Świt żywych tatów

filmweb.pl 3 miesięcy temu
Zdjęcie: plakat


Pytanie za 28 punktów: kto jest autorem serii "28 dni później"? Pierwsza, odruchowa odpowiedź: oczywiście Danny Boyle.

Trudno nie wspomnieć pamiętnej pierwszej części cyklu, nie myśląc zaraz o kamerze cyfrowej Boyle'a. Camcorder Canon XL1 nie tylko nadał filmowi reporterski, "realistyczny" charakter, ale w ogóle umożliwił jego realizację, pozwalając ekipie obejść pozwolenia i obostrzenia, jakimi obwarowano możliwość kręcenia w takich miejscach jak londyńskie Piccadilly Circus czy Oxford Street. Kiedy Boyle wrócił do serii w zeszłorocznym "28 lat później", najzwyczajniej w świecie apgrejdował ten punkowy etos DIY do czasów współczesnych i nakręcił film iPhone'em. Na tym etapie roztrzęsiona kamera pędzącą tropem rozjuszonych zombiaków była już autorskim charakterem pisma, równoznacznym z podpisem "D. Boyle" i tożsamym z marką "28 dni później".

Ralph Fiennes
  • CTMG, Inc.

A jednak najnowsza odsłona serii, "28 lat później – Część 2: Świątynia kości", obywa się bez Boyle'a. Co więcej, debiutująca w cyklu reżyserka Nia DaCosta stanęła dosłownie za KAMERĄ: film nakręcono modelem Arri Alexa 35, który jest dziś branżowym standardem, a nie jakimś tanim partyzanckim zastępnikiem. Efekt? Ciekawy, bo "Świątynia kości" to prawdopodobnie najlepsza część serii.

*

Pora zatem na tezę, którą stracę szacunek fanów: zawsze wydawało mi się, iż Boyle zrobił serii niedźwiedzią przysługę. Cyfrowa kamera z "28 dni później" z jednej strony sprawia, iż film jest "jakiś", ale z drugiej potwornie go "datuje". Ktoś powie "hej, interesujący dokument epoki", a ktoś inny "hej, po latach nie da się tego oglądać, bo co w 2002 roku wyglądało jak gorączkowy realizm, dziś wygląda jak studencki teatrzyk". Podobnie jest z iPhone'owymi wygibasami z "28 lat później". Jasne, czasem działają genialnie: na przykład w montażowej sekwencji, która wykorzystuje archiwalne materiały do zbudowania metafory brytyjsko-militarnego patriarchatu. Ale sorry, nie uważam, żeby scena typu "ojciec robi synowi śniadanie" potrzebowała cięć co trzy sekundy. Wręcz przeciwnie: myślę, iż efekt jest zabójczy dla dramaturgii, bo kiedy kamera ciągle się trzęsie, to jakby nie trzęsła się nigdy – trzęsienie przestaje cokolwiek znaczyć. Dopiero w drugiej połowie filmu Danny B. nieco się uspokaja, jakby pod wpływem charyzmy Ralpha Fiennesa. I dopiero wtedy pojawia się myśl, iż może to nie reżyser Boyle, tylko scenarzysta Alex Garland jest prawdziwym spiritus movens tej opowieści.

*

Oczywiście Boyle i Garland są bliźniakami syjamskimi jeszcze od czasów "Niebiańskiej plaży" – w scenariopisarsko-reżyserskim duecie zrobili już trzy filmy. Ale status Garlanda w międzyczasie urósł, sam też zaczął reżyserować i wyrósł na autora przez wielkie "A". Dlatego grę w "Garland-kura czy Boyle-jajko" warto zacząć od zaznaczenia, iż pomysł na "28 dni później" wyszedł właśnie od scenarzysty. Oczywiście efekt końcowy to wypadkowa dwóch autorskich wrażliwości. Ale też "28…" wyjątkowo gładko wpisuje się w autorskie emploi Garlanda.

Powtarzam to, kiedy tylko mogę, więc wybaczcie, jeżeli już to kiedyś czytaliście/słyszeliście: "Dredd", "Ex Machina", "Devs", "Men", "Civil War" i "Wojna" na najbardziej podstawowym poziomie są wciąż tą samą historią. Oto osoba wchodzi do zakazanej strefy i wychodzi zmieniona, kropka. W "28 lat później" i "Świątyni kości" oglądamy po prostu kolejny wariant tego schematu. Garland snuje tu powieść o młodym Spike'u (Alfie Williams) i jego socjalizacji: chłopak zostawia bezpieczne domowe mury i wkracza do groźnego, zaludnionego przez zombie świata. W trakcie podróży spotka i przetestuje kolejne figury ojców: od tego biologicznego po innych, symbolicznych. Alternatywny tytuł filmu: "Dawn of the... Dad".

