Teściowa na moje 35. urodziny podarowała mi książkę kucharską z aluzją, a ja oddałam jej prezent – czyli jak raz na zawsze zakończyć wojnę o żołądek męża i odzyskać wolność – I ten sałatkę sama kroiłaś, czy znowu z tych plastikowych pudełek, którymi trujesz mojego syna? – skrzywiła się pani Grażyna, dźgając widelcem tartaletkę z serkiem i łososiem. Irena westchnęła głęboko, poprawiając plisę na eleganckiej sukience. To były jej trzydzieste piąte urodziny. Ten jeden dzień w roku, kiedy chciała czuć się jak królowa, przyjmować życzenia i po prostu cieszyć się życiem. Zamiast tego sterczała w swojej własnej salonie, serwując do stołu i mając wrażenie, iż znowu jest nastolatką nieprzygotowaną na lekcję. – Pani Grażyno, to jest dostawa z restauracji, gdzie szefem kuchni jest Włoch. Naprawdę świetne składniki, – odparła z wymuszonym uśmiechem Irena. – Wie pani, ja pracuję do osiemnastej, nie mam czasu stać całymi dniami przy garach, żeby wykarmić piętnaście osób. – No tak, praca, jasne, – teściowa zawiesiła spojrzenie na zdjęciu swojego syna na ścianie, jakby szukała w nim wsparcia. – Myśmy też kiedyś pracowali. I w biurze, i w polu, i dzieci wychowywali. Ale żeby chłop na święto gotowe z marketu jadł… To skandal, kochanieńka. Biedny Michał, zobaczcie tylko te cienie pod oczami. „Biedny Michał”, 38 lat, zdrowy jak byk i z rumieńcami na policzkach, właśnie wszedł do pokoju. – O, mamo, Irenka! Co za stół! Co za zapachy! Kochanie, to te roladki z bakłażana, które uwielbiam? Pani Grażyna spojrzała na syna ze zbolałą miną, ale nic nie powiedziała. Goście mieli zaraz przyjść, Irena poleciała do kuchni po ciepłe dania, czując, jak narasta w niej irytacja. To nie zaczęło się ani wczoraj, ani w zeszłym roku. Przez pięć lat małżeństwa teściowa prowadziła partyzancką wojnę o żołądek syna. W każde weekendy przynosiła słoiki z kotletami, galarety, szarlotki, komentując: „No, chociaż zjecie domowego”, „Irenka zabiegana, prawdziwa bizneswoman”. Irena nie protestowała. Zarządzała działem logistyki, zarabiała więcej od męża i zainwestowała w sprzątaczkę oraz regularną dostawę jedzenia – kupowała sobie za to czas, wolność. To był dla niej wybór, nie lenistwo. Ale w świecie Grażyny kobieta, która nie lepi pierogów, to kobieta wybrakowana. Zadzwonił domofon, w mieszkaniu rozległ się gwar. Przyszli znajomi, rodzina Ireny, koleżanki z pracy – składali życzenia, wręczali koperty i vouchery do spa. Atmosfera się rozluźniła, a Irena choćby zaczęła się cieszyć. Teściowa fukała w kącie, ale życie toczyło się dalej. Wreszcie przy deserze, pani Grażyna, dotąd siedząca z miną męczennicy, wstała, stuknęła widelcem w kieliszek i przemówiła wyniosłym tonem. – Kochani, ja też chcę coś powiedzieć solenizantce. 35 lat – poważny wiek. Kobieta powinna już mieć mądrość, cierpliwość i umiejętność dbania o dom. Sięgnęła po prezent – opasłą księgę w błyszczącym papierze i teatralnie wręczyła ją Irenie. – Pieniądze to tylko papier, uroda przemija; a umiejętność prowadzenia domu i troska o męża to podstawa szczęśliwej rodziny. Długo się zastanawiałam, co ci, Irenko, podarować. Doszłam do wniosku, iż najbardziej brakuje ci… wiedzy. Dlatego daję ci to, co najcenniejsze: wiedzę i doświadczenie! Wszyscy zamilkli. Michał kaszlnął niepewnie. Irena rozwinęła papier. „Wielka encyklopedia kuchni polskiej i domowego ogniska” – ciężki, oprawny tom, na okładce uśmiechnięta pani w fartuszku. – To nie zwykła książka – oznajmiła teściowa przesłodzonym tonem. – Popracowałam nad nią – znajdziesz tam zakładki i moje osobiste notatki. Co Michaś lubi, jak ugotować buraczkowy barszcz, jak krochmalić koszule, by mąż wyglądał jak dyrektor, nie łachmaniarz. Ucz się, Irenko. Nigdy nie jest za późno, by być dobrą żoną. Goście po raz pierwszy szczerze się roześmiali. Mama Ireny już chciała coś odpowiedzieć, ale córka ją powstrzymała pod stołem. Prezent odłożyła na bok. Ale godność już była zdeptana. Reszta wieczoru upłynęła jak we mgle. Książka była nie prezentem, ale publicznym policzkiem w błyszczącej oprawie. Następnego dnia Irena wzięła książkę do ręki. Michał podszedł cicho. – Nie obrażaj się na mamę, ona taka stara szkoła… Przesadziła, ale chciała dobrze… Irena otworzyła książkę. Wszędzie zakreślone uwagi: „Mięso tylko świeżo mielone, sklepowe dla leniwych!”, „Prawdziwa gospodyni nie ma kurzu pod łóżkiem, u was już można sadzić kartofle”, „Spodnie powinny mieć kant, a nie wyglądać jak szmata!”. Każda strona – wyrzut. Irena podjęła decyzję. Sobota, tradycyjny obiad u teściowej. Tym razem Irena pierwsza się zbiera. – Masz jakiś plan? – Michał był wyraźnie spięty. – Spokojnie, kochanie. To już koniec wojny. Przy stole Irena jest serdeczna, chwali ciasta i barszcz. A po obiedzie sięga do torby po encyklopedię. – Pani Grażyno – mówi cicho, zdecydowanie – Przeczytałam wszystko. Doszłam do wniosku, iż to nie ja powinnam być właścicielką tego arcydzieła. Ta książka opisuje panią – perfekcyjną panią domu, której cała euforia to praca w kuchni. Ja taka nie jestem. Za mój godzinowy zarobek kupię tygodniowy zapas jedzenia. jeżeli mam codziennie lepić pierogi, tracę czas, który możemy poświęcić na podróże i rozmowy. To dla nas nielogiczne. Sama pani pisała – najlepsza jest zgodność z powołaniem. Moje powołanie jest inne. Kładzie książkę na stole. Obok – koperta. – Oddaję pani ten skarb. I… mam dla pani prezent ode mnie. Kurs tańca i dziesięć masaży. Czas przypomnieć sobie, iż jest pani kobietą, a nie tylko gospodynią. Zapada cisza. – Taniec? W moim wieku? – Fantastyczny na zdrowie! W grupie są panie w pani wieku. Może tam znajdzie pani własną pasję, nie tylko szukanie kurzu u synowej. Dziękują za obiad i wychodzą. *** Tydzień później Michał odbiera telefon od mamy. – Nie będzie obiadu? Bo ma próbę przed występem tanecznym! Partner – emerytowany wojskowy! „Możecie zamówić sobie pizzę”. Irena uśmiecha się do Michała. – No to zamawiamy największy zestaw sushi! Bo prawdziwe szczęście w domu nie zależy od ilości pierogów, a od szacunku i wolności – i tego nie znajdziecie w żadnej encyklopedii. Czy wy też zdarzyło się Wam dostać prezent „z aluzją”? Jak reagowaliście?

