"The Bear" odpala fajerwerki i z przytupem zamyka interes w 5. sezonie – recenzja finałowej serii

serialowa.pl 1 godzina temu

Gotowi na ostatnią wizytę w najlepszej knajpie w Chicgao? Finałowy sezon „The Bear” jest taki, jak należało się spodziewać – szybki, intensywny i pełen nie zawsze zdrowych emocji.

Pamiętacie zegar, który w poprzednim sezonie „The Bear” odmierzał czas do momentu, gdy skończą się pieniądze na utrzymanie tytułowej restauracji? Zatem pamiętacie też, iż odliczanie dobiegło końca, zgasły światła i prawdopodobnie nastąpił koniec świata. Tylko iż nie. Skończył się wyłącznie sezon, bo już następnego dnia ekipa The Bear pojawiła się w pracy dokładnie tak samo zawsze. I właśnie ten dzień w głównej mierze oglądamy w finałowej odsłonie serialu.

The Bear sezon 5 od początku wciska gaz do dechy

Z jednej strony taka kondensacja treści może wyglądać rozczarowująco, biorąc pod uwagę, iż 5. sezon jest już naszym ostatnim z bohaterami. Z drugiej, kilkanaście godzin intensywnej akcji upchniętych w siedmiu odcinkach poza finałem (wszystkie są już dostępne na Disney+) jest bardzo w stylu „The Bear” i jego twórcy. Tak jakby Christopher Storer chciał na sam koniec przybić pieczątkę na swoim dziele i dobitnie pokazać, na co go stać. Bo czemu mamy mieć tylko jeden czy dwa specjalne odcinki, skoro możemy dostać ich cały sezon?

„The Bear” (Fot. FX)

W takim podejściu kryje się jednak pułapka. Niezapomniane odcinki z poprzednich lat, jak „Review” (ten z milionem zamówień), „Fishes” (ten ze świętami u Berzattów) czy „Forks” (ten z Richiem w Ever), były takie też dlatego, iż wyróżniały się na tle reszty. Pójście w ilość to ryzyko spowszednienia choćby świetnych momentów, co zresztą już miało miejsce. Nieprzypadkowo wymieniłem przecież odcinki z pierwszych sezonów, mimo iż później też bywało znakomicie.

Cały sezon na gazie do dechy brzmiał zatem ekscytująco, ale też jak potencjalna mina. Przyspieszenie na ostatnich metrach tempa po wcześniejszych seriach, które raczej je zwalniały, to jedno. Zupełnie czym innym jest rozgrywanie całości na jednej nucie, zwłaszcza w serialu, który potrafił w przeszłości przyjmować różne i nie zawsze w pełni udane formy. Czy tym razem pokazał swoje lepsze oblicze?

The Bear sezon 5 – czy to ostatni dzień restauracji?

Tym, co udało się absolutnie perfekcyjnie, jest z pewnością wytworzenie atmosfery wspomnianej już apokalipsy. W pierwszych odcinkach 5. sezonu ma ona wymiar zarówno ludzki ze względu na decyzję Carmy’ego (Jeremy Allen White) o odejściu z restauracji, jak i naturalny, bo wszystkiemu towarzyszy przechodzący przez Chicago niemal biblijny potop. Zostawmy jednak warstwę metafizyczną – dla pracowników The Bear liczą się bardziej prozaiczne kwestie, w rodzaju wydających bardzo niepokojące odgłosy rur.

„The Bear” (Fot. FX)

Nietrudno oczywiście przewidzieć, do czego to wszystko może prowadzić i nie trzeba długo czekać, żeby na naszych bohaterów zaczęła spadać jedna plaga za drugą. A przecież braki w dostawach, problemy z systemem rezerwacji i niepewność, czy goście dotrą na czas (lub w ogóle), to w gruncie rzeczy drobnostki w perspektywie bliskiego zamknięcia całego interesu przez wujka Jimmy’ego (Oliver Platt) i utraty miejsca, które stało się dla bohaterów czymś więcej, niż tylko pracą.

