Swoje pochodzenie przez lata uważała za kompleks. "Wstydziłam się go, czułam się tumankiem"

kobieta.gazeta.pl 2 godzin temu
W Warszawie mieszka i rozwija karierę, ale czas wolny od pracy spędza w rodzinnej wsi na Kaszubach. Mało kto jednak wie, iż przed laty Danuta Stenka miała kompleksy z powodu swojego pochodzenia. W jednym z wywiadów wyjawiła, co sprawiło jej największą trudność, gdy z małej miejscowości przeniosła się do wielkiego miasta.
Od lat uznawana jest za jedną z najpopularniejszych i najbardziej utalentowanych aktorek w naszym kraju. Danuta Stenka serca widzów zdobyła m.in. rolą niepokornej Judyty w kultowej komedii romantycznej "Nigdy w życiu", ale na koncie ma znacznie więcej znakomitych produkcji. Za rolę George Sand w filmie "Chopin. Pragnienie miłości" dostała Złotego Orła, zachwyciła też w nominowanym do Oscara "Katyniu" Andrzeja Wajdy. Zanim jednak przyjechała do Gdańska, gdzie zaczynała karierę, jej życie kręciło się wokół niewielkiej wsi na Pomorzu.

REKLAMA





Dla Danuty Stenki Kaszuby są jak drugi dom. Kiedyś pochodzenie było jej kompleksem
Dziś Stenka rodzinną miejscowość nazywa idyllą i z rozrzewnieniem opowiada o niej w wywiadach. – Stamtąd czerpię wodę do życia – powiedziała kiedyś na łamach "Pani". Jednak nie zawsze tak było. Na świat przyszła 10 października 1961 roku w Sierakowicach w województwie pomorskim, ale dzieciństwo i okres nastoletni spędziła w leżącym nieopodal Gowidlinie na Kaszubach. To pochodzenie w pierwszych latach dorosłości było jej ogromnym kompleksem i niejako kulą u nogi. Mówiła, iż gdy przyjechała do miasta na studia, czuła się niczym "uboga krewna".
Wstydziłam się, bo można by rzec, iż jestem taką niedoróbką. Że nie jeździłam wcześniej tramwajem, nie wiedziałam, gdzie się kasuje bilet. Czułam się tumankiem, Koziołkiem Matołkiem w tych miejskich okolicznościach
– opowiadała podczas spotkania z fanami w 2024 roku w Warszawie. Dopiero z czasem zaczęła tę sytuację inaczej postrzegać, bo zmieniła się też jej perspektywa. – Poczułam moc swoich korzeni – tłumaczyła. Gdy rozpoczęła karierę, uświadomiła sobie, iż to właśnie dzieciństwo oraz wieś, w której je spędziła, ją ukształtowały i w końcu zaczęła to doceniać. – Zrozumiałam, iż Gowidlino nie jest moim problemem, ale moim atutem – dodawała.


Choć aktorka od wielu już lat mieszka w Warszawie, w rodzinne strony powraca chętnie i często. Gdy jednak nie może sobie na to pozwolić, wspomina beztroskie chwile i swoje ulubione miejsca. – Wyjeżdżaliśmy na dużą wyspę i od bladego świtu do wieczora łowiliśmy ryby, paliliśmy ogniska. To było fantastyczne – wspominała podczas spotkania. Co ciekawe, jako dziecko zupełnie nie potrafiła wyobrazić sobie życia w stolicy ani żadnym innym większym mieście. Podczas kolonii, na którą pojechała latem jeszcze jako nastolatka, czuła się przytłoczona wszechobecnym chaosem i pędem. – Miałam dosyć tego pośpiechu – mówiła i dodała, iż w tamtej chwili była wdzięczna za swój "mały świat". – Tak strasznie się cieszę, iż takie były moje korzenie – skwitowała.



Stenka kaszubskiego nauczyła się dzięki babci. Zmusił ją do tego szkolny incydent
Kaszuby to nie tylko piękne krajobrazy, ale także język. W czasach, gdy Stenka dorastała, kaszubskiego nie uczono w szkołach, ale często posługiwano się nim w domach. Jej dziadkowie rozmawiali ze sobą po kaszubsku, jej brat także mówił w nim doskonale, ale do niej wszyscy zwracali się po polsku. I wcale jej to nie przeszkadzało. Do czasu. Pewnego razu w podstawówce odbywały się zajęcia z wychowania obywatelskiego, w trakcie których dostała zadanie, by opowiedzieć legendę w regionalnym języku. Jak można się domyślić, nie wykonała go, mimo iż próbę podjęła, co wywołało salwę śmiechu ze strony rówieśników oraz nauczyciela.


Tak ją ta sytuacja zawstydziła, iż po powrocie do domu oznajmiła zdecydowanym tonem: "Nauczę się kaszubskiego". Z prośbą o pomoc zwróciła się do babci, która zareagowała na to z entuzjazmem. Ale początki wbrew pozorom łatwe nie były, bo choć po kaszubsku rozumiała wszystko, to z wymową miała spore trudności. – Na początku bawiła ją moja wymowa: "Dzeckò, jak të smieszno gôdôsz" – wspominała ze śmiechem słowa babci w wywiadzie dla "Pani". Jednak konsekwencja i godziny spędzone na dyskusjach się opłaciły, bo dziś nie ma ani oporów, ani problemów, by w tym języku przeprowadzić rozmowę.
Idź do oryginalnego materiału