newsempire24.com 1 dzień temu

A tę sałatkę to sama kroiłaś czy znów z tych plastikowych pudełek, którymi trujesz mojego syna? zapytała z wyraźnym niesmakiem teściowa, Helena Nowacka, trącając widelcem w tartaletkę z serkiem i łososiem.

Agnieszka wzięła głęboki oddech i wygładziła fałdę na eleganckiej sukience. Dziś kończyła trzydzieści pięć lat jubileusz. Chciała czuć się panią sytuacji, przyjmować życzenia i cieszyć się ze swojego dnia. Jednak stała pośrodku salonu, doglądając stołu, i miała wrażenie, iż zaraz nauczycielka wpisze jej uwagę do dzienniczka.

Pani Heleno, to zamówienie z restauracji prowadzonej przez Włocha. Bardzo dobrej odpowiedziała Agnieszka, starając się nie stracić uśmiechu. Wie pani, iż pracuję do osiemnastej, nie dam rady stać w kuchni i jeszcze wyżywić piętnaście osób.

Tak, praca, oczywiście Helena przewróciła oczami i spojrzała na portret syna na ścianie, jakby szukając w nim wsparcia. Za moich czasów też się pracowało. I na fabryce, i na polu, i dzieci się wychowywało. Ale żeby mąż jadł kupne jedzenie w święto Noż to już przesada, moja droga. Tomek, biedaczysko, już w ogóle źle wygląda. Popatrz tylko, jakie worki pod oczami.

