W filmie "Diabeł ubiera się u Prady" grana przez Meryl Streep Miranda Priestly rzucała płaszczem w asystentkę, wymagała od podwładnych niemożliwego i mieszała ludzi z błotem bez mrugnięcia okiem czy choćby podniesienia głosu. Był 2006 rok, czasy sprzed #MeToo i sprzed upowszechnienia dyskursu o potrzebie higieny pracy oraz tak zwanym work-life balansie.
W filmie "Diabeł ubiera się u Prady 2" grana przez Meryl Streep Miranda Priestly wraca, ale już nie może rzucać płaszczem w asystentkę. Wręcz przeciwnie: teraz to asystentka strofuje ją za każdym razem, kiedy szefowa nie dorasta do wyśrubowanych standardów HR-ów, PR-ów i trigger warningów. Mamy 2026 rok.
A jednak ta sama asystentka tyranizuje swojego własnego asystenta i zabrania mu chociażby wychodzenia do toalety w trakcie pracy. Wygląda na to, iż im bardziej rzeczy się zmieniają, tym bardziej się nie zmieniają. Moda w końcu wraca w cyklach. Pora wyciągnąć z szafy diabła od Prady.
*
W 2006 roku, kiedy "Diabeł ubiera się u Prady" wchodził do kin, był opowieścią o dziennikarskiej psychomachii. Tematem była walka między siedzącymi na ramionach bohaterki aniołkiem i diabełkiem – oczywiście o jej duszę. W toku filmu marząca o karierze poważnej dziennikarki Andy Sachs (Anne Hathaway) sprzedawała reporterskie ambicje za parę sukienek i wyjazd do Paryża (upraszczam). Ale koniec końców wychodziła "na prostą" i w finale porzucała modowy magazyn "Runway" na rzecz "prawdziwego" dziennikarstwa.
Mamy rok 2026, "Diabeł ubiera się u Prady 2" jest opowieścią o powolnej śmierci tegoż dziennikarstwa. Zamiast psychomachii jest czysty surwiwal, walka o ocalenie zagrożonego gatunku: prasy. Dawny etos powoli zdycha pod butem korporacyjnych roszad, mediów społecznościowych i sztucznej inteligencji. Ostatnim bastionem prawdziwego dziennikarstwa okazuje się nagle… magazyn "Runway".
Może coś się jednak w międzyczasie zmieniło.
*
Poniekąd na tym polega wyzwanie sequela: dać widzom to samo, ale inaczej. Andy Sachs jest dziś więc cenioną reporterką, która pada ofiarą korporacyjnego cięcia kosztów i traci pracę. Wygłoszona na prestiżowej gali płomienna przemowa w obronie umierającego dziennikarstwa niespodziewanie załatwia jej jednak fuchę redaktorki w "Runwayu". Niestety: kiedy szeroko uśmiechnięta Andy wkracza do nowej-starej redakcji, nikt nie wita jej z otwartymi ramionami. Szefowa-diablica Miranda Priestly nie pamięta nawet, co wydarzyło się między nimi te 20 lat temu.
Sęk w tym, iż my pamiętamy. "Diabeł ubiera się u Prady" miał co najmniej trzy rzeczy, które przetrwały próbę czasu. Monolog Mirandy o modrym sweterku. Dietę-cud "nie jedz nic, a kiedy zaczynasz mdleć, zagryź kostką sera", jaką stosowała Emily (Emily Blunt). No i jedną z najlepszych ról w karierze Meryl Streep, popis zabójczo oszczędnej kontroli nad środkami wyrazu w wykonaniu aktorki, której raczej nie nazwalibyśmy aktorską minimalistką.
Reżyser David Frankel i scenarzystka Aline Brosh McKenna – ci sami, co 20 lat temu – biorą tę naszą pamięć za dobrą monetę. "Diabeł ubiera się u Prady 2" uszyty jest bezpiecznie według tego samego wykroju: z nadzieją, iż wśliźniemy się w niego gładko jak w stary, wygodny ciuch. Andy znowu musi więc udowodnić Mirandzie swoją wartość. Znowu dyskretnie wspiera ją w tym Nigel (Stanley Tucci). Emily znowu jest dla niej trochę partnerką w niedoli, a trochę rywalką. Znowu na drugim planie kręci się jakiś nudnawy chłopak głównej bohaterki: Pete (Patrick Brammall) zamiast Nate’a (Adrian Grenier), przez wielu uznawanego za prawdziwy czarny charakter pierwszego filmu. Znowu mamy też wycieczkę do europejskiej stolicy mody: tym razem Mediolanu, a nie Paryża. I znowu wszystko ostatecznie sprowadza się do zakulisowej gry o władzę, gdzie o zwycięstwie decyduje wbicie noża w odpowiednie plecy.
