Table Battle Simulator już samym tytułem obiecuje nam bitwę. Spodziewałem się wymagających, strategicznych potyczek, dokładnie takich, jakie sugerował opis produktu na Steamie. W praktyce jednak więcej walczyłem z nudą niż przeciwnikami, a zamiast pola bitwy poznałem koszmar pracy jako typowy sprzedawca.
Zapowiedzi gry w pierwszej kolejności prezentowały stół do prowadzenia pojedynków i to właśnie on przyciągnął moją uwagę. Styl potyczek skojarzył mi się z serią Heroes of Might and Magic, tylko w bardziej dynamicznym wydaniu. Z takim nastawieniem usiadłem do gry i bardzo szybko… zostałem usadzony za kasą.
Owszem, wiedziałem, iż w grze pojawi się sklep, ale zakładałem, iż będzie on jedynie dodatkiem, służącym do poszerzania arsenału dostępnych wojowników. Słowo „upgrade” widoczne w trailerze sugerowało rozwój asortymentu wraz z postępem rozgrywki, a nie to, iż sam będę musiał ten sklep prowadzić. Nie byłby to jeszcze duży problem, gdyby mechanika sprzedaży była angażująca. Niestety nie jest.
Zobacz również: Death Howl – recenzja gry. Gdzie jest Olvi?
Fot. Kadr z gryNa początku zamawiamy towar z hurtowni, wykładamy go na jedynej dostępnej półce i czekamy na klientów. I właśnie tutaj po raz pierwszy poczułem irytację. Nie dość, iż zostałem obsadzony w roli sprzedawcy, czego zupełnie się nie spodziewałem, to jeszcze ten segment zaprojektowano w wyjątkowo męczący sposób. Płatność kartą wymaga manualnego wpisania kwoty w terminal, co jeszcze da się przeżyć. Prawdziwe cierpienie zaczyna się przy płatności gotówką.
Każdy banknot i każdą monetę trzeba wyciągać z kasy pojedynczo i manualnie odliczać resztę. Toporne sterowanie zupełnie nie pomaga w wykonywaniu tej czynności sprawnie. Gra dodatkowo „motywuje” gracza, obniżając satysfakcję klientów, im dłużej czekają w kolejce. Zadowolenie przekłada się na większy zysk po zakończeniu zmiany. Byłby to interesujący system nagradzania, gdyby sama obsługa klientów nie była tak irytująca.
Możecie więc słusznie zapytać: gdzie w tym wszystkim są obiecane pojedynki? Odpowiedź brzmi: schowane za źle zaprojektowaną ekonomią. Gra nie oferuje zestawu startowego figurek. Aby móc walczyć, musimy samodzielnie kupować i otwierać zestawy. Żeby było nas na to stać, sklep musi prosperować. Dochodzą do tego bieżące opłaty i rachunki, więc zarabianie pieniędzy staje się kluczowym elementem rozgrywki.
Zobacz również: Little Nightmares III – recenzja gry. Horror dla dwójki, ale nie na tej samej kanapie
Fot. Kadr z gryZ czasem możemy zatrudniać pracowników i generować pasywny dochód, ale większość graczy prawdopodobnie znudzi się symulatorem pracy za minimalną, zanim do tego dojdzie. Ceny towarów ustalamy sami, bazując na cenach rynkowych. jeżeli są zbyt niskie, nie zwróci się koszt zakupu. jeżeli zbyt wysokie, klienci przestaną kupować. Jest to logiczne, ale też frustrujące. Gdybym chciał martwić się takimi niuansami, wybrałbym symulator maklera giełdowego.
Same potyczki, gdy w końcu uda się skompletować zestaw, wypadają całkiem przyjemnie. Jednostki możemy rozwijać dzięki duplikatów, choć każde wzmocnienie oczywiście kosztuje. Championi różnią się specjalizacjami i sprawdzają się w różnych rolach na polu bitwy. Mają też zróżnicowaną rzadkość, bezpośrednio powiązaną z ich siłą. Opracowanie sensownej strategii wymaga więc czasu, cierpliwości i pieniędzy.
Problem w tym, iż cały system rozwoju wymusza grind i powtarzalność. Chcąc grać efektywnie, musimy wielokrotnie powtarzać te same czynności. Obawiam się, iż większość graczy, zmęczona ekonomią i monotonią, porzuci tytuł, zanim w ogóle spróbuje swoich sił w pojedynkach.
Zobacz również: Polski dubbing a gry – jak to z tym jest?
Fot. Kadr z gryStrona techniczna również nie pomaga. To wczesny dostęp, więc pewne niedociągnięcia są zrozumiałe, ale oceniam to, co otrzymałem. Podobnie jak w Monster Lab Simulator od tego samego studia, mamy tu problemy z niewygodnym sterowaniem, uczuciem pustego świata i błędami fizyki. Table Battle Simulator dzieli z nim wiele bolączek, których nie da się usprawiedliwić wyłącznie statusem wczesnego dostępu.
Największym problemem tej produkcji jest jednak to, iż zwyczajnie nie jest tym, co obiecuje tytuł. To przebrany za strategiczną grę bitewną symulator prowadzenia sklepu – i to z wyraźnymi problemami technicznymi. Mechanika potyczek działa poprawnie, ale wielu graczom może zabraknąć cierpliwości, by w ogóle do niej dotrzeć. Dlatego nie mogę polecić tej gry z czystym sumieniem, choć zapowiadała się naprawdę ciekawie.
Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z Keymailer. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały prasowe (Keymailer)