Tomek, ten biedaczek, lat trzydzieści osiem, wchodząc do pokoju masował sobie ręce, policzki mu aż płonęły rumieńcem.

O, mamuś, Aga! Ale pyszny stół! Jak tu pachnie! Aga, czy to te roladki z bakłażana? Uwielbiam je!

Helena rzuciła na syna pełne bólu spojrzenie, ale się nie odezwała. Goście mogli nadejść lada chwila. Agnieszka pobiegła do kuchni po gorące dania, czując narastającą irytację. Ta batalia o żołądek Tomka trwała od początku małżeństwa. Co tydzień teściowa przynosiła pojemniki z kotletami, galaretą, ciastami, dodając komentarz: Żebyście chociaż zjedli coś swojskiego, Agnieszce to szkoda czasu, bo ona bizneswoman. Agnieszka znosiła to cierpliwie. Kierowała dużym działem logistyki, zarabiała więcej niż mąż i nie widziała nic złego w zamawianiu sprzątania i jedzenia. Dzięki temu miała czas na sport, książki i rozmowy z mężem.

W oczach Heleny jednak kobieta, która nie wałkuje codziennie pierogów własnoręcznie, była niepełnowartościowa.

Zadzwonił dzwonek rozpoczęło się przyjęcie. W mieszkaniu zrobiło się gwarno, rozchodziły się zapachy drogich perfum i kwiatów, rozbrzmiewały życzenia, słychać było dźwięk wręczanych kopert z gotówką i voucherów do spa. Agnieszka nieco się rozluźniła i postanowiła ignorować spięte miny Heleny.

Przy deserze Helena, która cały wieczór siedziała urażona, nagle wstała i stuknęła widelcem o kieliszek, domagając się uwagi.

Kochani, zaczęła uroczystym tonem, jakby przemawiała na zebraniu sołectwa lub na pogrzebie. Ja też chciałabym pogratulować Agnieszce. Trzydzieści pięć lat to poważny wiek. Kobieta już powinna cechować się mądrością, cierpliwością i oczywiście umiejętnością dbania o dom.

Złożyła teatralną pauzę, sięgnęła do torby stojącej przy krześle.

Pieniądze to tylko pył mówiła, wyciągając ciężki pakunek w błyszczącym papierze. Raz są, raz ich nie ma. Uroda przemija. ale umiejętności, troska o męża to cement rodziny. Dużo myślałam nad prezentem dla ciebie, Agnieszko. Postanowiłam podarować ci to, czego ci brakuje. Wiedzę.

Z głośnym hukiem postawiła prezent przed synową. Zrobiło się niezręcznie. Goście wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, Tomek zakaszlał nerwowo.

Agnieszka powoli rozpakowała papier. To była książka. Gigantyczna, w twardej oprawie. Wielka Encyklopedia Polskiej Gospodyni i Kuchni. Na okładce uśmiechnięta kobieta w fartuszku trzymała parującą wazę.

To nie jest zwykła książka, rzekła Helena z mściwą słodyczą. Może choćby rodzinny skarb. Kupiłam ją specjalnie dla ciebie, ale wcześniej porobiłam notatki i zakładki. Co lubi Tomeczek, jak gotować barszcz, żeby był czerwony, a nie bury, jak u niektórych. Jak krochmalić koszule, by mąż wyglądał jak prezes, nie jak menel. Korzystaj, ucz się. Nigdy nie jest za późno, by być dobrą żoną.

Ktoś parsknął śmiechem, mama Agnieszki pobladła, ale Agnieszka ścisnęła jej dłoń pod stołem. To nie czas. Skandalu robić nie zamierzała.

Dziękuję, pani Heleno powiedziała rzeczowo. Bardzo znaczący prezent. Na pewno przeczytam.

Odłożyła książkę obok wazonu i zaproponowała tort. Reszta wieczoru upłynęła jej jak we mgle. Uśmiechała się, żartowała, serwowała kawę, ale w środku kipiała z upokorzenia. To nie był prezent, ale publiczny policzek.

Gdy ostatni gość wyszedł, a zmywarka szumiała w tle, Agnieszka usiadła na kanapie i wzięła książkę do rąk. Tomek, do tej pory unikający tematu, usiadł obok i objął żonę.

Aga, nie złość się na mamę. Ona tak ze starych czasów, chciała dobrze. Trochę przegięła, ale kto nie przegina?