Z grubsza wszystko działa, bo czemu miałoby nie działać – raz już zadziałało. Po prostu działa nieco gorzej. Może dlatego, iż układ sił uległ dyskretnemu przetrąceniu: Andy i Emily w międzyczasie urosły, Miranda tymczasem jest w defensywie, bo rzeczywistość przestała kręcić się wokół niej. I chociaż jest to sytuacja teoretycznie ciekawa, w swoim poplątaniu nie jest już tak dramaturgicznie wdzięczna. Konflikt Andy vs Miranda oraz motyw "kuszenia dziewczęcia modą" z pierwszej części były po prostu czystsze, ostrzejsze. W "dwójce" pazurki tego filmowego diabła stępiono. Oczywiście oryginał straszył ogniami piekielnymi tylko w tytule i był po prostu sympatycznym fatałaszkiem z hollywoodzkiej sieciówki, a nie jakimś tam kinowym haute cotoure. Ale wciąż miał więcej charakteru.
*
To stępienie pazurków widać już po tym, jak Streep gra dziś Mirandę. Prasa, niegdyś dumna "czwarta władza", jest tu zaledwie popychadłem na łasce miliarderów, więc i niegdysiejsza diablica nagle stała się słodkim misiaczkiem. Aktorka bowiem na powrót rozluźnia twarz. Komedii i dramatu szuka teraz w bogatej mimice – klasycznie, po streepowsku. W efekcie gubi jednak opanowanie, które uczyniło oryginalny występ tak potężnym. W 2006 Miranda kruszyła kamień jednym poruszeniem brwi. W 2026 rusza brwiami zbyt często, żeby miało to taki impet.
Fascynująca jest jednak idąca za tym zmiana optyki. Zło Mirandy, niszczącej ludzi w imię ideału mody-jako-sztuki, nagle nie wydaje się takie złe. Bo za rogiem czyha już zło tech brosów z kalkulatorami, którzy w dupie mają ideały, a wszystko, czego się tkną, zmieniają w szit. Jay Kravitz (B.J. Novak) i Benji Barnes (Justin Theroux) to postacie rodem z serialu "Sukcesja", bajecznie bogaci idioci, chodzące karykatury Elonów Musków i Davidów Ellisonów tego świata. Niezbyt śmieszne, bo świat dawno już podbił w tej kwestii poprzeczkę.
Przy nich Miranda Priestly jawi się niczym ekscentryczna ciotka. Z dziwactwami, które da się tolerować, i z pasją, której trudno nie szanować. To artystka w świecie sprzedawców – przez wielkie "A" i małe "s". Nieprzypadkowo reżyser z upodobaniem filmuje Streep w otoczeniu mediolańskiej architektury czy w bezpośrednim towarzystwie "Ostatniej wieczerzy" Leonarda DaVinciego. Niczym bezcenny zabytek zasługujący na ochronę. Miranda, podobnie jak kiedyś Terminator, wraca w drugiej części z ocieplonym wizerunkiem, jako ostatnia deska ratunku ludzkości w starciu z bezkształtną machiną przyszłości.
*
"Terminator 2: Dzień sądu" był jednak sequelem wyjątkowym, bo co najmniej godnym pierwowzoru (prawdopodobnie choćby lepszym). "Diabeł ubiera się u Prady 2" to zaś sequel zwykły – czyli zwyczajowo nie tak dobry jak pierwowzór. Dlaczego? Jak to zwykle bywa, przede wszystkim ze względów prozaicznych, warsztatowych. Jak już pisałem, chodzi o technikalia: rozcieńczone konflikty, zmiękczone ostre krawędzie i tak dalej. Kiedy zastanawiam się jednak, co generuje tę słab(sz)ość, myślę, iż może po prostu chodzi o różnicę między 2006 a 2026 rokiem. Pierwszy film dawał nam lizać cukierka mody przez szybę, sugerował jednak, iż drzwi do wielkiego świata są, dyskretnie bo dyskretnie, ale uchylone. W drugim filmie już nie są.
