Tę serię SCI-FI odkrywasz, kiedy w nocy od 40 minut nie możesz oderwać wzroku od ekranu

film.org.pl 15 godzin temu

Sapphire & Steel to typ serialu sci-fi, który odkrywa się przypadkiem – późno w nocy, gdy półprzytomnie drzemiąc na kanapie, nagle zdajesz sobie sprawę, iż minęło 40 minut i nie możesz oderwać oczu od ekranu. To dokładnie ten rodzaj energii. Nie zaczyna się jak normalny serial science fiction, zamiast tego wślizguje się jak jakiś koszmar do ramówki BBC, mając nadzieję, iż nikt tego nie zauważy, żartuje Collider.

Długo przed tym, jak Dark zamienił manipulację liniami czasowymi w wyrafinowaną formę terapii i żałoby, Sapphire & Steel tworzył już kosmiczny horror, w którym sama rzeczywistość wydawała jakaś dziwnie inna. Serial, w przeciwieństwie do późniejszy prób, choćby kultowego Z Archiwum X, w zasadzie nie próbuje nam specjalnie wyjaśniać swojej mitologii, co potem okazuje się jedną z jego najinteligentniejszych decyzji twórców, bo nie obarczają nas wiedzą, której nie potrzebujemy (co np. w znakomitym skądinąd X-files spowodowało, iż mitologia stała się jego piętą achillesową).

Nic tak gwałtownie nie zabija grozy, jak wyjaśnianie zasad. Twórcy Sapphire & Steel zrozumieli wcześniej, niż inni, iż niepewność, a do pewnego stopnia również dezorientacja, powściągliwość w komentarzu może, a choćby powinna być częścią strachu płynącego z ekranu.

Założenie serii wygląda prosto: Sapphire (Joanna Lumley) i Steel (David McCallum) to tajemniczy agenci badający zakłócenia w czasie. Czas jest niebezpieczny, wspomnienia są niebezpieczne, choćby rymowanki dla dzieci stanowią zagrożenie. Jedna historia więzi rodzinę w domu, gdzie stare rymowanki przeciekają do rzeczywistości, a Assignment Two rozgrywa się w opuszczonej stacji kolejowej, gdzie żołnierze uwięzieni na starych fotografiach powoli przenikają do prawdziwego świata.

Stacja nie wygląda na początku jakoś szczególnie – głównie puste korytarze, poczekalnie, perony i zatęchłe powietrze. Każda scena niesie jednak wrażenie, iż rzeczywistość przesunęła się poza swoją oś, jakby budynek istniał o pół kroku poza normalnym światem, a nikt w środku jeszcze tego nie zauważył. Bohaterowie mówią urywkami, a ważne idee przewijają się przez dialogi bez należytych wyjaśnień. Całe sceny sprawiają wrażenie, jakby zaczęły się pięć minut przed naszym przybyciem.

Właśnie ta powściągliwość sprawia, iż serial wydaje się dziś zaskakująco świeży. Nie ma tu błyskotliwych przekomarzań, romantycznego napięcia ani znajomej dynamiki, na której opierały się seriale takie jak wspomniane Z Archwium X. Być może właśnie dlatego serial tak dobrze działa również dzisiaj. Pod warstwą charakterystycznej, surowej estetyki starego BBC i dziwacznej faktury lat 70. kryje się niepokojące poczucie, iż rzeczywistość może nagle skręcić w nieoczekiwanym kierunku, podczas gdy wszyscy wokół będą zachowywać się tak, jakby nic się nie stało.

Idź do oryginalnego materiału