Przegięła? Agnieszka przekartkowała książkę. Spójrz, Tomek.

Wszędzie poprzyklejane kolorowe karteczki. Na pierwszej stronie odręcznie: Kochanej synowej, oby mój syn wreszcie jadł normalnie i docenił domowe jedzenie.

W dziale o kotletach: Mielić mięso w domu! Kupne dla leniwych.

O sprzątaniu: Kurz pod łóżkiem świadczy o pani domu. U was już prawie ziemniaki można sadzić.

Przy prasowaniu: Kanty w spodniach mają sięciać kartkę, nie to co te twoje.

To nie była książka kucharska, tylko dziennik żalu, lista pretensji i upokorzeń. Helena naprawdę się przygotowała.

Mama po prostu martwi się o mnie, bąknął Tomek, wstydząc się, uszy miał czerwone. Aga, chcesz, schowam tę książkę gdzieś?

Nie trzeba Agnieszka zatrzasnęła tom z hukiem. Prezentów się nie chowa. Z prezentami robi się, co należy.

Przez następne dni Agnieszka chodziła zamyślona. Nie awanturowała się ani z mężem, ani z teściową. Po prostu pracowała, wieczorami zamawiała jedzenie, a przed snem czytała tę książkę, sporadycznie coś notując w notesie.

Nadeszła sobota. Tradycyjny dzień wizyty u teściowej. Agnieszka wyjątkowo sama wyszykowała się z samego rana.

Jedziemy do mamy? dziwił się Tomek, patrząc jak żona starannie układa włosy.

Oczywiście. Wypada odwiedzić po takim święcie. Mam zresztą prezent dla mamy.

Tomek spiął się.

Aga, proszę cię, nie rób awantury, ona jest już starsza

Nie będzie żadnej wojny. Właśnie ją kończę.

Przyjechali do Heleny na obiad. W mieszkaniu znów pachniało smażoną cebulką i środkami do mebli. Wszędzie idealny porządek i wykrochmalone serwetki. Helena przyjęła ich w fartuchu, przekonana, iż jej prezent osiągnął cel i synowa przyszła po radę kulinarną.

No, częstujcie się, pierożki z kapustą, Tomeczek zawsze lubił. Głodni pewnie? Wiem, jak się u was je …

Usiedli. Agnieszka była przesadnie uprzejma, chwaliła farsz, rozpływała się nad galaretą, zagadywała o zdrowie. Teściowa rozkwitła.

Po kawie Agnieszka sięgnęła do torebki i wyjęła książkę. Helena rozpromieniła się.

No to co, są pytania? Pytaj śmiało, rozdział o cieście drożdżowym nie jest łatwy, chętnie wytłumaczę.

Pani Heleno, przerwała jej Agnieszka łagodnie, ale stanowczo. Przeczytałam książkę od deski do deski, każdą pani uwagę i każde życzenie.

Helena zadowolona przytakiwała.

Zrozumiałam bardzo istotną rzecz. To kwintesencja pani życia, doświadczenia, światopoglądu.

No tak! rozpromieniła się jeszcze mocniej.

I dlatego ciągnęła Agnieszka, przesuwając książkę bliżej teściowej nie mam moralnego prawa jej zatrzymać.

Zbladła.

Jak to? Chcesz oddać prezent? To niegrzeczne!

Posłuchaj mnie, proszę. Tu opisany jest ideał kobiety, która wstaje o piątej rano, by zagniatać ciasto, szczyci się brakiem kurzu i uważa, iż jej sensem życia jest obsługa mężczyzny. To pani, pani Heleno. I w tym pani osiągnęła mistrzostwo.

Agnieszka zawiesiła na niej wzrok.

Ale to nie ja. Ja zarabiam głową. Godzina mojej pracy to równowartość zakupów dla całej rodziny na tydzień. Gdybym marnowała trzy godziny dziennie na lepienie pierogów, tracilibyśmy rocznie tyle, co koszt tygodniowych wakacji. Przeliczyliśmy z Tomkiem. To się nie opłaca.

Tomek dławił się herbatą, ale milczał, patrząc na żonę z podziwem.

A przede wszystkim Agnieszka położyła dłoń na okładce książki w pani komentarzach czułam nie miłość, a… jakby to ująć… zawód życiem. Szczęśliwy człowiek nie pisze jadu na marginesach prezentu.

Helena zzieleniała ze złości.

Jak śmiesz! Ja dla was wszystko…

Owszem. Pani oddała życie domowym obowiązkom. Ja chcę je przeżyć rozmawiać z pani synem, podróżować, nadrabiać czas razem, nie tylko stać tyłem do niego przy kuchni.

