Cztery dni i jedenaście koncertów. Żadnego słabego, żadnego gorszego od innych. Różnorodne. Nie z jednej „bajki”, a jednak dopełniające się w jakiś niewytłumaczalny sposób. Więc albo pisać o każdym szczegółowo, albo poprzestać na jakiegoś rodzaju impresji, ze świadomością, iż każdy uczestnik tego zdarzenia zapisał je inaczej i dziś przechowuje co innego w myślach.
Mogłabym poprzestać na kilku przymiotnikach: fenomenalny, wspaniały, rewelacyjny, cudny. Ci, co byli, dorzuciliby jeszcze kilka innych, choć podobnych, określeń. Niczego jednak by to nie zmieniło: Enter Enea Festival nie zawiódł, nie rozczarował – był świetny. Jak zwykle, rzec by się chciało. I choć za każdym razem wydaje się, iż wyżej poprzeczki umieścić się już nie da, ponownie podniósł ją o kilka szczebli. Nie umiem sobie w tej chwili wyobrazić edycji kolejnej, przyszłorocznej, ale za tę jestem głęboko wdzięczna.
Słucham wciąż i wciąż od nowa płyty cudem zdobytej – Andrésa Barriosa: zagrał ostatniego dnia, przed wielkim finałem, muzykę, którą od lat kocham miłością wielką – flamenco jazz. Był jednym z moich największych odkryć ostatniego czasu, więc na ten koncert cieszyłam się szczególnie. I tak, spełnił moje oczekiwania, a w „bonusie” dorzucił świetny występ jednej z najlepszych polskich tancerek flamenco, Nadii Mazur – z mantonem, z bata de cola… Fantastyczne współgranie. Pełne wzajemnego zrozumienia.
Nie, nie będę pisać o dźwiękach, jakie nas otaczały czy o mistrzostwie każdego muzyka z osobna – nie ma to sensu, bo za każdym razem mieliśmy do czynienia z niebywałą wirtuozerią wykonawczą, z nieprawdopodobną kreatywnością, z wyobraźnią, której nic nie było w stanie ograniczyć. To naprawdę światowej klasy festiwal, naprawdę gromadzący najlepszych. Ogrom pracy, by całość zakomponować, by stworzyć z odmiennych wrażliwości spójną całość, by zamknąć wszystko w jakiejś historii, w jakiejś opowieści. Jakiej?
Jazz zawsze o czymś mówił, nigdy nie był obojętny, nie był „bezgrzeszny” i nie był „grzeczny”, jakoś pod prąd się ustawiał, choć nie w sposób oczywisty. Brak jednoznaczności to chyba największy problem – dawał się interpretować na sto różnych sposobów. Może dlatego bali się go chociażby… komuniści? Przeganiali, zabraniali, nękali muzyków. Bo jazz nie pozwalał się wcisnąć w ramy cenzurowanej sztuki, w jakiekolwiek schematy, w jakąkolwiek ideologię i nie można było go zmusić do egalitarności.

fot. J. Wittchen
Nie królował na imprezach masowych, nie śpiewano go chóralnie przy biesiadnych stołach. Jego nieokiełznanie, nieobliczalność oraz flow przyciągały „nieposłusznych”, stawał się muzyką buntu. Znowu nie bez powodu! Miał przecież określone korzenie. Był – można powiedzieć – w kontrze od zarania. I zawsze dla określonej grupy ludzi, nigdy dla wszystkich. Wymagał zarówno przygotowania, jak i otwartości, przyzwolenia na eksperyment, specyficznej wrażliwości i ducha „przygody”.
