Dawno nie było nic od Ryana Murphy’ego. Najbardziej zajęty showrunner w historii telewizji zaprezentował nowy serial pt. „The Beauty”, w którym coś dla siebie znajdą fani i „Substancji”, i „American Horror Story”. Warto oglądać?
Ryan Murphy, król telewizyjnego kiczu i niepotrzebnych kontrowersji, powraca z nowym serialem. Po tym jak jesienią musieliśmy przecierpień najpierw koszmarnie nietrafiony 3. sezon „Potwora„, a potem ogłoszone przez niemal wszystkich krytyków najgorszym serialem roku „Wszystko dozwolone„, kultowy twórca sięga po jeden ze swoich ulubionych tematów, czyli obsesję na punkcie piękna. „The Beauty” to pokręcony na wiele sposobów body horror z dodatkiem science fiction, w którym każdy chce zostać ofiarą wirusa zarażającego ludzi ponadprzeciętną urodą. Brzmi wystarczająco dziwnie? Brzmi i jest dziwnie. I to dobra wiadomość – w większości.
The Beauty – o czym jest serialowy horror Disney+?
Zanim dojdziemy do próby oceny „The Beauty” (widziałam przed premierą cały sezon, czyli 11 odcinków), odpowiedzmy na pytanie, o czym w ogóle jest serial stacji FX, w Polsce dostępny na Disney+. Wszystko zaczyna się od wyjątkowo porąbanej sceny: widzimy supermodelkę (Bella Hadid), która nagle schodzi z wybiegu w Paryżu, zaczyna atakować ludzi i domagać się wody, a następnie ucieka motocyklem przez miasto w rytmie „Firestarter” zespołu Prodigy (co ciekawe, ten sam utwór towarzyszy pierwszym scenom 4. sezonu „Branży”; co jeszcze ciekawsze, to „The Beauty” wygrywa wyścig o to, kto wykorzystał go bardziej niekonwencjonalnie). Kiedy otacza ją policja, kobieta tak po prostu eksploduje, obryzgując wszystko i wszystkich krwią. Zanim zdążymy zadać sobie pytanie, o co tu u diabła chodzi, kamera – Ryan Murphy osobiście wyreżyserował odcinek – przechodzi do pokoju hotelowego, gdzie poznajemy duet agentów FBI, Coopera Madsena (Evan Peters, „Potwór”) i Jordan Bennett (Rebecca Hall, „Studio”).
„The Beauty” (Fot. FX)Jedno z drugim oczywiście ma bliski związek, choćby jeżeli na pierwszy rzut oka wygląda to jak historie z zupełnie innych światów. I tak z grubsza będzie wyglądał cały serial, w którym pokręcone, oderwane od jakiejkolwiek rzeczywistości historie z wirusem piękna w roli głównej będą spotykać się z przyziemnością śledztwa prowadzonego przez w gruncie rzeczy klasyczny duet agentów granych bez zbędnych fajerwerków przez Petersa i Hall. Kiedy serial robi się zbyt kiczowaty, zbyt odjechany i, co tu dużo mówić, daleki od wiarygodnego, wchodzi ta dwójka i sprawia, iż znów w to wsiąkamy. Czasem przeklinając siebie, iż oto znów dajemy się nabierać na sztuczki Murphy’ego.
A trzeba przyznać, iż ten wyciąga ich z rękawa cały arsenał, bo w „The Beauty”, współtworzonym ze scenarzystą Matthew Hodgsonem („Glee”) na podstawie serii komiksowej autorstwa Jeremy’ego Hauna i Jasona A. Hurleya, można dostrzec wszystko, począwszy od pierwszego hitu Murphy’ego, „Bez skazy”, a skończywszy na pomysłach dobrze znanych z „American Horror Story”, i to raczej z tych słabszych niż lepszych sezonów. A i elementy „Glee” się znajdą, zwłaszcza pod koniec sezonu.
W telegraficznym skrócie, fabuła z jednej strony śledzi kolejne obłędne zdarzenia, do których doprowadza wirus działający na podobnej zasadzie co HIV, z drugiej, pracę wspomnianych agentów, a z trzeciej, zagłębia się coraz bardziej i bardziej w genezę całego szaleństwa, przedstawiając postać diabolicznego bilionera (Ashton Kutcher, „Różowe lata siedemdziesiąte”), który odpowiada za rozprzestrzenianie się leku o nazwie The Beauty, będącego źródłem wszelkich szczęść i nieszczęść w serialu.
The Beauty – plejada gwiazd w serialu Ryana Murphy’ego
Jak przystało na seriale Murphy’ego, „The Beauty” zaskakuje rozmachem, jednocześnie prowadząc akcję w Paryżu, Wenecji, Rzymie oraz Nowym Jorku i jego okolicach. Wszystko oczywiście zostaje ze sobą powiązane w zgrabną całość, której wymowa może nie spodobać się osobom traktującym pewien lek na cukrzycę jako prostą drogę do osiągnięcia idealnej sylwetki. Komentarza społecznego w serialu nie brakuje, ale przede wszystkim to typowa, przerysowana, wypakowana kiczem i przesadzona pod każdym względem frajda w stylu Murphy’ego. Kolorowy, fantastyczny i bombastyczny popkulturowy cukierek stworzony po to, żebyście dobrze się bawili. Tylko tyle i aż tyle.