*

Inaczej niż w "28 lat później" w "Świątyni kości" Spike przesuwa się dyskretnie na drugi plan. Sednem historii wciąż jest tak zwana psychomachia, walka o duszę chłopaka rozegrana pomiędzy siedzącymi mu na ramionach ojcem-aniołkiem i ojcem-diabełkiem. Ale to właśnie oni przejmują tym razem pałeczkę. Przesunięcie jednak nie boli, bo to niezwykle wdzięczny duet antagonistów. W lewym narożniku: doktor Ian Kelson (Fiennes), zasłuchany w szlagierach z lat 80. lekarz doglądający wybudowanego przez siebie tytułowego mauzoleum. W prawym narożniku: Sir Lord Jimmy Crystal (Jack O’Connell), upozowany na Jimmy'ego Saville'a dresiarz-chuligan, który stoi na czele gangu zdziczałych dzieciaków i twierdzi, iż realizuje misję, jaką zlecił mu sam Szatan.

Erin Kellyman, Jack O'Connell, Maura Bird
  • CTMG, Inc.

Tak prosta, czytelna opozycja aż prosi się o prostą, czytelną reżyserię. I Nia DaCosta – autorka udanego "Candymana" i niezbyt udanych "Marvels" – dorasta do wyzwania. Boyle nakręcił "28 lat później" w stylu Jimmy'ego Crystala: ekstrawagancko i łobuzersko. DaCosta kręci "Świątynię kości" w stylu doktora Kelsona: spokojnie i klarownie, choć nie bez momentów szaleństwa czy brawury. Jest parę gonitw z zombie (mniej niż zwykle), są pojedynki na noże, leje się krew. Znalazła się tu też co najmniej jedna scena typu "czacha dymi" – Kelson gra w niej zresztą pierwsze skrzypce. Żeby nie zepsuć Wam zabawy, podpowiem tylko, iż to scena, hmm, heavymetalowa. Na ten moment, jak dla mnie, jedna ze scen roku.

Przede wszystkim jednak DaCosta imponuje uważnością. Raz za razem udaje jej się uchwycić bohaterów w trakcie myślenia, wycisnąć sens z samych zawahań, spojrzeń i niewerbalnych sygnałów. Ktoś tylko na kogoś patrzy – a my wiemy, co rodzi się w jego głowie. Pomaga w tym oczywiście zgromadzony przed kamerą aktorski kaliber. O'Connell i Fiennes grają tu niby skrajnie różne postacie, ale w kilku momentach ciekawie zamieniają się emploi: jeden spuszcza z tonu, wrażliwieje, a drugi nagle dociska pedał gazu, uderza w wysokie C. Ten moment, gdy wreszcie stają twarzą w twarz i siadają, żeby porozmawiać, jest prawdziwie elektryczny. Tym bardziej iż to moment nieoczekiwanie – jak na film z cyklu opartego na regularnej krwawej jatce – stonowany. Boyle pewnie choćby by go nie zauważył, bo byłby zbyt zajęty trzęsieniem kamerą.

Ale pod pewnym względem spokojna reżyserska ręka DaCosty retroaktywnie zbawia choćby metodę Boyle'a z poprzedniego filmu. Załóżmy, iż montażowa gorączka z "28 lat później" miała oddać burzliwe dojrzewanie Spike'a. jeżeli tak, "Świątynia kości" jest znakiem powolnego dorastania, uspokojenia. Po okresie burzy i naporu seria wkracza w "czystszy" schemat moralitetu. Ma to również przełożenie na gatunkową tożsamość filmu: dotychczas sednem serii był horror wisceralnej ganianki z zombie. "Świątynia kości" leży krok bliżej baśni, alegorii. Sednem jest tu konflikt – ale idei.

Dlatego też głównym zagrożeniem w filmie nie są zombie, oddelegowane tym razem do tła, robiące za symbol opresyjnego świata, który czycha za drzwiami. To człowiek stanowi tu największe zagrożenie dla człowieka, to człowiek dopuszcza się prawdziwie złych czynów. Momenty prawdziwej grozy rodzą się więc w ciszy i napięciu między katem a ofiarą, między silniejszym a słabszym. Nie trzeba dokładać im ciężaru kamerowo-montażowymi akrobacjami, bo horror objawia się niejako sam, między ludźmi. Boyle już zresztą sygnalizował taką trajektorię w poprzednim filmie, uspokajając montaż wraz z wprowadzeniem postaci Kelsona. DaCosta po prostu za tym idzie, nie dokłada do pieca. I również dlatego tym wyraźniej widać tu garlandowski, mitologiczny trzon opowieści – bo reżyseria nie "zasłania" wreszcie sedna.

*

Oczywiście już "28 lat później" oglądało się jak alegorię Wielkiej Brytanii po Breksicie i covidzie rozdzieranej przez wirusy ksenofobii oraz paranoi. W "Świątyni kości" Garland popycha metaforę dalej. Spike i podopieczni Jimmy'ego, dorastający na ogarniętych epidemią zombie Wyspach, są trochę jak dzisiejsze młode pokolenie wychowane w internecie. Żyją na wysypisku, gdzie resztki kultury niegdysiejszego imperium leżą porozrzucane bez ładu i składu, demokratycznie-chaotycznie zrównane: wysokie razem z niskim, ambitne z rozrywkowym, mądre z głupim. Duran Duran obok Iron Maiden, Jimmy Saville z Winstonem Churchillem, wielka literatura kontra Teletubisie.

