Stuart nie ratuje wszechświata – recenzja serialu. Multiwersum wygenerowane przez ChatGPT

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Teorię Wielkiego Podrywu znam głównie z fragmentów na mediach społecznościowych. I za każdym razem, gdy mam okazję, to zostaję, by taki fragment obejrzeć sobie do końca. Bo jest interesujący, bo bohaterowie są ciekawi, bo dzieje się tam coś tak dziwnego, iż aż dobrego. Tymczasem spin-off, który wrzuca do miski samych drugoplanowych bohaterów, w ogóle taki nie jest.

Stuart Bloom przypadkowo wywołuje apokalipsę w multiwersum i teraz musi naprawić swoje błędy. Wraz z przyjaciółmi podróżuje przez inne wymiary dzięki maszyny zbudowanej przez Sheldona, Leonarda i Howarda. Pomagają mu w tym jego dziewczyna Denise, przyjaciel Bert oraz fizyk kwantowy Barry Kripke. I to jest w zasadzie najogólniejszy zarys fabuły, ponieważ każdy odcinek skupia się na innym z wymiarów, do którego trafiają nasi bohaterowie.

Stuart nie ratuje wszechświata to po prostu 3,5 godziny średniej jakości materiału. Każdy odcinek jest około 18-minutowym skeczem, który skupia się bardziej na próbie rozbawienia widza niż na zarysowaniu ciekawej historii. A wychodzi mu to na tyle dobrze, iż po seansie całości na palcach jednej ręki wyliczę żarty, które faktycznie były dobre. Humor niestety totalnie do mnie nie trafił i przez większość czasu po prostu nudził.

Nie porwało mnie również światotwórstwo, ponieważ większość pomysłów na wymiary, do jakich trafiają bohaterowie, zwyczajnie nie była dobra. Jeden z nich dosłownie opierał się na tym, iż ludzie w drodze ewolucji wywodzą się od krowy. I fakt, ma to swój potencjał, jednak nie w momencie, gdy cały ten koncept opieramy jedynie na tym, iż ludzie jedzą rośliny i muszą odłykać zjedzone pożywienie. Także przez 18 minut mamy żart zbudowany na dziwnych dźwiękach i ponownym przeżuwaniu. Z drugiej strony, gdy pojawi się jakiś dobry koncept, to ten kwadrans z nawiązką nie wystarczy, by cokolwiek z nim zrobić.

Twórcy serialu w rozmowie z Comic Book Resources zaznaczali, iż nie mogą pozwolić sobie na pełen upust wyobraźni ze względu na budżet. I to niestety widać. W niektórych serialach takie sztuczne efekty specjalne nie przeszkadzają. Ale w serialu, który dosłownie opiera się na koncepcie multiwersum, oczekiwałbym jakiejś minimalnej jakości. Duża część scen kręcona jest w zamkniętych pomieszczeniach, ale chociaż gdy pokazywana nam jest już bardziej wymagająca lokacja, to działają w niej kostiumy i scenografia. Zatłoczone miasta, koszary wojskowe lub wymiary po apokalipsie wyglądają wiarygodnie.

kadr z serialu

W dziewiątym odcinku dochodzimy do momentu, gdy Stuart i przyjaciele trafiają do jednego świata z postaciami DC. Odbywa się tam walka Flasha z Mr. Freezem, podczas której główni bohaterowie chowają się za jednym z samochodów. Stuart wychyla się zza niego i zaczyna streszczać reszcie przebieg pojedynku. Mówi, jakie się tam cudowne rzeczy nie dzieją, iż to wspaniała walka i na koniec dodaje tylko: „szkoda, iż tego nie widzicie”. Ja też żałuję… iż mi tego nie pokazali. Może i miał być to metażart, ale po 9 odcinkach już zrozumiałem, iż jest to mocno niskobudżetowa produkcja. Nie musieli sami tego sobie wypominać.

Cała jakość tej produkcji sprowadza mnie tylko i wyłącznie do jednego wniosku – ten serial wygląda, jakby napisało i wyreżyserowało go AI. Obecność sztucznej inteligencji możemy zobaczyć już w czołówce serialu. Wygląda ona dosłownie jak sklejka wygenerowanych ujęć i „ulepszonych” w programie kadrów z produkcji. Dopiero ostatni odcinek pokazuje nam, co tak naprawdę zagraża multiwersum, ale jednocześnie kończy się on chamskim cliff hangerem. Więc tak naprawdę mogę powiedzieć, iż oglądałem, jak grupa przyjaciół gra w grę planszową, która nie miała instrukcji w zestawie. Nie wiedziałem, co robią, po co to robią, dlaczego uważają, iż postępują słusznie ani dokąd to wszystko prowadzi.

kadr z serialu

Nasi główni „drugoplanowi” bohaterowie nie zaskarbili sobie mojej sympatii. Stuart i Denise nie byli jakkolwiek interesujący, Bert to podręcznikowy comic relief, a co do Kripkego, to mam już kompletny mętlik w głowie. Z jednej strony denerwowało mnie, iż myśli głównie o tym, czego on by tam z dziewczynami nie robił. Z drugiej jednak strony jego arogancja i cięty język tak go wyróżniły na tle reszty, iż chyba to właśnie Kripkego z całej paczki zapamiętam najlepiej.

Także to by było na tyle z mojej chaotycznej burzy myśli. Stuart nie ratuje wszechświata nie jest dobrym serialem. Nie zainteresował mnie historią ani trochę i co odcinek walczyłem sam ze sobą, by oglądać dalej. Wygląda jak zrobiony z AI, z nieciekawymi bohaterami i z jeszcze bardziej nieciekawymi żartami. Serial miał wprawdzie kilka dobrych momentów, ale zdecydowanie nie zasłużył na czyjąś uwagę. Dla kogoś, kto zna Teorię Wielkiego Podrywu, seans może jednak okazać się nieco przyjemniejszym doświadczeniem.


fot. gł.: plakat serialu

Idź do oryginalnego materiału