Emeryci kontra potwory? Tak, ale to nie wszystko. „The Boroughs” to część netfliksowej spuścizny braci Dufferów, ale też serial, który udowadnia, iż nie jest tylko tanim odcinaniem kuponów.
„The Boroughs” to interesujący przypadek serialu, który mógłby być jednocześnie starszym i młodszym bratem „Stranger Things„. Co prawda premiera zaledwie kilka miesięcy po zakończeniu hitu braci Dufferów oraz tematyka obracająca się wokół zjawisk nadprzyrodzonych sugerują banalną zrzynkę, ale nie dajcie się zwieść. Mimo większego ekranowego doświadczenia, dzieciaki z Hawkins mogłyby się sporo nauczyć od grupy emerytów z Nowego Meksyku.
The Boroughs – o czym jest serial Netfliksa?
Naszych nowych ulubieńców poznajemy, gdy wraz z Samem Cooperem (Alfred Molina, „Spider-Man: Bez drogi do domu”) trafiamy do tytułowych „Włości” – idyllicznego miasta pośrodku pustyni będącego jednym wielkim domem starości. Luksusową emeryturę zaplanowała tam byłemu inżynierowi żona, której nagła śmierć pozbawiła jednak przeprowadzkę sensu, a jego samego pogrążyła w żałobie. Namówiony przez córkę Sam mimo wszystko przenosi się do ośrodka, nie wiedząc jeszcze, iż miejsce, które ma za „umieralnię”, rzeczywiście nią jest, ale z innych powodów, niż można by sądzić.
„The Boroughs” (Fot. Netflix)Zanim dowiecie się o tych powodach więcej, zobaczycie, jak Sam adaptuje się w nowym otoczeniu i za pośrednictwem Jacka (Bill Pullman, „The Sinner”), sąsiada i prawdziwej duszy towarzystwa, poznaje resztę ekipy. O opuszczenie swojej skorupy jest mu o tyle łatwiej, iż czarująca osobowością i wyglądem Renee (Geena Davis, „Thelma i Louise”), długoletni małżonkowie Judy (Alfre Woodard, „Ostatnia rubież”) i Art (Clarke Peters, „The Wire”) oraz niepozwalający, by choroba zepsuła mu dobry humor Wally (Denis O’Hare, „American Horror Story”) to wyjątkowo sympatyczne grono.
Zamiast jednak spędzać czas na wspólnym grillowaniu, graniu w golfa i paleniu trawki, Sam i reszta niedługo staną w obliczu problemu, jakiego się nie spodziewali. Bo o ile śmierć nie jest dla nikogo we Włościach pierwszyzną, to już towarzyszące jej zjawiska nadprzyrodzone wymykają się standardom i nijak tu nie pasują. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo wiadomo, iż za sprawą i całą podejrzanie idealną społecznością seniorów kryje się coś więcej.
The Boroughs ogrywa dobrze znane motywy na nowo
To trochę tak, jak z samym „The Boroughs”, które na pozór odwraca gatunkowe schematy przygody z dreszczykiem, a w rzeczywistości czerpie z nich pełnymi garściami i dodaje coś ekstra od siebie. Serial autorstwa Jeffreya Addissa i Willa Matthewsa („Ciemny kryształ: Czas buntu”), przy którym Dufferowie pełnili rolę producencką, choć wygląda na jawną kpinę z ejtisowych historii dla nastolatków, tak naprawdę staje z nimi (i ich spadkobiercami) ramię w ramię. A przy tym pokazuje, iż wiek bohaterów to tylko liczba.
„The Boroughs” (Fot. Netflix)Jeśli zatem spodziewacie się mocnego nastawienia na komedię (jak choćby w poruszającym podobną tematykę „Tajnym informatorze„), to możecie się rozczarować. Owszem, „The Boroughs” często bawi, ale ani humor nie stanowi głównego punktu programu, ani tym bardziej twórcy nie czynią bohaterów obiektami żartów. Wręcz przeciwnie. jeżeli już, to śmiejemy się wraz z nimi, a nie z nich, jak w cudownej scenie, w której wszyscy po kolei chwalą się swoimi „bliznami wojennymi”.