Nawet jeżeli 20 lat temu work-life balance Andy leżał i kwiczał, to leżał i kwiczał, bo jej work miał wtedy jeszcze jakiś sens. choćby w świecie rządzonym przez diabły w typie Mirandy nasza bohaterka mogła mieć poczucie sprawczości. Było wciąż do czego dążyć, były jakieś ścieżki i perspektywy. Film Frankela miał w związku z tym charakter propagandowo-aspiracyjny. Mówił, iż są prace warte twojego wolnego czasu. Że prawdziwe psychomachie i moralitety są jeszcze możliwe. Że gra jest warta świeczki – musisz tylko ciężko pracować. Drugi film zupełnie mimochodem mówi coś przeciwnego: praca-sraca, liczą się pieniądze i kontakty. "Diabeł ubiera się u Prady 2" to przecież opowieść o całkiem ustawionych i całkiem bogatych paniach – po prostu akurat walczą z jeszcze bogatszymi panami.
Oglądając pierwszą część, trudno było nie utożsamiać się z Andy, dziewczyną z sąsiedztwa w wielkim świecie – bo wydawało się, iż moglibyśmy nią być. Mniejsza o przekłamania takiej optyki, grunt, iż było to dramaturgicznie nośne. Oglądając część drugą, trudno się jednak z Andy utożsamiać. Jasne, niby właśnie straciła pracę, bu-hu. Ale jedna koleżanka od ręki ma dla niej posadę w ekskluzywnej galerii, druga proponuje zaraz lukratywny kontrakt z wydawnictwem. A bohaterka, zamiast prewencyjnie zacisnąć pasa, przeprowadza się do wypasionego mieszkania w świeżo zgentryfikowanej kamienicy. To tam poznaje zresztą swojego nowego chłopaka, który jest nam przedstawiony jako – znamienne – Dobry Deweloper (chociaż zarzeka się, iż nie jest deweloperem). Z kolei do redakcji "Runwaya" Andy trafia de facto jako propagandystka: ma ugasić wizerunkowy pożar, bo magazyn wplątał się w nieetyczne praktyki. Wszelkie problemy rozwiązuje zaś, sięgając po telefon i dzwoniąc do odpowiednio bogatej osoby. Demotywujące: w walce z machiną pomóc może już tylko deus ex machina.
Mamy 2026 rok, jedynym ratunkiem dla prasy okazuje się łaska mniej złego z milionerów. Nie powiem, z grubsza zgadza się to z sytuacją za oknem. Może to nie "Diabeł ubiera się u Prady 2" jest gorszy od jedynki – może po prostu świat jest dziś gorszy.
W filmie "Diabeł ubiera się u Prady 2" grana przez Meryl Streep Miranda Priestly wraca, ale już nie może rzucać płaszczem w asystentkę. Wręcz przeciwnie: teraz to asystentka strofuje ją za każdym razem, kiedy szefowa nie dorasta do wyśrubowanych standardów HR-ów, PR-ów i trigger warningów. Mamy 2026 rok.
A jednak ta sama asystentka tyranizuje swojego własnego asystenta i zabrania mu chociażby wychodzenia do toalety w trakcie pracy. Wygląda na to, iż im bardziej rzeczy się zmieniają, tym bardziej się nie zmieniają. Moda w końcu wraca w cyklach. Pora wyciągnąć z szafy diabła od Prady.
*
W 2006 roku, kiedy "Diabeł ubiera się u Prady" wchodził do kin, był opowieścią o dziennikarskiej psychomachii. Tematem była walka między siedzącymi na ramionach bohaterki aniołkiem i diabełkiem – oczywiście o jej duszę. W toku filmu marząca o karierze poważnej dziennikarki Andy Sachs (Anne Hathaway) sprzedawała reporterskie ambicje za parę sukienek i wyjazd do Paryża (upraszczam). Ale koniec końców wychodziła "na prostą" i w finale porzucała modowy magazyn "Runway" na rzecz "prawdziwego" dziennikarstwa.
Mamy rok 2026, "Diabeł ubiera się u Prady 2" jest opowieścią o powolnej śmierci tegoż dziennikarstwa. Zamiast psychomachii jest czysty surwiwal, walka o ocalenie zagrożonego gatunku: prasy. Dawny etos powoli zdycha pod butem korporacyjnych roszad, mediów społecznościowych i sztucznej inteligencji. Ostatnim bastionem prawdziwego dziennikarstwa okazuje się nagle… magazyn "Runway".
Może coś się jednak w międzyczasie zmieniło.
