Sztuka i okolice: Mężczyźni woleli blondynki

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. D. Stube


Jak wskazuje w niedawno wydanej książce „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” Katarzyna Czajka–Kominiarczuk (Wydawnictwo Mando, 2026), nie uwzględniono w tym katalogu powieści i tomików poetyckich czy wydawnictw, w których nazwisko Monroe pojawia się jedynie jako wzmianka, sugestia lub staje się bezimienną, ale rozpoznawalną, figurą. Nie ma też spisu spektakli teatralnych, których Marilyn stała się bohaterką. A jednak i tak liczba to imponująca. Chyba żadna gwiazda kina nie wzbudzała podobnego zainteresowania. Dodajmy: zainteresowania niesłabnącego, bo przecież przez cały czas bardziej lub mniej poważni badacze pochylają się nad jej życiorysem, zastanawiają się, czy i kiedy była sobą, a kiedy realizacją kreacji wymyślonej przez studio filmowe, no i… czy jej śmierć to przypadek, czy może jednak nie. najważniejsze tu znaczenie ma słuchawka telefonu zamknięta w martwej dłoni. Tak ją znaleziono 5 sierpnia 1962 roku. W sypialni, leżącą na łóżku. Chciała do kogoś zadzwonić? Rozmawiała z kimś? Ktoś dzwonił do niej? To bywa początkiem różnych spekulacji i domysłów.

fot. D. Stube

W sumie, całe jej życie jest materiałem na niejeden scenariusz, niejedną powieść.

Naprawdę nazywała się Norma Jeane Mortenson, ale kiedy wychodziła za mąż za Jamesa Dougherty’ego (1942), podpisała się jako Baker. Była wtedy szesnastolatką. Małżeństwo przetrwało cztery lata. Nazwiska Baker używała jej matka, Gladys – na pamiątkę po pierwszym mężu; pozostała przy nim także wtedy, kiedy Norma się urodziła, a sama była już panią Martinową Mortensonową. Monroe to z kolei jej nazwisko panieńskie. Marilyn sięgnęła po nie w 1946 roku. Ojcem Normy nie był jednak Mortenson, ale – podobno – Charles Stanley Gifford, kolega matki z pracy; nigdy nie zostało to oficjalnie potwierdzone, Mortenson zaś przepadł, nie wiadomo kiedy i gdzie, i Gladys została sama. Pracowała wówczas w studiu RKO jako montażystka taśm (negative cutter). Dobrze zarabiała, mogła utrzymać siebie i trójkę dzieci, ale… cierpiała na schizofrenię paranoidalną i większość życia spędziła w zakładach psychiatrycznych. Marilyn obsesyjnie się bała, iż i ona może być obciążona tą chorobą – tym bardziej, iż któreś z rodziców matki najprawdopodobniej też się z nią zmagało. Dzieciństwo spędziła u rodzin zastępczych i w sierocińcu.

Jak trafiła do Hollywood? Zaczęło się od modelingu. W czasie II wojny światowej pracowała w fabryce Radioplane w Van Noys. Sprawdzała spadochrony, malowała kadłuby samolotów. Pewnego dnia pojawił się tam David Conover, fotograf, który zwrócił na nią uwagę i namówił na sesję. Kopciuszek zatańczył na swoim pierwszym balu… Najpierw trafiła do agencji modelek Blue Book, a zaraz potem na okładki magazynów. Te przyciągnęły uwagę ludzi z branży filmowej. W 1946 roku zaproponowano jej zdjęcia próbne w 20th Century Fox, a Ben Lyon – „łowca talentów” – podpisał z nią pierwszą umowę, przy okazji przekonując do zmiany imienia i nazwiska. Marilyn Monroe miało lepiej wyglądać na afiszach. Ale początki były trudne: kontrakt z Foxem krótki, drugi – z Columbią – podobnie. Zmiana nastąpiła w 1950 roku po małych, acz znaczących, rolach w dwóch filmach: „Asfaltowej dżungli” (reż. John Huston) i „Wszystko o Ewie” (reż. Joseph L. Mankiewicz) – wtedy stała się pełnoprawną aktorką Columbii.

