Drodzy widzowie i sympatycy Teatru Ciut Frapującego! Spieszymy z informacją, iż nie tylko szczerze kibicujemy wszystkim podejmującym noworoczne postanowienia, ale również do grona tego dołączamy. Naszym zobowiązaniem jest odpowiednie do rangi wydarzenia zaakcentowanie przypadającego w roku 2026 jubileuszu ćwierćwiecza funkcjonowania zespołu. Nie tylko pracujemy nad nową sztuką, ale przygotowaliśmy również rocznicową książkę będącą czymś więcej niż tylko kronikarskim zapisem. Poniżej zamieszczamy jeden z fragmentów. Czy będą kolejne urywki? W dużej mierze zależy to od Was Miłego!

(…) Zabierając się do pracy nad okolicznościowym wydawnictwem mającym przypieczętować jubileusz zespołu, postanowiłem być metodyczny i nowoczesny. Zapytałem więc wszechobecną AI, czy można oszacować przeciętny okres aktywności amatorskich podmiotów branży artystycznej. Odpowiedź przyszła gwałtownie i przyniosła następującą konstatację: Z dostępnych informacji i raportów branżowych wynika, iż średni okres działalności tychże obejmuje od kilku do kilkunastu lat i odnosi się zarówno do Polski, jak i Europy. Potem część z nich milknie z powodu trudności finansowych. Dłużej działające grupy przetrwały dzięki pozyskaniu stabilnej bazy klientów, zdobyciu źródeł finansowania lub ugruntowaniu marki.
Zachowując konsekwencję w metodologii należałoby zatem ustalić, które spośród trzech wymienionych filarów stabilności przyczyniły się do zdumiewającej w świetle przytoczonych statystyk trwałości zespołu niosącego swoją nienachalność na sztandarach. Przecież ta garstka zapaleńców nie uzurpuje sobie prawa do przewodzenia „rządowi dusz”, a o ile frapuje, to jedynie odrobinę, żeby nie powiedzieć… ciut.
Oparty o własne doświadczenia zacznę od pojęcia marki. Usłyszawszy przed laty nazwę Teatr Ciut Frapujący, poczułem się zaczepiony nietuzinkowym szyldem i pomyślałem: sprawdzam! Miejsce na widowni zająłem co prawda nieobciążony żadnymi oczekiwaniami, aczkolwiek ? jak bym temu nie przeczył ? trochę jednak naznaczony potocznym rozumieniem amatorskości.
No i buuum! Zobaczyłem pełnokrwisty spektakl – dobrze wyreżyserowany, zagrany bez paździerzowej scenografii, dopracowany w szczegółach, z ewidentnym wsparciem emocjonalnie zaangażowanej publiczności, co dla mnie, człowieka z zewnątrz było tym bardziej widoczne. I tu pojawia się kolejna spośród wyżej sygnalizowanych składowych: stabilna baza klientów. Jakkolwiek w odniesieniu do widowni ten termin brzmi okropnie, to w analizie przypadku dobrze oddaje istotny czynnik ponadprzeciętnej długowieczności zespołu. Świadoma, oddana, ale też wymagająca publiczność – czynnik do dziś stanowiący o sile
i trwałości TCF nie pojawiła się przecież jak – nomem omen – deus ex machina. To był trwający latami proces towarzyszący rozwojowi grupy.
Tuż po milenijnym przełomie w miasteczku, w którym ? transponując tekst Michała Zabłockiego ? zwieść mógł nie tyle ciągnący ulicami tłum, co raczej wódka w parku wypita, pojawiło się kilku odmieńców. Mieli w sobie bezczelność i niezbędną ignorancję pozwalające wierzyć, iż są w stanie stworzyć coś istotnego. Byli jak opisany w jednym ze starych szmoncesów nierozgarnięty adept terminujący w jubilerskim zakładzie starego Żyda, który tylko dlatego nie zepsuł w obróbce bezcennej perły, iż z powodu tępoty nie potrafił docenić jej wartości. I ręka mu nie zadrżała.
Nie przypadkiem Peter Brook, brytyjski reżyser, pisarz i producent twierdził: „Teatr może zdarzyć się wszędzie. Wszędzie, gdzie ktoś patrzy, a ktoś inny działa”. Wtedy w Pińczowie te warunki zaistniały: ktoś działał, ktoś inny patrzył. A iż działający starali się ponadprzeciętnie, a patrzący obserwowali z życzliwością, teatr się zdarzył. (…)
Wojciech Faryś









