The Amity Affliction: „Nasz okręt płynie dalej” #wywiad

rockmetalnews.pl 6 godzin temu

The Amity Affliction to jeden z najważniejszych przedstawicieli sceny metalcore z Australii. Grupa wydała w tym roku swój najnowszy album „House Of Cards”, jednak musiała mierzyć się również ze zmianami personalnymi. O niełatwym czasie, tematyce płyty i scenie australijskiej opowiedział wokalista grupy, Joel Birch.

Kto był twoim pierwszym idolem jako wokalista?

Joel Birch: Był nim Geert van der Velde z zespołu Shai Hulud. Odkąd pamiętam jest jednym z moich ulubionych wokalistów. Wymienię też Jeffa Moreirę z zespołu Poison The Well. Wielką inspiracją dla mnie jest też Winston McCall z zespołu Parkway Drive. To zdecydowanie jeden z najlepszych wokalistów obecnie. Tak naprawdę ta lista mogłaby się ciągnąć w nieskończoność (śmiech).

W tym roku wydaliście swój dziewiąty album, „House Of Cards”. Czy proces powstawania tej płyty różnił się od poprzednich?

Joel: Zdecydowanie tak i nie był to łatwy proces. Czuliśmy ogromną presję, aby wydać coś, co dorównałoby naszym wcześniejszym dokonaniom. Ten album jest też na swój sposób inny niż wszystkie. Poświęciłem go mojej matce, która zmarła z powodu choroby alkoholowej.

Przygotowując się do tej rozmowy dużo słuchałem tekstów, które śpiewasz. Szczególnie poruszyły mnie słowa z utworu tytułowego, gdzie poruszasz temat nienawiści i miłości. Czy to jeden z najbardziej emocjonalnych utworów w waszej karierze?

Joel: Zgadza się. Sam musiałem do tego dojrzeć, aby napisać ten tekst. Pomyślałem, iż skoro ja tego potrzebuję, dam to też innym. Bardzo łatwo jest nienawidzić samego siebie. Bardzo trudno jest siebie pokochać. To wyzwanie z którym, moim zdaniem, mierzy się bardzo wielu ludzi na świecie. Sposób, w jaki matka traktowała mnie oraz mojego brata i siostrę, był po prostu fatalny; nie budowało to w nas żadnego poczucia własnej wartości. Uważam, iż istotą rodzicielstwa jest kochanie dzieci i okazywanie im tej miłości w prosty sposób – nie tyle nauczanie, co właśnie okazywanie uczuć. Chodzi o to, by być dumnym z tego, jakimi są ludźmi, a nie z jakiegoś pieprzonego, wyimaginowanego obrazu tego, jakimi powinny być.

To bardzo ważne co powiedziałeś. Mam również wrażenie, iż ten album jest dla was nowym początkiem, chociażby ze względu na ostatnie zmiany personalne. Z zespołu odszedł współzałożyciel, Ahren Stringer.

Joel: Tak, ale dla ścisłości, to nie ja zakładałem zespół. Dołączyłem do chłopaków już w momencie, gdy przeprowadzili się z małego miasteczka do dużego miasta. Już na początku w zespole następowały zmiany i z pierwotnego składu przez lata został Ahren, Troy (Brady, gitarzysta – red.) i ja. Później zostaliśmy tylko we dwójkę z Ahrenem, a teraz jestem tylko ja. To smutne, ale tak właśnie wyglądała ewolucja tego zespołu. Często zdarzają się grupy, które przeszły znacznie bardziej drastyczne zmiany niż my, i to w znacznie szybszym tempie. To zdecydowanie nowy rozdział, ale z drugiej strony – Dan jest w zespole od 14 lat, ja od 22. Nasz okręt płynie dalej.

Chciałem cię zapytać o ponad dwie dekady grania w zespole. Jakie są twoje wnioski i przemyślenia z tym związane?