Blondynką została już w 1945 roku; szefowa Blue Book, Emmeline Snively, uznała, iż w jasnych włosach lepiej będzie wyglądać na zdjęciach. Naturalnie zawijające się pukle zostały też poddane zabiegom prostowania. Nowy look chwycił. Z czasem złocisty blond zmienił się platynowy, konieczne stały się również operacje plastyczne: powiększenie podbródka, skrócenie nosa, zmiana linii włosów… Miała być idealna. Wiadomo.

fot. D. Stube

Wymiary 90–60–90 były wzorcowe, mężczyźni zdecydowanie jednak woleli blondynki, więc była blondynką, kobietą–dzieckiem, kobietą, o której się marzy i którą chce się zaopiekować. Mało rozsądną, ale zmysłową. Pożądaną. Bezproblemową. I zaczęła dostawać role zgodne z tak stworzonym emploi.

Okazało się jednak, iż poza urodą, ma też ambicje. Chciała być pełnowartościową aktorką, więc rozpoczęła naukę w słynnym Actors Studio u Lee Strasberga. Pracowała nad rolą Gruszeńki z „Braci Karamazow” Dostojewskiego, to wiemy na pewno. Apetyt rósł, podsycany przez Strasberga i jego żonę, którzy jej powtarzali, iż powinna sięgnąć po rolę Niny z „Mewy” Czechowa, podpowiadali jej też O’Neilla i Szekspira. Z tego, co wiemy, raz jeden zagrała w teatrze, na jakiejś małej scenie w Beverly Hills, w niewielkiej roli w „Glamour Preferred” w 1948 roku. W teatrze zawodowym nigdy nie wystąpiła.

Fizyczność stała się ograniczeniem – poza nią trudno było się wydostać. Zwłaszcza w tamtych latach. Ciągle te same role. I nieustająca presja, by nie zawieść. Wytwórnia filmowa decydowała o wszystkim. Coraz mniej miejsca zostawało więc dla Normy Jean. Także w życiu prywatnym. Czy jej ostatnie małżeństwo, z Arthurem Millerem, cenionym dramatopisarzem, spełniało marzenia Normy, czy producentów? Czy mogła rzeczywiście chcieć – ot tak, po prostu – dzielić życie z kimś, kto ją uważał za głupiutką i płytką? Wspominała o tym w dziennikach…

Chciała coś zmienić, realizować marzenia. Także te aktorskie. Pozwoliła sobie na luksus odrzucania niektórych scenariuszy, ale to było za mało, w końcu więc założyła własną firmę Marilyn Monroe Productions. Wyprodukowała tylko jeden film – „Księcia i aktoreczkę” (1957) z Laurencem Olivierem w roli głównej… Nie zmienił niczego.

Sława przytłaczała, gorset gwiazdy i symbolu seksu coraz bardziej uwierał. Wszystko się poplątało. Jedne tabletki pozwalały zasnąć, inne się obudzić, i tak w kółko. Mówi się, iż najbardziej osobistym jej filmem był dramat obyczajowy Johna Hustona „Skłóceni z życiem” (1961). Ostatni w filmografii. Pełen metafor, które czas pogłębia…

Ale śmierć niczego nie zakończyła. adekwatnie dopiero wtedy narodziła się legenda. Znacząco przyczynił się do tego Andy Warhol, który zaledwie miesiąc po tragedii stworzył jedną z najważniejszych swoich prac tamtego okresu: „Dyptyk Marilyn” – barwny wydruk jej portretów, potem powielany w różnych wersjach kolorystycznych. Obrazy Warhola przekształciły ją w jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli popkultury. I przez cały czas trwa na tym postumencie. Ciągle młoda, ciągle pociągająca, choć – oczywiście – w inny sposób.