W którymś momencie zrobił woltę: odział się w czarne swetry, dołożył egzystencjalizm, dekadentyzm, dym papierosowy i alkoholowy mit, zszedł do piwnic, a potem do klubów, by w końcu zająć miejsce w wielkich salach koncertowych, czasami razem z filharmonikami, w pełnej symbiozie. Poddawał się zmianom obyczajowym, wpisywał w kontrkulturowe uniesienia. Jego rytm burzył nawyki, konwenans, porywał i nie pozwalał na neutralność. Albo się go kochało, albo nienawidziło. Chyba tak jest do dziś. Wyzwala skrajne uczucia. Ale grają go najlepsi z najlepszych. Jest improwizacją i uważnością w jednym. I z nieprawdopodobną sprawnością sięga po różne dźwięki, zestawiając je czasami w sekwencje na pierwszy rzut oka (ucha) niemożliwe. Pulsuje i tętni – bywa, iż niemal rozrywając żyły…
A czy powinien zdarzać się w plenerze? Wielu nie akceptuje takiego entourage dla niego. Do niedawna też miałam wątpliwości. Ale… Ale czym – tak naprawdę – takie granie różni się od klubowego? Nie ma ścian. Są włączające się wedle własnego pomysłu ptaki, czasami wiatr oraz krople deszczu. Gadanie, chodzenie i generalnie brak studyjnej ciszy, czy ciszy z sal koncertowych, jest podobne. Jazz rodził się w takim właśnie otoczeniu akustycznym, a nie w studiu nagrań! Towarzyszył życiu, wkomponowywał się w relacje pozamuzyczne, zagarniał i uciszał publiczność lub wzmacniał jej nieuwagę. Musiał się przebić przez gwar, jeżeli chciał zaistnieć. Wielu muzyków grających na Enterze podkreśla, iż cechą wyjątkową ich występów nad Jeziorem Strzeszyńskim staje się właśnie połączenie otwartej przestrzeni z klimatem klubu. I iż te towarzyszące im ptaki, czy odgłosy życia, dodają kolorytu muzyce, która powstaje w dużej mierze i tak spontanicznie, więc niejako wykorzystując „stan zastany” – energię i emocję chwili; koncerty są absolutnie unikatowe, pojedyncze, nie do powtórzenia gdzie indziej. A plusem dodatkowym staje się niepowstrzymywane groove – zdecydowanie łatwiej mu ulec na łące niż w Auli UAM.
W mojej pamięci zostały na pewno koncerty z „dnia zerowego” (31.05), jak organizatorzy nazywają wieczór rozpoczynający festiwal, niebiletowany, dostępny dla wszystkich („żeby się przekonali, czy nie lubią jazzu” – żartuje Leszek Możdżer, dyrektor artystyczny festiwalu). Wieczór zaczął się od Tria Macieja Sikały, nowej formacji muzyka, zaledwie z jedną płytą w dorobku. Z niej właśnie pochodziły pierwsze trzy utwory, każdy skomponowany przez innego członka zespołu. Perfekcyjne, świetnie zagrane, wiadomo. To bardzo mocno siedzący w jazzie muzycy, grający wcześniej w różnych formacjach. Sikała z Możdżerem tworzył kapelę, o której ten ostatni chętnie opowiada – Miłość. I do tej historii nawiązano w drugiej części koncertu.

fot. Sisi Cecylia
Dołączył w niej Możdżer, wytworzyła się nowa energia, fortepian zaczął dominować. Ale tak zawsze się dzieje, kiedy on pojawia się na scenie. Bez butów, mocno czujący ziemię, być może zasłuchany w jej rytm, jej przesłanie. W każdym razie fraza się zmieniła. Flow mocniej zakręcił. Zachwyciły bardziej dźwięki. A potem, po przerwie, scena się zaroiła. Piętnastu muzyków w części pierwszej, szesnaścioro w drugiej – Young Power, legenda polskiego jazzu.
Powstali ponad czterdzieści lat temu, pamiętam ich z tamtego czasu. Chyba wtedy zakochiwałam się w tej muzie, i to – miedzy innymi – dzięki temu, co oni wtedy robili. To była jeszcze komuna. Ale budził się duch wolności. A jazz to wolność, zerwanie z wędzideł jakichkolwiek rygorów (wiem, wiem – tu też obowiązują zasady). Najbardziej wywrotowa muzyka. Intelektualna interpretacja dźwięków. Muzycy z Young Power wtedy opowiadali o wolności, o wolności mówią też dziś. I chociaż niektórzy z nich już po siedemdziesiątce, po udarach, to jednak… młody duch ciągle rozpycha ich żyły. Co za energia! Co za pomysły muzyczne! Pierwsza część przypomniała tamte uniesienia, tamte tematy. Drugą – kiedy do zespołu dołączyła Rasm Almashan – wypełnił materiał z płyty, która jesienią ma się ukazać. Znowu o wartościach podstawowych, najważniejszych. Bo, jak wiemy, trzeba o nich ciągle przypominać, ciągle do nich wracać – iż nie ma wolności bez człowieczeństwa, więc ta płyta ma być właśnie o tym: „Freedom Celebration”, z miksem pokoleniowym, z energią tak dziką i młodą, iż zapierało dech w piersiach. A głos Jorgosa Skoliasa brzmiał, jakby czas się zatrzymał, chociaż na pewno był dojrzalszy interpretacyjnie.
