"Testamenty" są jak "Bridgertonowie" w świecie z koszmaru – recenzja sequela "Opowieści podręcznej"

serialowa.pl 2 godzin temu

Dziewczyny z dobrych domów paplające o zamążpójściu, wizytach u krawców i balach, a wokół wisielcy na murach, zamachy bombowe i polowania na terrorystów. Oto „Testamenty”, młodzieżowy sequel „Opowieści podręcznej”.

„Opowieść podręcznej” zakończyła się, ale Gilead wciąż trwa. June Osborne (Elisabeth Moss) ani nie wykończyła zbrodniczego reżimu, ani nie uratowała swojej córki, Hannah. Ta dalej nazywana jest Agnes, mieszka w domu szanowanego komendanta MacKenzie (Nate Corddry, „Sugar”) i szykują ją na żonę kogoś przynajmniej tak ważnego jak jej „ojciec”. A ponieważ od finału głównej historii minęło kilkanaście lat, mówimy już nie o małej dziewczynce, a o pannicy w wieku nastoletnim – w którą wciela się Chase Infiniti, gwiazda oscarowego superhitu „Jedna bitwa po drugiej”, fenomenalna także i w tej roli.

Testamenty – o czym jest sequel Opowieści podręcznej?

Taki mniej więcej jest punkt wyjścia dla serialu „Testamenty„, opartego na kolejnej powieści Margaret Atwood. Serialu pokazującego Gilead od nieco innej strony, ale niech was nie zmyli otoczka young adult i pozornie lżejsza tematyka. To wciąż piekło kobiet – niby inne, bo w fiolecie zamiast czerwieni i bez comiesięcznych gwałtów oraz wykłuwania oczu bohaterkom za drobne przewinienia, ale w gruncie rzeczy to samo.

W centrum fabuły mamy właśnie Agnes, uprzywilejowaną na tysiąc sposobów, dorastającą pod kloszem nastolatkę, której całe życie, ze służbą, ślicznymi sukienkami, sypialnią jak z architektonicznej bajki i kochającym w gruncie rzeczy tatą, dziwnie przypomina „Bridgertonów„, tyle iż w wersji z totalitarnego horroru. Bo widzicie, cel istnienia tych dziewcząt jest jeden: znaleźć odpowiedniego męża. Droga do niego wiedzie zaś przez bale, herbatki i swatki, którymi są dobrze nam znane ciotki, z Lydią (Ann Dowd) i nie odstępującą jej boku Vidalą (Mabel Li, „Safe Home”) na czele.

„Testamenty” (Fot. Hulu)

Patrząc na Agnes i jej przyjaciółki – są to m.in. Mattea Conforti („Wszyscy święci New Jersey”) jako Becka, Rowan Blanchard („Snowpiercer”) jako Shunammite i Isolde Ardies („Ruby and the Well”) jako Hulda – ze śmiechem przekraczające co ranek bramy elitarnej szkoły, można by się pomylić i uznać serial za coś, czym nie jest. Brutalna rzeczywistość wjeżdża jednak szybko, wraz z narracją bohaterki, która objaśnia swój punkt widzenia, przyznaje, iż była zindoktrynowana, i zapowiada sejsmiczne zmiany.

Te nadchodzą wraz z pojawieniem się Daisy (Lucy Halliday, „Blue Jean”), jednej z dziewczyn w bieli, które przybywają do Gileadu z zagranicy, na podobnej zasadzie co nastolatki zaciągające się do ISIS. Pobożne do granic obłędu neofitki przerażają takie dziewczęta jak Agnes, znające się od dziecka, trzymające ze sobą sztamę i rozumiejące zasady miejsca, w którym żyją, na tyle dobrze, żeby dokładnie wiedzieć, kiedy mogą próbować je nagiąć. Tymczasem córka June dostaje Daisy za towarzyszkę, co zwiastuje nowy rozdział w jej życiu – rozdział, który okaże się czymś innym, niż się spodziewała.

Testamenty to lżejsza, młodzieżowa Opowieść podręcznej

Serial autorstwa Bruce’a Millera, twórcy „Opowieści podręcznej”, skupiając się przede wszystkich na historiach Agnes, pochodzącej z Kanady Daisy i ciotki Lydii, pokazuje inne oblicza Gileadu, z jednej strony prezentując perspektywę nastolatki z wypranym mózgiem, która nie ma pojęcia i aż tak się nie interesuje tym, jak wygląda świat na zewnątrz, a z drugiej strony kogoś, kto dopiero co przybył właśnie z zewnątrz i przeżywa szok. Będąc historią ze wszech miar polityczną, osadzoną w tym samym dystopijnym świecie co poprzedni serial, „Testamenty” mają w sobie uniwersalną lekkość opowieści o dorastaniu, raz za razem przełamującą mroki Gileadu. Nie dajcie się jednak zmylić, to absolutny opresyjny koszmar i najbardziej uroczy domek dla lalek tego nie zmieni.