Agnieszka Różańska przyznaje otwarcie, iż Marilyn Monroe ją fascynuje. Od lat. Śpiewała jej piosenki, czytała biografie. I w końcu odważyła się ją zagrać. Namówiła do współpracy Karola Bijata i Przemysława Śledzia. Powstał półtoragodzinny monodram. Punktem wyjścia stała się, znaleziona w dziennikach Monroe, informacja, iż całkiem serio myślała o tym, aby zagrać Ninę Zarieczną w „Mewie” Czechowa. Było to tak mocnym pragnieniem, iż niektórzy podejrzewali, iż właśnie na tej postaci się wzorowała kreując samą siebie.

„Mewa” otwiera więc tę teatralną opowieść. Poznajemy Marilyn szykującą się w garderobie do wyjścia na scenę. Posągowo piękna, w białej, powiewnej sukni, której materiał gra ze światłem, odkrywając i zakrywając figurę. Nagle atak paniki.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini, Wydawnictwo Mando

Nie może go opanować. Nerwowo drepcze po pokoju i desperacko przedłuża moment rozpoczęcia spektaklu. Broni się przed zagraniem Niny, choć tak bardzo o niej marzyła. Drażni ją wszystko. Że ludzie na widowni się niecierpliwią, iż telefon dzwoni, iż inspicjent ponagla.

Najbardziej jednak to, iż nie może na afiszu być Normą Jean. A przecież chodziło o to, by przywrócić światu siebie samą! Nie hollywoodzki produkt, nie blond Wenus, tylko tę dziewczynę, która tkwi pod maską MM. Świat tego nie chce. Świat mówi, iż Norma Jean go nie obchodzi. Świat podpowiada, iż na afiszu lepiej będzie wyglądać Marilyn Monroe i chce zobaczyć, jak właśnie ona gra Czechowa…

Dwoistość wpisana w życiorys chyba najbardziej interesowała twórców spektaklu. Schizofreniczny wręcz podział na „ona” i „ja”. Tylko… kto jest kim? I kiedy? I jak przywrócić pierwotny porządek? Kiedy to wszystko się splątało? Jak nie oszaleć?

„Marilyn Monroe (plays Chekhov tonight)” nie jest wyłącznie opowieścią o Marilyn, ale także o rolach społecznych jako takich, o nakładaniu masek, tworzeniu fałszywych obrazów siebie i wynikających stąd konsekwencjach. To niebezpieczna gra. Kiedy maska i twarz się sklejają, a oczekiwania społeczne wskazują, iż nas prawdziwych świat nie potrzebuje, stajemy się wartością wykreowaną. Sztucznym tworem. Niczym więcej.

Pewnie dlatego tak bliska jest ta historia, pewnie dlatego tak momentami wzrusza i przeraża. Każdy/każda z nas kiedyś znalazł się w podobnej sytuacji, stał się kimś innym niż jest rzeczywiście… Dłużej lub krócej. Dał się złapać w „kłamstwo społeczne”, starał się przybliżyć do wyobrażonego ideału czy czyichś oczekiwań. Ten monodram jest więc trochę jak lustro, w którym musimy się przejrzeć. I jest żal. Zrozumiały. I nie ukoją go dobrze znane piosenki. Kiedy śpiewa je Różańska, brzmią jak rozpacz, jak płacz, jak wyrzut. „Blue Moon” nie budzi nadziei, jest przejmującą opowieścią o niekończącej się samotności. Dobrze, iż Przemysław Śledź zaaranżował wszystkie standardy na nowo. Świetnie dopełniły historię o zagubionej w świecie marzeń kobiecie – marzeń, które okazały się przekleństwem. Mamy więc swoiste ostrzeżenie. I tylko biednej Normy żal. Coraz bardziej. Bo mężczyźni woleli blondynki i miało być dobrze i pięknie. Prawie faustowska historia. Niestety.

monodram Agnieszki Różańskiej

„Marilyn Monroe (plays Chekhov tonight)”

reż. Karol Bijata

gościnna premiera 18.09.2026

Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu, Scena Trzecia

Idź do oryginalnego materiału