*
Poniekąd na tym polega wyzwanie sequela: dać widzom to samo, ale inaczej. Andy Sachs jest dziś więc cenioną reporterką, która pada ofiarą korporacyjnego cięcia kosztów i traci pracę. Wygłoszona na prestiżowej gali płomienna przemowa w obronie umierającego dziennikarstwa niespodziewanie załatwia jej jednak fuchę redaktorki w "Runwayu". Niestety: kiedy szeroko uśmiechnięta Andy wkracza do nowej-starej redakcji, nikt nie wita jej z otwartymi ramionami. Szefowa-diablica Miranda Priestly nie pamięta nawet, co wydarzyło się między nimi te 20 lat temu.
Sęk w tym, iż my pamiętamy. "Diabeł ubiera się u Prady" miał co najmniej trzy rzeczy, które przetrwały próbę czasu. Monolog Mirandy o modrym sweterku. Dietę-cud "nie jedz nic, a kiedy zaczynasz mdleć, zagryź kostką sera", jaką stosowała Emily (Emily Blunt). No i jedną z najlepszych ról w karierze Meryl Streep, popis zabójczo oszczędnej kontroli nad środkami wyrazu w wykonaniu aktorki, której raczej nie nazwalibyśmy aktorską minimalistką.
Reżyser David Frankel i scenarzystka Aline Brosh McKenna – ci sami, co 20 lat temu – biorą tę naszą pamięć za dobrą monetę. "Diabeł ubiera się u Prady 2" uszyty jest bezpiecznie według tego samego wykroju: z nadzieją, iż wśliźniemy się w niego gładko jak w stary, wygodny ciuch. Andy znowu musi więc udowodnić Mirandzie swoją wartość. Znowu dyskretnie wspiera ją w tym Nigel (Stanley Tucci). Emily znowu jest dla niej trochę partnerką w niedoli, a trochę rywalką. Znowu na drugim planie kręci się jakiś nudnawy chłopak głównej bohaterki: Pete (Patrick Brammall) zamiast Nate’a (Adrian Grenier), przez wielu uznawanego za prawdziwy czarny charakter pierwszego filmu. Znowu mamy też wycieczkę do europejskiej stolicy mody: tym razem Mediolanu, a nie Paryża. I znowu wszystko ostatecznie sprowadza się do zakulisowej gry o władzę, gdzie o zwycięstwie decyduje wbicie noża w odpowiednie plecy.
Z grubsza wszystko działa, bo czemu miałoby nie działać – raz już zadziałało. Po prostu działa nieco gorzej. Może dlatego, iż układ sił uległ dyskretnemu przetrąceniu: Andy i Emily w międzyczasie urosły, Miranda tymczasem jest w defensywie, bo rzeczywistość przestała kręcić się wokół niej. I chociaż jest to sytuacja teoretycznie ciekawa, w swoim poplątaniu nie jest już tak dramaturgicznie wdzięczna. Konflikt Andy vs Miranda oraz motyw "kuszenia dziewczęcia modą" z pierwszej części były po prostu czystsze, ostrzejsze. W "dwójce" pazurki tego filmowego diabła stępiono. Oczywiście oryginał straszył ogniami piekielnymi tylko w tytule i był po prostu sympatycznym fatałaszkiem z hollywoodzkiej sieciówki, a nie jakimś tam kinowym haute cotoure. Ale wciąż miał więcej charakteru.
*
To stępienie pazurków widać już po tym, jak Streep gra dziś Mirandę. Prasa, niegdyś dumna "czwarta władza", jest tu zaledwie popychadłem na łasce miliarderów, więc i niegdysiejsza diablica nagle stała się słodkim misiaczkiem. Aktorka bowiem na powrót rozluźnia twarz. Komedii i dramatu szuka teraz w bogatej mimice – klasycznie, po streepowsku. W efekcie gubi jednak opanowanie, które uczyniło oryginalny występ tak potężnym. W 2006 Miranda kruszyła kamień jednym poruszeniem brwi. W 2026 rusza brwiami zbyt często, żeby miało to taki impet.
Fascynująca jest jednak idąca za tym zmiana optyki. Zło Mirandy, niszczącej ludzi w imię ideału mody-jako-sztuki, nagle nie wydaje się takie złe. Bo za rogiem czyha już zło tech brosów z kalkulatorami, którzy w dupie mają ideały, a wszystko, czego się tkną, zmieniają w szit. Jay Kravitz (B.J. Novak) i Benji Barnes (Justin Theroux) to postacie rodem z serialu "Sukcesja", bajecznie bogaci idioci, chodzące karykatury Elonów Musków i Davidów Ellisonów tego świata. Niezbyt śmieszne, bo świat dawno już podbił w tej kwestii poprzeczkę.