Joel: Rozmawiałem o tym całkiem niedawno z innym dziennikarzem. W tym momencie spędziłem w zespole połowę swojego życia. Połowę całego mojego życia na ziemi. I wiesz, adekwatnie nie znam świata, w którym tego zespołu by nie było. A jednocześnie, wszyscy się rozwijamy, prawda? kilka osób utrzymuje przyjaźnie z czasów, gdy miały dwadzieścia parę lat. Kiedy jest się po czterdziestce, wszystko wygląda inaczej; wszyscy dorośliśmy i staliśmy się zupełnie innymi ludźmi. Niektóre z tych zmian dobrze wpłynęły na nasze przyjaźnie, a inne nie. Rozumiesz, o co mi chodzi? I absolutnie nie czuję się stary (śmiech). Uwielbiam robić to, co robię. jeżeli czegoś nie kochasz, nie powinieneś się tym zajmować.

Zgadzam się z tobą. Miłość i pasja do robienia rzeczy jest najważniejsza. Moje kolejne pytanie jest dosyć nietypowe. Gdybyś miał zacząć swoją przygodę z The Amity Affliction w dzisiejszych czasach, powiedzmy w 2026 roku, wybrałbyś tę samą drogę czy poszedłbyś w innym kierunku?

Joel: To bardzo trudne pytanie. Ciężko mi odpowiedzieć. Uważam, iż zespół jest sumą wszystkich naszych doświadczeń – rozumiesz? Nie sądzę, by jakikolwiek album mógł powstać bez tego, co było wcześniej i co go ukształtowało; okoliczności powstania danej płyty byłyby zupełnie inne, gdybyśmy zaczynali od nowa. To skomplikowana sprawa. Spójrz choćby na zespół hardcore’owy Carry On, z którego wyłonił się Terror. Terror brzmi zupełnie inaczej niż Carry On, choć muzykę tworzyli ci sami ludzie, prawda? Myślę, iż kiedy tworzysz coś takiego, to jest to unikalna rzecz – nie da się jej powtórzyć. Więc nie wiem… nie potrafię na to odpowiedzieć. Czy zrobiłbym coś inaczej, gdybym mógł cofnąć się do samego początku? Pewnie tak – w zasadzie całe moje pieprzone życie wyglądałoby inaczej – ale z drugiej strony, to, co mam teraz, zawdzięczam zarówno tym wszystkim trudnym chwilom, jak i dobrym momentom.

Przez ostatnie lata wnikliwie śledzę scenę australijską. Uwielbiam takie zespoły jak Parkway Drive, The Amity Affliction, Thy Art Is Murder, Northlane czy Alpha Wolf. Mam wrażenie, iż w Australii powstał swego rodzaju mikrokosmos takiej muzyki. Co, twoim zdaniem, wpływa na jej popularność w twoim kraju?

Joel: Cóż, jeżeli miałbym wskazać niemal pierwotną przyczynę, powiedziałbym, iż to muzyka tworzona głównie przez białych. Cóż, gatunek hardcore od samego początku był zdecydowanie muzyką ludzi ubogich i klasy robotniczej. Rozumiesz, o co mi chodzi? W Ameryce wygląda to inaczej, bo jest ona znacznie bardziej wielokulturowa niż Australia. My też zmierzamy w tym kierunku. Uważam jednak, iż ciężka muzyka jest historycznie mocno związana ze środowiskami ludzi ubogich i klasy robotniczej – i to sprawdza się również w Australii. Oczywiście zawsze znajdzie się jakiś bogacz, który wpadnie tu na chwilę, by „posmakować życia w slumsach”, ale w przeważającej mierze jest to muzyka tworzona przez ludzi, którym nie żyje się zbyt komfortowo.

W zeszłym roku zagraliście europejską trasę z Parkway Drive i Thy Art Is Murder. Jak wspominasz te koncerty?

Joel: To była naprawdę wielka europejska trasa. Była niesamowita, a pierwszy dzień należał chyba do najbardziej szalonych doświadczeń w mojej karierze muzycznej. Odbyła się wielka próba generalna ze wszystkim, choćby z przećwiczonym wejściem na scenę. Co noc oglądałem koncerty Parkway Drive. Jedną z moich ulubionych piosenek jest „Carrion”. Miałem ciarki słuchając tego co wieczór. Coś niesamowitego.

Jak w takim razie lubisz spędzać czas w trasie między koncertami?

Joel: Zawsze mam ze sobą aparat i fotografuję interesujące miejsca i sytuacje. To moja pasja. Uwielbiam też grać w golfa, więc jeżeli mam okazję, to zawsze staram się znaleźć pole do gry.

Rozmawiał: Michał Drab

Idź do oryginalnego materiału