O ile jednak nie brakuje w serialu przestrzeni na dowcip, o tyle nikt nie żartuje sobie z faktu, iż w podeszłym wieku można gonić za potworami. Ba, można choćby być w tym bardziej przekonującym, niż wynikałoby ze scenariusza, który im dalej w ośmioodcinkowy sezon, tym mniej opiera się na wewnętrznej fabularnej logice, a bardziej na charyzmie i chemii między bohaterami. I wiecie co? Całość zaskakująco dobrze na tym podejściu wychodzi.
The Boroughs ma wielkie serce dla swoich bohaterów
Same nasuwają się w tym miejscu porównania ze „Stranger Things”, które w późniejszych sezonach tak mocno skręciło w serialową mitologię, iż na drugi plan zeszły proste emocje i relacje międzyludzkie. W „The Boroughs” proporcje są odwrócone. choćby jeżeli przez pewien czas wątki poszczególnych postaci toczą się równolegle (jeden z bohaterów ma początkowo więcej interakcji z krukiem imieniem Brooksy, niż z pozostałymi bohaterami), to wciąż ludzie są tu najważniejsi. A wraz z nimi ich troski, nie zawsze wynikające z tajemniczych zdarzeń i liczby wiosen na karku.
„The Boroughs” (Fot. Netflix)Bo trzeba też podkreślić (i docenić), iż choć przemijanie i strata są tu ważne, to bynajmniej nie obracamy się tylko wokół nich. Paleta tematów poruszanych przez twórców jest znacznie szersza. Potrzeba ciągłego doświadczania bliskości i miłości. Mierzenie się z brakiem celu, samotnością i lękiem przed nią. Chęć do życia przy jednoczesnej bolesnej świadomości własnej śmiertelności. Szczera troska i protekcjonalna nadopiekuńczość.
Oczywiście wszystko w ten czy inny sposób kręci się wokół wieku bohaterów. Ich różne perspektywy, przeżycia i oczekiwania sprawiają jednak, iż „The Boroughs” to coś więcej niż prosta historia pt. „emeryci kontra potwory”. Zamiast bezosobowego bohatera zbiorowego dostajemy szereg indywidualności, które nie pasują do siebie jak idealne kawałki puzzli i właśnie te różnice nadają im autentyczności. Wady i słabości czynią z nich ludzi z krwi i kości, tak w starciu z niewytłumaczalnym fenomenem, jak i całkiem zwyczajnymi problemami.
The Boroughs – czy warto oglądać serial Netfliksa?
Z perspektywy widza ważne jest to, iż fantastyczne i przyziemne oblicze serialu świetnie do siebie pasują, wypełniając nawzajem fabularne luki. Łatwo się domyślić, w której części historii jest ich więcej, ale w tym przypadku ani braki w logice, ani wtórność wielu rozwiązań nie przeszkadza. A tam, gdzie mogłyby zacząć, z pomocą przychodzą wykonawcy.
„The Boroughs” (Fot. Netflix)Nie można bowiem mówić o „The Boroughs” w oderwaniu od grupy doświadczonych aktorów i aktorek, którzy dźwigają tę historię na własnych barkach, gdy scenariusz nie domaga. Zwykle będąc na drugim planie, tutaj dostają pole do popisu, a efekty są rewelacyjne. Uwiarygadniając każdą fabularną bzdurkę, niepotrzebne nawiązanie czy prostacką kalkę, wszyscy z głównej obsady (i nie tylko) nadają swoim bohaterom ludzkich cech. Czasem potrafią też sprawić, iż widzom zakręci się łezka w oku. Zwłaszcza gdy w tle zagra „Thunder Road„.
To dzięki takim momentom bohaterowie „The Boroughs” zostają w pamięci na dłużej, choć fabuła serialu już dawno zdąży z niej wyparować. Przez to też nie ma znaczenia, iż Sam, Jack, Renee, Judy, Art i Wally nie osiągną ułamka popularności swoich młodszych poprzedników, a może choćby nie doczekają się 2. sezonu (choć zakończenie sugeruje, iż jest pomysł na ciąg dalszy). Każda chwila z nimi jest jednak warta docenienia, nie ze względu na ich wiek, ale czystą przyjemność, jaką sprawia oglądanie ich w akcji. Z potworami czy bez.