Przy nich Miranda Priestly jawi się niczym ekscentryczna ciotka. Z dziwactwami, które da się tolerować, i z pasją, której trudno nie szanować. To artystka w świecie sprzedawców – przez wielkie "A" i małe "s". Nieprzypadkowo reżyser z upodobaniem filmuje Streep w otoczeniu mediolańskiej architektury czy w bezpośrednim towarzystwie "Ostatniej wieczerzy" Leonarda DaVinciego. Niczym bezcenny zabytek zasługujący na ochronę. Miranda, podobnie jak kiedyś Terminator, wraca w drugiej części z ocieplonym wizerunkiem, jako ostatnia deska ratunku ludzkości w starciu z bezkształtną machiną przyszłości.
*
"Terminator 2: Dzień sądu" był jednak sequelem wyjątkowym, bo co najmniej godnym pierwowzoru (prawdopodobnie choćby lepszym). "Diabeł ubiera się u Prady 2" to zaś sequel zwykły – czyli zwyczajowo nie tak dobry jak pierwowzór. Dlaczego? Jak to zwykle bywa, przede wszystkim ze względów prozaicznych, warsztatowych. Jak już pisałem, chodzi o technikalia: rozcieńczone konflikty, zmiękczone ostre krawędzie i tak dalej. Kiedy zastanawiam się jednak, co generuje tę słab(sz)ość, myślę, iż może po prostu chodzi o różnicę między 2006 a 2026 rokiem. Pierwszy film dawał nam lizać cukierka mody przez szybę, sugerował jednak, iż drzwi do wielkiego świata są, dyskretnie bo dyskretnie, ale uchylone. W drugim filmie już nie są.
Nawet jeżeli 20 lat temu work-life balance Andy leżał i kwiczał, to leżał i kwiczał, bo jej work miał wtedy jeszcze jakiś sens. choćby w świecie rządzonym przez diabły w typie Mirandy nasza bohaterka mogła mieć poczucie sprawczości. Było wciąż do czego dążyć, były jakieś ścieżki i perspektywy. Film Frankela miał w związku z tym charakter propagandowo-aspiracyjny. Mówił, iż są prace warte twojego wolnego czasu. Że prawdziwe psychomachie i moralitety są jeszcze możliwe. Że gra jest warta świeczki – musisz tylko ciężko pracować. Drugi film zupełnie mimochodem mówi coś przeciwnego: praca-sraca, liczą się pieniądze i kontakty. "Diabeł ubiera się u Prady 2" to przecież opowieść o całkiem ustawionych i całkiem bogatych paniach – po prostu akurat walczą z jeszcze bogatszymi panami.
Oglądając pierwszą część, trudno było nie utożsamiać się z Andy, dziewczyną z sąsiedztwa w wielkim świecie – bo wydawało się, iż moglibyśmy nią być. Mniejsza o przekłamania takiej optyki, grunt, iż było to dramaturgicznie nośne. Oglądając część drugą, trudno się jednak z Andy utożsamiać. Jasne, niby właśnie straciła pracę, bu-hu. Ale jedna koleżanka od ręki ma dla niej posadę w ekskluzywnej galerii, druga proponuje zaraz lukratywny kontrakt z wydawnictwem. A bohaterka, zamiast prewencyjnie zacisnąć pasa, przeprowadza się do wypasionego mieszkania w świeżo zgentryfikowanej kamienicy. To tam poznaje zresztą swojego nowego chłopaka, który jest nam przedstawiony jako – znamienne – Dobry Deweloper (chociaż zarzeka się, iż nie jest deweloperem). Z kolei do redakcji "Runwaya" Andy trafia de facto jako propagandystka: ma ugasić wizerunkowy pożar, bo magazyn wplątał się w nieetyczne praktyki. Wszelkie problemy rozwiązuje zaś, sięgając po telefon i dzwoniąc do odpowiednio bogatej osoby. Demotywujące: w walce z machiną pomóc może już tylko deus ex machina.
Mamy 2026 rok, jedynym ratunkiem dla prasy okazuje się łaska mniej złego z milionerów. Nie powiem, z grubsza zgadza się to z sytuacją za oknem. Może to nie "Diabeł ubiera się u Prady 2" jest gorszy od jedynki – może po prostu świat jest dziś gorszy.