Postapokalipsa czy postmodernizm? Nie ma większej różnicy, zdają się sugerować Garland i DaCosta. Nic dziwnego, iż młodzi bohaterowie lgną do ojców, którzy oferują wytłumaczenie, obiecują komfort sensu i celu. Lgną do nauczycieli, którzy z odpadów przeszłości potrafią ulepić im religię i ideologię, innymi słowy: tożsamość. Koniec końców Wielka Brytania jest tu niczym bezludna wyspa, gdzie próbujący przetrwać rozbitkowie grają dwa edukacyjne scenariusze. Jeden to "Przypadki Robinsona Crusoe", drugi – "Władca much".

Chi Lewis-Parry
  • CTMG, Inc.

Doktor Kelson, biorący pod opiekę zarażonego wielkoluda, którego nazwał "Samsonem" (Chi Lewis-Parry), przypomina przecież Robinsona pochylającego się nad Piętaszkiem. Z tą różnicą, iż Kelson nie traktuje swojego pacjenta z imperialistycznym protekcjonalizmem. Mówi mu: "bądź kim jesteś, szanuję to". Zupełnie inaczej niż Jimmy, który nie toleruje inności. Do tego stopnia, iż zamienia podopiecznych w swoje małe sobowtóry, każdego chrzcząc "Jimmym" i ubierając w mundurek: pasiasty dresik oraz blond perukę. To zdemoralizowany Piotruś Pan na czele zdegenerowanych Zagubionych Chłopców. Pozostawione sobie samemu dzieciaki gwałtownie uczą się od niego języka przemocy i agresji, akceptując, iż to jedyna słuszna odpowiedź na opresję świata – zupełnie jak plemię rozbestwionych dzieciaków z powieści Williama Goldinga. jeżeli Kelson wyznaje oświeceniową filozofię współczucia i solidarności, Jimmy propaguje wulgarny darwinizm typu "dźgnij kolegę albo sam daj się dźgnąć".

*

Umówmy się: ani przez chwilę nie wierzymy, iż Spike da się przekonać do złowrogiej krucjaty Jimmy'ego. Ale też nie o to chodzi. Stawką filmu nie jest to, czy chłopiec przejdzie z własnej woli na ciemną stronę mocy, tylko czy ciemna strona mocy skutecznie złamie mu kręgosłup. "Świątynia kości" pokazuje, iż można usiąść, wysłuchać i dyskretnie wskazać podopiecznemu drogę. Można też złapać go za mordę, przytknąć nóż do brzucha i zastraszyć do posłuszeństwa. Spike uczy się jednak na własnej skórze, jak krótkowzroczny jest ten drugi model. Kiedy raz kogoś kopniesz, ten ktoś nie zaufa ci już drugi raz, choćby jeżeli wyciągasz do niego pomocną dłoń.

Spike próbuje w końcu uciec z gangu. "Dokądkolwiek indziej", mówi. Jedna z Jimmych (Erin Kellyman) powstrzymuje go jednak ciętą ripostą, iż "już była gdziekolwiek i tam nie jest lepiej". To smutne słowa, bo znaczą tylko tyle, iż nikt jej jeszcze nie pokazał, iż lepszy świat jest możliwy, iż świat nie kończy się na grupie rówieśniczej, która wywiera na ciebie presję, czy na opiekunach, którzy traktują cię butem.

Dlatego moment prawdziwego ekranowego złota ma tu miejsce – powtórzę się – kiedy Jack O'Connell pod wpływem Ralpha Fiennesa na moment zdejmuje maskę groźnego trickstera. I nagle choćby sadystyczny, psychopatyczny Jimmy może odkryć, iż dobrze mu się z kimś rozmawia. W obecności Kelsona czczący Szatana bandzior potrafi się otworzyć, odsłonić niespodziewanie wrażliwą stronę, a potem jeszcze poddać się autorefleksji i to zauważyć. Ot, potęga zwykłej rozmowy, magia bycia-wreszcie-przez-kogoś-wysłuchanym. Cud bycia dostrzeżonym. W tym sensie "Świątynia kości" jest filmem nie tyle choćby o potrzebie POWSZECHNEJ edukacji, co o potrzebie DOBREJ edukacji (oraz, jak sugeruje przykład Kelsona-znacząco-doktora: o potrzebie publicznej służby zdrowia).

W gruncie rzeczy "Świątynia kości" przerabia tu podobne tematy, co serial "Dojrzewanie": jak być rodzicem we współczesnym świecie, jak być dzieckiem we współczesnym świecie, jak być człowiekiem we współczesnym świecie. Poniekąd Garland i DaCosta robią to jednak lepiej niż Jack Thorne i Stephen Graham w produkcji Netfliksa: bo zamiast koturnowego tonu "ważnej wypowiedzi na istotny temat" wybierają formułę baśniowego horroru o zombie, a przy okazji puszczają jeszcze parę fajnych piosenek. Nauczyciele, pamiętajcie: dobry spektakl może mieć walor edukacyjny. I na odwrót: dobra edukacja to też po prostu dobry spektakl.
Idź do oryginalnego materiału