Tak, podstawowe wartości obywatelskie i wolność są ważne. Zwłaszcza teraz, kiedy w różnych konfliktach próbuje się je ograniczać, odbierać. To zresztą stało się niepisanym hasłem tegorocznego Entera. O wolności myśleliśmy każdego wieczoru, jak sądzę. I wtedy, kiedy Leszek Możdżer interpretował Chopina – sam oraz w duecie z Sulivanem Fortnerem (2.06.) – i kiedy grał Bacha na cztery fortepiany wespół z Glorią Campaner, Valerią Fasiello, Emilem Reinertem i orkiestrą poznańskiego Teatru Muzycznego w Poznaniu (3.06), a zwłaszcza, gdy na finał zabrzmiało na nowo zinterpretowane przez niego „Bolero” Ravela (znowu na cztery fortepiany i orkiestrę) z grupą werblistów w codzie. Myślę, iż nie mogło mocniej wybrzmieć całe przesłanie tegorocznego Entera: to było jak ostrzeżenie przed zagładą. Skojarzenia jednoznaczne z maszerującymi armiami, które wszystko niszczą w imię rozbuchanej czyjejś potrzeby panowania nad światem, dzielenia ludzi na lepszych i gorszych, narzucania własnej wiary, perspektywy i oceny, stylu życia i tak dalej.
Podobne myśli mocno uderzyły też wcześniej, pierwszego dnia biletowanego (1.06.), kiedy scenę festiwalu oddano Johnowi Zornowi i muzykom skupionym wokół jego wytwórni Tzadik, a zwłaszcza, kiedy zaczął swój set New Masada Quartet z Zornem na czele. Muzyka inspirowana tradycją żydowską i nowojorskim downtown jazzem. We mnie, jak mantra, w kółko kręciły się słowa „za chwilę to wszystko zniknie, będzie wspomnieniem wyłącznie historycznym” – ludzie sami niszczą swoją spuściznę, swoją tradycję, już dziś o muzyce żydowskiej trudno jest mówić bez gniewu. Dokąd zmierzamy? Zamiast cenić pokój i dążyć do jego utrzymania, mnożymy konflikty, lekceważymy życie i własne doświadczenia.
Zorn brzmiał wspaniale. Dla wielu był to najważniejszy koncert od lat. Dla mnie zjawiskowy. Tym ważniejszy, iż Zorn rzadko staje już na scenie. W tym roku podobno tylko raz można go usłyszeć w Europie – właśnie w Poznaniu, na Enterze. Nikt niczego nie manifestował, nikt nie wychodził oburzony. Muzyka zabrzmiała i wybrzmiała. I może uświadomiła, iż choć kultura nie jest wolna od polityki, nie powinna być ani jej narzędziem, ani jej ofiarą. To nasze dziedzictwo. To dowód na nasze człowieczeństwo, na zdolność do budowania, a nie tylko niszczenia. To wolność, której nikt nie zagarnie.
Tegoroczny Enter Enea Festival był hipnotyzujący, piękny. choćby wtedy, gdy hektolitry deszczu lały się na głowę. Ten deszcz wzmocnił przekaz. Może otrzeźwił. Może, gdyby politycy więcej czasu poświęcali kulturze, to…? Wiem, myślę naiwnie. Ale dla mnie był ważnym doświadczeniem. W jednym rzędzie stawiam go z „Europą” Krzysztofa Warlikowskiego. Oczywiście, inne obszary zagarniał, innych środków wyrazu użył, ale refleksja dotycząca naszego „tu i teraz” równie głęboka, równie dotkliwa. I przerażenie. Że jednak to na nic…
- Enter Enea Festival
31.05.2026 – 3.06.2026
Jezioro Strzeszyńskie, Poznań









