie sezonu, kiedy atmosfera robi się coraz cięższa. Krótka pogawędka Starlight z MM-em o jego ksywce albo plany Frenchiego i Kimiko dotyczące wspólnej przyszłości zrobiły więcej dla rozwoju postaci niż niektóre wcześniejsze sezony. I co najważniejsze – wszystko wypada naturalnie.
Teraz pora na finał. Jestem pewien, iż mocno podzieli fanów. Sam mam wobec niego mieszane uczucia.
Fot. Kadr z serialuPierwsza część zakończenia, czyli domknięcie głównych wątków i ostateczne konfrontacje, wyszła naprawdę dobrze. Ostatnia misja Chłopaków została odpowiednio zbudowana. Walki są efektowne, a rozwiązania fabularne mają sens. Finał konfliktu Butchera z Homelanderem dał mi ogromną satysfakcję i wracałem do tej sceny kilka razy. Bardzo dobrze wypadła też ostatnia rozmowa Hughie’go z Butcherem. To świetna klamra zamykająca ich relację. I szczerze? W tym miejscu serial powinien się skończyć.
Pozostaje jednak jeszcze epilog. I właśnie z nim mam największy problem. Nie rozumiem, dlaczego tak brutalny, brudny i cyniczny serial postanowiono zakończyć niemal disneyowskim finałem. To kompletnie nie pasuje do klimatu The Boys. Zabrakło tej odrobiny goryczy, która zawsze była znakiem rozpoznawczym produkcji. Zamiast mocnego ostatniego uderzenia dostałem finał przypominający zakończenie rodzinnego sitcomu. Kompletnie wybiło mnie to z klimatu.
Mimo wszystko uważam, iż The Boys otrzymało godne pożegnanie. Nie było idealnie, ale do legendarnie złych finałów seriali przez cały czas bardzo daleko. Ja osobiście będę za tym światem tęsknił i na pewno jeszcze kiedyś do niego wrócę.
Fot. główna. Amazon Prime















