Supergirl – recenzja filmu. Na to czekaliśmy?

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Założę się, iż każdy młody chłopak choć raz marzył, by zostać Supermanem. Potrafić latać, ratować ludzi z opresji i walczyć ze złoczyńcami. Łatwo jednak zapomnieć, iż obok Człowieka ze Stali od zawsze istniała również jego kuzynka – Supergirl.

Dla jednych była jedynie żeńską wersją najsłynniejszego bohatera, dla innych postacią, która od dawna zasługiwała na własną historię. Po zeszłorocznym Supermanie Jamesa Gunna przyszła więc pora właśnie na nią. I choć po pierwszym występie Milly Alcock trudno było nie nabrać apetytu na więcej, tak po seansie Supergirl pozostaje przede wszystkim pytanie: po co?

Sam punkt wyjścia wydaje się niezwykle obiecujący. Zamiast kolejnej historii o ratowaniu Ziemi, dostajemy kosmiczną przygodę inspirowaną komiksem Woman of Tomorrow. Kara Zor-El łączy siły z młodą Ruthye (Eve Ridley), której rodzinę zamordował bezwzględny przestępca Krem (Matthias Schoenaerts). Problem w tym, iż Krem zdążył wcześniej otruć również Krypto – psa Supergirl. Bohaterki mają więc wspólny cel i wspólnego wroga. Na papierze brzmi to jak idealny przepis na emocjonujące kino drogi. W praktyce wychodzi z tego kolejna zwyczajna historia, która bardzo rzadko wychodzi poza gatunkowe schematy.

Największą siłą filmu pozostaje sama Supergirl. Milly Alcock od pierwszych minut pokazuje, iż została obsadzona w tej roli nieprzypadkowo. Ma w sobie energię, luz i pewną zadziorność, której trudno odmówić uroku. Jej Kara jest zupełnym przeciwieństwem Clarka Kenta. Tam, gdzie Superman pozostaje wzorem dobroci i opanowania, Supergirl sprawia wrażenie osoby, która najchętniej rzuciłaby wszystko i zniknęła na drugim końcu galaktyki. To bohaterka zmęczona, zagubiona i próbująca ukryć swoje emocje pod maską cynizmu.

Sam pomysł na postać jest bardzo ciekawy. Szkopuł w tym, iż scenariusz nie zawsze wie, jak go wykorzystać. Początkowo Kara wypada naprawdę świetnie. Jej obojętność, sarkazm i niechęć do angażowania się w cudze problemy sprawiają, iż wyróżnia się na tle większości współczesnych superbohaterów. Niestety im dalej w film, tym bardziej twórcy upraszczają jej charakter. Przemiana bohaterki zachodzi szybko, momentami wręcz zbyt szybko. Zyskuje na tym tempo opowieści, ale traci sama postać.

fot. kadr z filmu

Podobnie wygląda relacja Kary i Ruthye. Teoretycznie jest ona sercem całej historii. Młodsza bohaterka pragnie zemsty, starsza doskonale wie, dokąd taka droga prowadzi. To klasyczny motyw, który wielokrotnie sprawdzał się w kinie. Tutaj również działa, ale nigdy nie osiąga poziomu, który pozwoliłby widzowi naprawdę zaangażować się emocjonalnie. O ich przyjaźni częściej się mówi, niż faktycznie ją pokazuje.

Znacznie większy problem mam natomiast z głównym antagonistą. Matthias Schoenaerts jest świetnym aktorem, ale choćby on nie jest w stanie uratować Krema. To typ złoczyńcy, który ma być „zły” i kropka. Nie ma szczególnie interesującej historii, wyraźnej motywacji ani głębszej osobowości. Krem istnieje przede wszystkim po to, by bohaterki miały kogo ścigać przez kolejne planety. I niestety dokładnie taką funkcję pełni przez cały film. Szkoda, bo przy takiej historii naprawdę przydałby się przeciwnik z prawdziwego zdarzenia.

Pozostali bohaterowie wypadają nieco lepiej. Eve Ridley jako Ruthye radzi sobie całkiem dobrze i wnosi do filmu potrzebną dawkę emocji. David Corenswet pojawia się jedynie na chwilę jako Superman, ale ponownie przypomina, dlaczego jego wersja Clarka została tak dobrze przyjęta przez widzów. pozostało Jason Momoa jako Lobo, czyli postać, na którą wielu fanów czekało równie mocno jak na samą Supergirl. I tutaj pojawia się kolejny problem.

fot. kadr z filmu

Lobo jest w tym filmie stanowczo za mało. Momoa ewidentnie dobrze bawi się swoją rolą i już po kilku minutach kradnie sporą część uwagi. Tyle tylko, iż twórcy wykorzystują go głównie jako gościnny występ. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż jego obecność miała bardziej pomóc kampanii marketingowej niż samej historii.

Od strony wizualnej Supergirl prezentuje się całkiem solidnie. Kosmos wygląda przyzwoicie, efekty specjalne nie straszą sztucznością, a sceny akcji potrafią momentami zrobić dobre wrażenie. Jednocześnie nie ma tutaj zbyt wielu momentów, które wywołują efekt „wow”. Wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno być. I właśnie to okazuje się największym problemem filmu.

Historia Supergirl jest bezpieczna. Tak samo jej bohaterowie i humor. choćby wizualnie film bardzo rzadko pozwala sobie na coś bardziej szalonego. Efekt jest taki, iż przez większość czasu oglądamy poprawne kino superbohaterskie, które działa dokładnie tak, jak zaplanowali producenci. Tylko iż czasami poprawność to za mało.

Zobacz również: Toy Story 5 – recenzja filmu. Starzy znajomi, nowe wyzwania

fot. materiały promocyjne

Najbardziej szkoda mi samej Milly Alcock. Aktorka wyraźnie udowadnia, iż potrafi udźwignąć własny film i stworzyć interesującą bohaterkę. Zasłużyła na znacznie lepszy scenariusz. Taki, który pozwoliłby jej naprawdę rozwinąć skrzydła.

Supergirl to film, który można polubić. Nie brakuje w nim humoru, przygody ani sympatycznych bohaterów. Nie jest to też produkcja, po której wychodzi się z kina rozczarowanym. Jednocześnie trudno pozbyć się wrażenia, iż gdzieś po drodze zgubiono potencjał czegoś znacznie większego. A szkoda, bo Kara Zor-El zasługiwała na coś więcej niż tylko poprawny film. Potencjał na jedną z najciekawszych bohaterek nowego DCU był tutaj ogromny. Niestety twórcy zadowolili się jedynie poprawnością, a ta w kinie superbohaterskim coraz rzadziej wystarcza.


fot. główna: grafika własna

Idź do oryginalnego materiału