„The Beauty” (Fot. FX)Dopóki tak podejdziecie do „The Beauty”, czeka was wszystko, co dobre. Krótkie odcinki odmierzane czystym obłędem, szybkimi dialogami i zdarzeniami nie z tej ziemi, a wszystko to w znakomitym towarzystwie. W mniejszych i większych rolach pojawiają się tu Anthony Ramos („Ironheart”) jako tajemniczy zabójca, Isabella Rossellini („Blue Velvet”) w roli małżonki pewnego wpływowego dżentelmena, a także m.in. Jeremy Pope („Pose”), Ben Platt („The Politician”), Billy Eichner („Parks and Recreation”), Vincent D’Onofrio („Daredevil”), Peter Gallagher („The O.C.”), Julie Halston („Rodzina z wyboru”), Ari Graynor („Potwór/Potwory”), Jessica Alexander („Fallen”), Lux Pascal, Amelia Gray Hamlin, Nicola Peltz Beckham czy wokalistka Meghan Trainor.
Jak widać, showrunner sięgnął nie tylko do świata aktorów, ale też wszelkiej maści celebrytów, a efektem jest całkiem interesujący miszmasz na ekranie, dziwnie pasujący do świata definiowanego przez blichtr, pieniądze i powierzchowność. Świata niewątpliwie mającego potencjał (sezon kończy się tak, iż 2. sezon wydaje się więcej niż pewny, no chyba iż zabraknie widowni, w co wątpię), bo jest tu i science fiction, i horror, i historia detektywistyczna, i elementy thrillera, i love story, któremu chce się kibicować. W pewnym momencie pojawia się wrażenie, iż całość rozłazi się w szwach, ale finał przywraca serial na adekwatne tory i każe czekać na więcej. Dość niecierpliwie.
The Beauty – czy warto oglądać serial Disney+?
Czy warto oglądać serial? Odpowiedź jest co najmniej tak skomplikowana, jak samo „The Beauty”. Mówimy o produkcji bardzo specyficznej i bardzo w stylu Ryana Murphy’ego. Historii, gdzie tak naprawdę wszystko jest wzięte w nawias i wszystko jest jakąś parabolą. To już z definicji oznacza, iż będziecie musieli zaakceptować ją z całym dobrodziejstwem inwentarza, począwszy od przerostu formy nad treścią i generalnie przesady w każdym calu, a skończywszy na tym, iż to ma być i jest raczej czysta frajda niż dzieło, które zatrzęsie popkulturą i wstrząśnie ludzkimi umysłami, w tym waszymi.
„The Beauty” (Fot. FX)Skojarzenie z „Substancją” oczywiście pojawia się błyskawicznie i nie jest nieuzasadnione, jako iż główna oś fabuły do złudzenia przypomina oscarowy film Coralie Fargeat. choćby jeżeli komiksowe źródło wskazuje na więcej oryginalności, niż wydaje się na pierwszy rzut oka, porównań z hitem z Demi Moore i Margaret Qualley Murphy nie uniknie. I oczywiście nie ma szans tego wygrać, ponieważ mówi w gruncie rzeczy to samo o tym, co jest nie tak ze współczesnym społeczeństwem, tylko słabiej. „The Beauty” w żaden sposób nie odkrywa Ameryki, prezentując w pewnym sensie rozszerzoną wersję historii, którą dobrze znamy, i nie oferując w zamian wiele więcej, jeżeli chodzi o komentarz społeczny. Przeciwnie, ten wydaje się spłycony, wręcz banalny.
Jeśli więc lubicie styl Murphy’ego, zwłaszcza ten wczesny, sprawdźcie i „The Beauty”. Humor, kicz, specyficzne zabawy wizualno-fabularne, wszystko tu jest na swoim miejscu. jeżeli nie przekonało was ani „American Horror Story”, ani „Potwór”, ani „Bez skazy”, tu raczej też nie macie czego szukać. Na pewno warto docenić aktorów, co też stanowi pewien wyznacznik dzieł tego showrunnera – miał i ma oko do gwiazd, a kiedy pojawia się u niego wielkie, ale trochę zapomniane nazwisko, zwykle jest o czym rozmawiać. W „The Beauty” rządzi zwłaszcza Kutcher, a po drugiej stronie barykady – Peters, wcielający się w najbardziej ludzkiego i zwyczajnego z tutejszych bohaterów.
Bawcie się dobrze, starajcie się za bardzo Murphy’ego nie rozkminiać, a jest szansa, iż polubicie się z „The Beauty”. Oczywiście jest też szansa, iż serial odrzucicie już po pierwszej scenie – i wtedy nikt ani nic nie przekona was do dalszego oglądania.