Przez pewien czas bałagan tylko się potęguje. Różnego rodzaju problemy się mnożą, wysiłki z trudem odnajdującej się w nowej dynamice Syd (Ayo Edebiri) i starającego się utrzymać morale w zespole Richiego (Ebon Moss-Bachrach) osiągają efekt odwrotny od zamierzonego, gasną choćby dobre duchy w kuchni w osobach Tiny (Liza Colón-Zayas) i Marcusa (Lionel Boyce). Gdy w tym wszystkim wybucha wieść, iż kapitan opuszcza tonący okręt, sytuacja staje się beznadziejna. Widz nerwowo tupie nogą w rytm elektronicznej ścieżki dźwiękowej (która zastąpiła zróżnicowany soundtrack), a bohaterom pozostaje liczyć na cud.

The Bear w 5. sezonie stawia na proste i skuteczne środki

Fabularne okoliczności długo układają się tak idealnie pod cudowne odwrócenie sytuacji w ostatniej chwili, iż gdyby twórcy poszli po linii najmniejszego oporu, pewnie nikt by szczególnie nie narzekał. Co komu szkodzi happy end, zwłaszcza po wszystkim, co przeszli Carmy i spółka? „The Bear” nie kojarzy się jednak z taką prostotą, więc droga do celu musi być bardziej kręta. Co jednak najważniejsze, pozostaje satysfakcjonująca.

„The Bear” (Fot. FX)

Bo można narzekać, iż 5. sezon opiera się na jednym pomyśle, iż szybkie tempo wprowadza pewną przewidywalność i z rzadka naprawdę potęguje emocje, a nade wszystko, iż Storer i spółka wciąż stosują te same sztuczki. Rzecz jednak w tym, iż te sztuczki działają. Nie tak skutecznie, jak kiedyś, bo finałowa odsłona w żadnym momencie nie sięga szczytów serialu, ale też ani na sekundę nie obniża zawieszonej wysoko poprzeczki, serwując nam swoiste crème de la crème z menu „The Bear”.

Oglądamy zatem, jak bohaterowie na bieżąco mierzą się z kolejnymi problemami na sali, w kuchni i na zapleczu. Improwizacja goni improwizację, sytuacje bez wyjścia znajdują pomysłowe rozwiązania, a kreatywność naszej ekipy zdaje się nie mieć żadnych granic. Naiwne? Za dużo czasu już z nimi spędziłem i zbyt wiele bolesnych porażek widziałem, żeby teraz na to narzekać. Zwłaszcza, iż twórcom ostatecznie udaje się zachować w miarę zdrowy balans między restauracyjną rzeczywistością i oczekiwaniami widza.

The Bear utrzymuje wysoką formę do samego końca

Cieszy jednocześnie, iż na koniec „The Bear” w dużym stopniu porzucił swego rodzaju elitarność, która w ostatnich sezonach rzucała coraz większy cień na bohaterów i ich historie. Krokiem w dobrym kierunku był już prequelowy odcinek specjalny „Gary„, a tutaj dostaliśmy kontynuację tego luźniejszego podejścia (swoją drogą, cliffhanger z Richiem okazał się dokładnie takim picem na wodę, jak sugerowały zwiastuny sezonu).

„The Bear” (Fot. FX)

Jednak nie sam luz czy choćby humor, którego w tym sezonie naprawdę sporo (poszukiwanie właściciela „praw do powietrza” w chicagowskim urzędzie to komediowe złoto), jest najważniejszy. Kluczowa okazuje się zmiana podejścia. Zamiast z wyższością stwierdzać, jak ważne są restauracje, jedzenie i tworzone w ten sposób wspólnoty, w końcu to pokazano. I wiecie co? Dałem się przekonać w sekundę. choćby kuchenne montaże nie były potrzebne, choć jak zawsze robiły wrażenie.

Bardziej od nich doceniam to, jak twórcy potrafili w finałowym sezonie oprzeć się pokusom, znajdując złoty środek między skupioną znów głównie wokół kuchni fabułą, obowiązkowym artyzmem i rozterkami bohaterów. Po czasem zbyt mocno starających się poprzednich seriach, które niepotrzebnie komplikowały z gruntu prostą historię, tu dostaliśmy powrót do tego, w czym „The Bear” był najlepszy i czym sprawił, iż kilka lat temu bezgranicznie go pokochaliśmy. Dziś ten smak nie jest już tak świeży i ekscytujący, jak wtedy, ale skłamałbym, mówiąc, iż nie uśmiechnąłem się, znów czując go w ustach.

The Bear sezon 5 – już dostępny na Disney+

Idź do oryginalnego materiału