Syn mojego byłego męża z obecnego małżeństwa poważnie zachorował, a on prosił mnie o wsparcie finans…

newsempire24.com 16 godzin temu

Syn mojego byłego męża z drugiego małżeństwa zachorował i były poprosił mnie o wsparcie finansowe. Powiedziałam: Nie ma mowy!

Mam 37 lat i rozwód już dawno zostawiłam za sobą dokładnie dziesięć lat temu. Były mąż, Marek Nowak, okazał się być artystą zdrady, a mnie rola muza nie odpowiadała. No to rozeszliśmy się. Teraz układa sobie życie w Krakowie z tą panią, którą wybrał zamiast mnie.

Ona, Barbara, urodziła mu syna, więc Marek wziął ślub, wszystko jak należy tylko bez happy endu dla mnie. Od tamtej pory raczej unikam kontaktu z nimi; nie śledzę serialu pod tytułem Nowe życie Marka, chociaż czasem plotki do mnie dolatują.

W życiu nie narzekam: pensja trzyma poziom, do tego niedawno sprzedałam mieszkanie po babci w Warszawie całkiem niezła kwota, bo złotówki z takiej transakcji to nie przelewki. Właśnie rozkminiam, czy kupić sobie wypasioną Skodę, ale jeszcze muszę nauczyć się porządnie jeździć i przełamać lęk przed korkami.

No i tydzień temu Marek pojawia się w moim mieszkaniu jak duch na progu, z miną tragiczną jak w kiepskim melodramacie. W pierwszej chwili myślałam, iż pomylił adres, ale nie: przyszedł po kasę. Okazało się, iż jego syn, Kuba, zachorował na raka. Leczenie kosztuje krocie, a Marek z nową żoną nie mają wystarczającej ilości złotówek.

Wyczaił, iż mam oszczędności po mieszkaniu i postanowił sięgnąć do mojej sakiewki. No przecież los tym razem zagrał w jego drużynie! Rachunek zysków i strat, jak w typowej polskiej komedii on nie zdążył uzbierać pieniądze, ja akurat mam. Ale czy ja wyglądam na Świętego Mikołaja?

Prawdę mówiąc, jeszcze nie zdecydowałam, na co wydam tę gotówkę. Po głowie chodzi mi ta Skoda, ale zanim zamienię się w Kubicę, muszę nad sobą popracować. Więc Marek myśli, iż zgrywam się z decyzją a ja po prostu nie zamierzam ich wspomagać. Coś mi mówi, iż w odwrotnej sytuacji nie dostałabym od niego choćby złotówki.

Marek patrzy mi w oczy z rozpaczą godną Teleekspresu, jęczy: Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo jesteśmy zdesperowani! ale kiedyś nie wyobrażał sobie moich uczuć. Jego żona też jakoś o mnie nie myśli. Kiedy mnie zdradzał, decyzje zapadały gwałtownie wymienił mnie na nowszy model bez sentymentów.

Przy rozwodzie podzieliliśmy wszystko po połowie. Marek wtedy tłumaczył, iż przecież nowa rodzina potrzebuje wszystkiego. choćby próbował wyłudzić ode mnie kasę za moje mieszkanie dobrze, iż było moją własnością z czasów przed ślubem. Oj, jaka to była tragedia! A teraz prosi o pieniądze, opowiada o uczuciach, liczy na moją empatię.

Obiecał, iż przywiezie papiery, lekarzy, rachunki całą dokumentację, żeby mnie przekonać. Ale nie interesuje mnie papierologia, nie mam planów inwestycji charytatywnych. choćby jeżeli gwarantuje zwrot nie wierzę w takie cuda. Sam proces leczenia i rehabilitacji pochłania masę pieniędzy, więc choćby jeżeli odda, to raczej za sto lat, kiedy docenię moją własną dobroczynność.

A czemu nie pójdziesz do banku po kredyt? zapytałam bez ogródek.

Marek nie poddał się bez walki: podniósł głos, groził, iż uklęknie, wszystko zrobi ale ja nie mam ochoty na dramy rodem z telenoweli. Nie zamierzam go upokarzać, nie chcę go znać ani widzieć. Miał szansę, zawalił, więc niech odrobi lekcję życia. Przehandlował mnie za inną, teraz niech się martwi sam. Oświadczył dramatycznie, iż jeszcze wróci, iż przemyślę sprawę. Taaak, jasne dzień świstaka w wydaniu polskim.

Niektórzy może powiedzą, iż jestem wyprana z uczuć. Ale ja po prostu wolę sama zarządzać swoimi ciężko zarobionymi złotymi. Nie mam ochoty dzielić się nimi z rodziną, do której nie należę. Po tej rozmowie trochę mnie ruszyło, ale pozostanę nieugięta. Nie pomogę im, może życie nauczy ich trochę pokory i doceniania tego, co się miało.

Idź do oryginalnego materiału