„Testamenty” (Fot. Hulu)

Nieważne, czy kobieta jest tu podręczną, a więc macicą na dwóch nogach, służącą do comiesięcznego gwałcenia, czy żoną jednego z najbardziej wpływowych mężczyzn, i tak może stracić palec za czytanie. A pokolenie Agnes, dziewcząt wychowanych w Gileadzie, całe swoje życie spędziło, z jednej strony ciesząc się luksusami, a z drugiej tkwiąc w umysłowym średniowieczu, bez nauki czytania, pisania czy podstaw matematyki. Zagłębienie się w ten rejon świata „Opowieści podręcznej” – świata aranżowanych małżeństw, celebrowania pierwszej miesiączki i hodowli kobiet na żony – i bliższe zapoznanie się z inteligentnymi bohaterkami, których jedyną perspektywą jest spędzenie całego życia w jakiejś formie niewoli, robi na swój sposób piorunujące wrażenie, choćby o ile swoim ciężarem fabuła zdecydowanie ustępuje opowieści June.

Piekło młodych kobiet w Gileadzie ma swoją specyfikę, którą Bruce Miller odsłania pieczołowicie, krok po kroku, przedstawiając nam różne oblicza tego błogosławionego więzienia. Co będzie, jeżeli podkablujesz koleżankę, która złamała zasady – albo przeciwnie, udasz, iż nie zauważyłaś? jeżeli zachowasz się nieodpowiednio na którymś z przyjęć, gdzie dżentelmeni przychodzą oglądać dziewczyny jak konie na targu? jeżeli zakochasz się w swoim strażniku – albo, co gorsza, we własnej przyjaciółce – i nie będziesz chciała wyjść za będącego najlepszą możliwą partią sześćdziesięciolatka? Każda z tych rzeczy, w świecie, w którym od bycia dzieckiem przechodzisz od razu do bycia żoną, bez nastoletnich szaleństw po drodze, ma swoją cenę. Ale największą twoją zbrodnią będzie, jeżeli nie dostaniesz okresu. To będzie oznaczać wieczną samotność i wieczny ostracyzm – z drugiej strony niektóre dziewczyny oddałyby za to wszystko. I taką dziewczynę też poznajemy w „Testamentach”, a jej historia mrozi do szpiku kości.

Testamenty – czy warto oglądać serial Disney+?

Będąc inną, lżejszą wersją „Opowieści podręcznej”, „Testamenty” idą własną drogą i od początku do końca (widziałam przedpremierowo cały 10-odcinkowy sezon) czynią to bardzo sprawnie. A choćby kiedy zdarzają im się fabularne bzdurki, jako młodzieżówce łatwiej jest im to wybaczyć. Infiniti i Halliday, portretując dwie kompletnie odmienne postacie, zmuszone przez okoliczności do współpracy, niosą swoją energią cały serial, zaskakując widza raz po raz i nie zawsze na plus – jak to nastolatki, wykazując się na zmianę nieprawdopodobną odwagą i totalną głupotą. I w młodych aktorkach, i w postaciach jest mnóstwo świeżości, zachęcającej do powrotu do tego uniwersum choćby tych, którzy uważali, iż „Opowieść podręcznej” miała o kilka sezonów za dużo.

„Testamenty” (Fot. Hulu)

W serialu nie brak fantastycznych niespodzianek, których wam nie zdradzę, ale powiem wam jedno – gdzieś na obrzeżu rebelii Agnes i Daisy swojego origin story doczekuje się ciotka Lydia, jedna z najciekawszych, a przy jednak dość enigmatycznych postaci z oryginału. „Testamenty”, dokładnie w połowie, czyli w momencie kiedy widz ma prawo mieć dość nastoletnich problemów, wracają do samych początków Gileadu, by nakreślić nam, jak narodziła się ta skomplikowana, niejednoznaczna oprawczyni. W efekcie dostajemy najmocniejszy chyba – i zdecydowanie najcięższy – odcinek całego sezonu, przesuwający punkt ciężkości tak, iż „dystopijni Bridgertonowie” zamieniają się z powrotem w gileadzki horror jak z najmroczniejszych czasów June Osborne.

Wszystko to razem składa się na momentami nierówny, ale zawsze wciągający, sprawny, świetnie nakręcony (a przy tym wizualnie zupełnie inny, bo choćby znacznie bardziej kolorowy od swojego poprzednika) i zagrany z niesamowitą energią serial, który ma wszystko, by i trafić do dorosłych fanów Margaret Atwood, i zainteresować „Opowieścią podręcznej” nowe pokolenie – tym bardziej iż Chase Infiniti charyzmą nie ustępuje Elisabeth Moss, zaś Agnes/Hannah ma w sobie tę samą iskrę co jej matka.

Nie ma też wątpliwości, iż to historia, która wciąż jest tak samo aktualna – i w 1985 roku, kiedy Margaret Atwood opublikowała swoją główną książkę, i w 2026 roku, kiedy żyjemy w kraju w środku Europy, gdzie prawa kobiet jak nie istniały, tak nie istnieją.

Testamenty – kolejne odcinki co środę na Disney+

Idź do oryginalnego materiału