Tania jatka

filmweb.pl 6 dni temu
Zdjęcie: plakat


Choć upały panują mordercze, mało kogo ucieszy konstatacja, iż nowe dziełko Elego Rotha nie podniesie nikomu temperatury. Niby żadne zaskoczenie, bo filmografia amerykańskiego reżysera i scenarzysty jest cokolwiek równa, a jej poziom oscyluje zwykle między produkcjami zwyczajnie paździerzowymi, dającymi się obejrzeć tylko od biedy. Stąd, statystycznie rzecz ujmując, po całkiem przyzwoitej "Nocy Dziękczynienia" przyszedł czas na gniota z najniższej półki. Tak też się stało.

Bodaj jedyny pomysł, jaki Roth miał na "Ice Cream Mana" (dlaczego tytuł nie doczekał się tłumaczenia, pozostanie słodką tajemnicą dystrybutora; podpowiem tylko, iż nie chodzi o żadnego nowego superbohatera), to fabularna wolta towarzysząca rozwiązaniu akcji. Ani ona oryginalna, ani nieprzewidywalna, ale poprzeczka naprawdę zawieszona jest na wysokości kostek. Słusznie dostało się przy tym autorowi za nachalne użycie efektów wizualnych wygenerowanych przez narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję, co kłuje w oczy, jest tandetne i zwyczajnie leniwe. Taka decyzja bynajmniej nie zaskakuje, bo Roth, jak sam poniekąd przyznaje, od lat zajmuje się swoistym trollingiem i przy niemal każdym projekcie usilnie szuka kinematograficznego triggera. Udało się tyle o ile, bo "Ice Cream Man" to produkt tak żenujący, iż najpewniej nikogo nie obejdzie i skończy się na paru newsach.

  • Mass Appeal
  • Head Gear Films
  • Metrol Technology
  • Cream Productions

Fabuła jest tu pretekstowa, a cele i motywacje tytułowego Lodziarza wyłuszczono dopiero pod sam koniec. I tak nie mają one większego znaczenia, bo wszystko sprowadza się do krwawej rzezi dzieci na dorosłych. Dobra jatka nie jest zła, owszem, ale tutaj, poprzez swoją niewymyślną groteskowość, jest pozbawiona i wyobraźni, i ciężaru. Uczciwie wypada jednak pochwalić niektóre sztuczki charakteryzatorskie, bo efekty praktyczne – kiedy już się pojawiają – wyglądają fachowo. Pociechy opętane magicznymi lodami serwowanymi hojnie przez tajemniczego przybysza wpadają w maniakalny szał, zyskują nadludzką siłę i atakują każdego dorosłego.

I tyle. Akty mordu dokonywane przez dzieciaki ganiające chmarami po mieście rzadko bywają przy tym kreatywne, a natężenie i częstotliwość brutalności prędko niwelują jej świeżość i śmieszność. "Ice Cream Man" przypomina zbitek pozszywanych ze sobą makabresek, którym brakuje spoiwa. Głównym bohaterem jest Jared, mikrej postury uczeń wyszydzany za brak sprawności. Przed spożyciem loda od Ice Cream Mana ratuje go nietolerancja laktozy. Razem z napotkanymi po drodze towarzyszami usiłuje zdjąć klątwę ciążącą na koleżankach i kolegach. Zwykle kończy się jednak na tym, iż wszyscy salwują się ucieczką przed umazanymi lukrem rówieśnikami. Więcej tu nie ma, żadnej głębszej myśli, choćby pretekstowej problematyki, ani wyrazistych postaci, ani intrygi zdolnej wykrzesać pozory napięcia. Oczywiście, nie ma takiego wymogu, można zdać się na bezmyślny karnawał juchy i trzewi, ale wtedy wypadałoby mieć jakiś koncept. Roth takowego nie ma i zdaje się na wygodnickie szokowanie, ale i ono przestaje działać przez powtarzalność.

  • Mass Appeal
  • Head Gear Films
  • Metrol Technology
  • Cream Productions

Festiwal odcinanych kończyn, miażdżonych czaszek i okaleczanych zwłok jest przy tym zaskakująco jak na dorosłego chłopa pretensjonalny, co wynika z usilnego parcia ku transgresji. Ambicje Rotha ograniczają się bowiem do upajania się wymyślonymi przez siebie inscenizacjami kolejnych scen gore, tak iż ignoruje wszystko inne, co stanowi części składowe koherentnego filmu fabularnego. Komu wystarczy kinowy ekwiwalent zapętlonej rolki z wykoślawionej wersji którejś z platform socialmediowych, ten może znajdzie tu chwilowe zastrzyki dopaminy. Reszta, wymagająca czegoś więcej niż szmiry, niech dalej przegląda bieżący repertuar.
Idź do oryginalnego materiału