Stranger Things – recenzja 5. sezonu. Bez fajerwerków

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Serial Stranger Things po 9 latach nareszcie dobiegł końca. Nie był to ekstremalny rollercoaster, jakiego wszyscy mogli się spodziewać. Bracia Duffer wbrew teoriom przygotowali dla nas prosty, spokojny i w dużej mierze szczęśliwy finał.

Poniższy artykuł zawiera spojlery. Dla osób, które nie widziały 5. sezonu Stranger Things, zalecamy wstrzymać się z czytaniem.

W pierwszej części 5. sezonu Stranger Things otrzymaliśmy fundament pod satysfakcjonujące zakończenie całego serialu. Choć część wątków była dość przewidywalna, twórcom udało się wywołać zarówno napięcie, jak i łzy. Natomiast druga część – cóż, kilka się zmieniła. Bracia Duffer popełniali niestety te same błędy, ale również nie brakowało genialnych rozwiązań i decyzji. A najlepszą z nich było zakończenie, które domknęło historie Nastki, Mike’a, Dustina, Lucasa, Willa, Max i innych w naprawdę przyjemny sposób.

Główny zarzut, który wytyka również większość fanów Stranger Things, to mierny scenariusz. Niestety twórcy zagrali bardzo bezpiecznie. Podobnie jak w pierwszej części wydarzenia są do bólu przewidywalne i tylko kilka twistów fabularnych rzeczywiście zadziałało. Równocześnie showrunnerzy ewidentnie obawiali się postawić odważny krok ku większej brutalności. W zasadzie scena ataku demogorgona na dom Wheelerów to najmocniejsza pod tym kątem scena w sezonie. Oczywiście w drugiej części, jak i w finale, nie brakuje takich momentów, ale nie wiążą się z nimi żadne szczególnie druzgocące konsekwencje. Nie pomaga temu także nie zawsze trafiony humor i drętwe dialogi, które ratowało tylko genialne aktorstwo całej obsady serialu.

Ponadto fabuła kolejnych odcinków była dziurawa niczym ser. Pewna niekonsekwencja twórców sprawiła, iż nie odpowiedziano nam na ogrom pytań i pozostawiono je w sferze teorii. Pewne otwarte elementy historii w rzeczy samej nie są problemem, ale tutaj miały one istotny wpływ na logikę i spójność samych wydarzeń. I ten zarzut nie odnosi się jedynie do logiki względem poprzednich sezonów, ale także do spójności w ramach całego 5. sezonu. Za przykład warto wskazać nagłe zniknięcie wątku całego wojska, które bez żadnych konsekwencji puściło wszystkich bohaterów wolno. W tym również jest niedokończony wątek Dr. Kay (Linda Hamilton), której w epilogu ostatniego odcinka po prostu wyparowała.

Najlepszą częścią scenariusza dalszych odcinków Stranger Things był jego koniec. I nie zrozumcie mnie źle, chodzi o trzecią część, czyli finał sezonu i całego serialu. A to dlatego, iż pozwolił poczuć to, czego brakowało przez wszystkie poprzednie odcinki — klimat, stawkę, przyjaźń i D&D.

fot. kadr z serialu

W sieci wybuchł ogromny atak na Netflix wobec domniemanego skrócenia odcinków. Osobiście uważam, iż taka sytuacja nie miała miejsca. W odcinkach 5-7 to showrunnerzy czasem potykali się o własne nogi. Nie sądzę jednak, iż ich decyzje były aż tak złe. Scena coming-outu Willa była naprawdę dobrze napisana, ale okropnie zaplanowana i usytuowana. Odcinek 6. dał nam za to monumentalną emocjonalnie scenę rozstania Nancy i Jonathana, czy też walki Dustina ze Steve’em. choćby obecność Kali miała sens i nie sprawiała wrażenia „upchanej na siłę”.