Wyjęła z torebki kopertę.

Zwracam książkę, bo nie jest mi potrzebna. My mamy w domu inną filozofię. Ale też nie chcę czuć się zobowiązana. Pani mi dała podręcznik jak być gosposią, ja pani chcę przypomnieć, iż jest pani kobietą, nie tylko kucharką.

Położyła kopertę na książce.

Tutaj jest karnet na cały kurs tanga w najlepszej szkole tańca w Krakowie. I voucher na dziesięć masaży. Zauważyłam, iż bolą panią plecy od tego stania przy garach.

Zapadła cisza. Słychać było tylko tykanie zegara z kukułką. Helena wpatrywała się w książkę i kopertę, nie mogąc wydobyć słowa. Oddano jej żal w opakowaniu troski. jeżeli się rozpłacze wyjdzie na histeryczkę, jeżeli odmówi okaże słabość.

Taniec? W moim wieku? wyjąkała.

Najlepszy uśmiechnęła się Agnieszka. Tam trzeba tylko mieć ochotę. Może pani odkryje nowe pasje!

Agnieszka wstała.

Dzięki za pierogi, były naprawdę świetne. Tomek, chodź, musimy się jeszcze wyrobić do kina.

Tomek, który siedział do tej pory bez ruchu, zerwał się, spojrzał na matkę, na żonę, wreszcie podszedł do Agnieszki.

Mamo, dziękuję za obiad. Pierogi sztos. Ale Agnieszka ma rację. Nie musi gotować. I powiem ci szczerze Uwielbiam zamawiać jedzenie. Co dzień coś innego: tajskie, gruzińskie, sushi. To ciekawe. Nie obrażaj się.

Cmoknął matkę w policzek, wziął żonę pod rękę i wyszli.

W przedpokoju panowała cisza. Helena siedziała przy swoim Złotym tomie i karncie do tanga.

Gdy tylko wsiedli do auta, Tomek odetchnął głośno.

Ale było! Myślałem, iż będzie trzecia wojna, a ty ją elegancko załatwiłaś. To się nie opłaca! Niezłe!

No bo mam rację, Agnieszka zapięła pas i spojrzała w lusterko. Twoja mama nie jest zła. Utknęła w starych schematach. Myśli, iż jeżeli nie padnie przy kuchence, to dzień był zmarnowany. Chciała chyba, żebym cierpiała tak jak ona. A ja nie mam zamiaru.

Myślisz, iż pójdzie na taniec? Tomek się uśmiechnął, odpalając silnik.

Może wyrzuci karnet, a może pójdzie. W każdym razie książkę mam z głowy i nie usłyszę już o kurzu.

Minął tydzień. Helena zadzwoniła raz, gwałtownie przeszła do konkretów i kończyła rozmowę. O książce milczała.

Po miesiącu, w sobotę, kiedy Agnieszka z Tomkiem odpoczywali w łóżku, telefon zabrzmiał.

Tak, mamo? odebrał sennie Tomek. Nie możemy przyjechać? Co? Dlaczego?

Posłuchał i oczy mu się rozszerzyły. Przełączył na głośnik.

a za dwa tygodnie mam występ, próby codziennie! Partner, pan Piotr z sąsiedztwa, wymagający, ale świetnie prowadzi. Więc dzieci, nie będzie obiadu, radźcie sobie. Zamówcie sobie tę waszą… pizzę. Całuję, lecę, muszę rozchodzić nowe buty!

Rozłączyła się. Z Agnieszką parsknęli śmiechem.

Udało się! Agnieszka padła na poduszki. Pan Piotr, były wojskowy. No to teraz jego będą uczyć prasować koszule i gotować barszcz.

Najważniejsze, iż odpuściła nam, z zadowoleniem powiedział Tomek. Aga, zamawiamy sushi?

Największy zestaw!

Leżałem patrząc w sufit i poczułem niesamowitą ulgę. Okazało się, iż w tej wojnie z teściową nie trzeba odpłacać złem ani łasić się pod cudze ideały. Wystarczy oddać oczekiwania właścicielowi i dać mu szansę spróbować czegoś własnego. Książka pełna złośliwości została w przeszłości, a w teraźniejszości była wolność, sobotnie poranki i żona, którą kochałem nie za barszcz, tylko za to, jaka była. I to najlepszy przepis na szczęście żaden poradnik go nie zawiera.

Idź do oryginalnego materiału