Mimo kilku problemów bracia Duffer stworzyli emocjonalny finał. Cieszę się, iż całą drugą połowę ostatniego odcinka poświęcono na epilog, na który zasługiwały nie tylko same postacie, ale również aktorzy. Swoje pięć minut dostali zarówno Mike, Will, Lucas, Dustin i Max, ale również Nancy, Jonathan, Steve i Robin. Co więcej, Hopper i Joyce otrzymali happy-end, na który czekali chyba wszyscy. Nie znaczy to, iż pierwsza godzina była zła. Epicka walka Jedenastki z Łupieżcą umysłów i Vecną to wspaniałe widowisko. A moment, w którym Joyce wykańcza Vecnę — po prostu ciarki na całym ciele.

Najpiękniejsze były oczywiście ostatnie minuty, ostatnia gra w D&D całej drużyny. Emocje osiągnęły szczyt, a Heroes Davida Bowie już zawsze skojarzy mi się właśnie z przygodami w Hawkins. Natomiast otwarte zakończenie losów Jedenastki było genialnym rozwiązaniem, które całkowicie mnie zadowoliło.

fot. kadr z serialu

Jak już wspomniałem, aktorstwo w tym sezonie miało fundamentalne znaczenie. Na wyróżnienie zasługuje z pewnością Jamie Campbell Bower, który jako Vecna/Henry Creel dostarczył wielu niepokojących chwil. Równocześnie uwielbiam to, jak rozwinięto jego losy i nadano im głębi, łącząc je z losami Willa. Tym samym Vecna na pewno dołączy do panteonu „kultowych” villaine’ów.

Zaskoczeniem sezonu jest natomiast Nell Fisher jako Holly Wheeler. Odcinki 5-7 dotyczą głównie właśnie tej postaci. Choć nie jestem fanem poświęcenia tyle czasu ekranowego tej bohaterce, aktorka zagrała fenomenalnie do tego stopnia, iż nie mam powodów do narzekania. Stworzyła przeuroczą, wręcz siostrzaną relację z Sadie Sink w roli Max, która realnie podniosła stawkę pokonania Vecny.

Negatywnym zaskoczeniem była niestety Millie Bobby Brown jako Jedenastka. Niestety aktorka nie dość, iż dostała mało przestrzeni na pokazanie swojej gry, to jej choćby nie wykorzystała. Tak naprawdę tylko jej występy w 4. i 8. odcinku mogę zaliczyć do udanych. Przez większość czasu nie widziałem w niej po prostu Nastki, którą znamy. Najprzyjemniej oglądało się relację Millie Bobby Brown z Finnem Wolfhardem, który również aktorsko wyróżnił się dopiero w finale historii.

fot. kadr z serialu

Zauważalny jest także spadek jakości technicznej produkcji. Piąty sezon Stranger Things pod względem efektów specjalnych i zdjęć był chyba najgorszym ze wszystkich. Definicją tego spadku jest dla mnie scena biegu Max, aby wrócić do swoich przyjaciół. Zarówno oświetlenie, jak i komputerowo wygenerowane tło wyglądało po prostu źle. Z drugiej strony ogromny potwór w finalnym odcinku serialu wyglądał niesamowicie realistycznie. Wydaje mi się, iż ta kwestia w dużej mierze podsumowuje cały sezon. To brak balansu — scenariusz, jak i zdjęcia mają swoje dobre i słabe momenty. Których jest jednak więcej? Trudno powiedzieć. Lepiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy można wybaczyć twórcom niefrasobliwość i cieszyć się z tego, co mamy?

Uważam, iż pomimo wszelkich mankamentów bracia Duffer dobrze poradzili sobie z ostatnim sezonem. Nie scenariusz, a emocje i bohaterowie dźwigali ciężar tej historii. To wszystkie relacje sprawiły, iż oglądało się ten serial i ten sezon z przyjemnością, poczuciem nostalgii i względnym realizmem tej historii. Bo to właśnie aktorzy zadbali o to, żeby ich postacie otrzymały zakończenie, na jakie zasługują. Stranger Things to serial o prawdziwej przyjaźni i odwadze, któremu nie brakuje głębi. A finał, który otrzymał, spełnia moje oczekiwania, choć nie jest wymarzonym zakończeniem.


fot. główna: kadr z serialu

Idź do oryginalnego materiału