Stonesi i Bieber. Dla muzyki wiek nie ma znaczenia

angora24.pl 2 godzin temu

Z powodu zapalenia stawów 82-letniego Keitha Richardsa, współkompozytora większości hitów grupy, muzycy nie planują na razie stadionowego tournée, ale nagrywają. Pierwszy efekt ich studyjnej sesji już trafił do sklepów i – jak to bywa u Stonesów – w niecodziennej odsłonie. Ukazała się 12-calowa winylowa płyta tylko z nagraniem „Rough and Twisted” („Ostre i zakręcone”), a jej nakład jest tak skromny, iż tylko pojedyncze egzemplarze trafiły do wybranych sklepów. Grupa wydała ten krążek jako The Cockroaches (Karaluchy). Pod taką nazwą dawała wcześniej okazjonalnie występy w małych salach, żeby przetestować nowy materiał. Wreszcie obwoluta krążka jest biała i nie ma na niej informacji o uczestnikach sesji.

Żeby dodatkowo zagmatwać sprawę, muzycy nie opublikowali cyfrowej wersji nagrania, więc kiedy piszę te słowa, piosenki nie ma w serwisach strumieniowych. Jedynie początek utworu opublikował portal nme.com. W efekcie 11 kwietnia, czyli w dniu premiery, przed sklepami ustawiły się długie kolejki fanów. Ale w każdym punkcie sprzedaży w ofercie był tylko jeden egzemplarz lub najwyżej kilka, więc większość chętnych odeszła z kwitkiem. Sprawa zrobiła nagraniu świetną promocję. Cena wydawnictwa na czarnym rynku prawdopodobnie gwałtownie podskoczy. Spadnie prawdopodobnie dopiero, kiedy Stonesi – już pod adekwatną nazwą – wydadzą zapowiadany 25. studyjny album. Być może też z tym nagraniem, chociaż mówi się, iż promujący płytę singiel będzie nosił tytuł „Mr. Charm”, a na longplayu ma figurować nazwa „Foreign Tongues” („Zagraniczne języki”). Chodzą też słuchy, iż w jednym nagraniu usłyszymy 83-letniego Paula McCartneya, który wystąpił też na longplayu „Hackney Diamonds”, grając na basie utwór „Bite My Head Off”. Czy tak będzie naprawdę, wiedzą prawdopodobnie tylko wspomniany Richards, jego równolatek Mick Jagger (frontman i wokalista Stonesów grający na gitarze i harmonijce ustnej) oraz nieco młodszy od nich, bo „zaledwie” 78-letni, trzeci członek zespołu, gitarzysta Ronnie Wood, który w 1975 roku zastąpił Micka Taylora i wszedł na dobre w jego skład od płyty „Black and Blue” (1976), choć słychać go już w tytułowej kompozycji na longplayu „It’s Only Rock’n Roll” (1974).

Ale dość o weteranach, bo teraz o wykonawcy z przeciwnego bieguna wiekowego. Wprawdzie ma on już 32 lata, ale debiutował jako cudowny 16-latek i takim młodzieniaszkiem pozostał w sercu wielu fanów. Chodzi o kanadyjskiego piosenkarza Justina Biebera, który choćby teraz – 16 lat po debiucie – jest w wieku wnuków Micka Jaggera. A warto o nim wspomnieć na tle właśnie Stonesów, bo zarówno oni, jak i on są w światowej piosenkarskiej czołówce, choć w wielu sprawach, w tym pod względem wieku, zdecydowanie się różnią. Dowód na to, iż popularność artysty nie zależy od tego, ile ma lat, czy od jego estradowego stażu, ale od jakości nagrań, które proponuje słuchaczom, oraz od intensywności, z jaką są one promowane.

Bieber ma nieco mniej nagród Grammy niż Jagger i spółka, bo tylko dwie, ale wysiłek włożony w promocję twórczości jego i Stonesów wydaje się porównywalny. Podczas gdy uradowani sympatycy brytyjskiego zespołu, znanego z hitów „Satisfaction”, „Brown Sugar”, „Honky Tonk Women” oraz wielu innych, wracali 11 kwietnia do domów z cierpliwie wystanym w długich kolejkach jego premierowym singlem pod pachą lub w swoich domach słuchali jedynego na nim nagrania „Rough and Twisted”, Bieber prezentował całą wiązankę swoich przebojów publiczności zgromadzonej przed jedną ze scen kalifornijskiego festiwalu Coachella.

Kanadyjski gwiazdor zaczął występ piosenkami z dwóch najnowszych albumów, wydanych w 2025 roku – „Swag” i „Swag 2”. Piosenki miał dobrze przećwiczone, bo wcześniej dał z nimi intymne występy w dwóch hollywoodzkich salach na 500 miejsc – The Roxy i Troubadour. To rzadkość, żeby tak popularny jak Bieber wykonawca wydał w jednym roku dwa albumy, tym bardziej iż na każdym jest ponad 20 nowych nagrań, a daty ich premier (11 lipca i 5 września) dzieli zaledwie 56 dni. Skąd u niego tyle twórczego natchnienia?

Sprawę przynajmniej częściowo wyjaśnia sposób, w jaki powstają wykonywane przez niego piosenki. O ile dla The Rolling Stones komponuje prawie wyłącznie duet Jagger – Richards, o tyle nad piosenkami Biebera pracuje z nim sztab współautorów. Taki jest ostatnio zwyczaj. Dawniej piosenkę komponował jeden artysta (przykładem Bob Dylan, Billy Joel czy Ian Anderson), a najwyżej dwóch (Lennon – McCartney, Elton John – Bernie Taupin itp.). Tylko okazjonalnie robiło to trzech, a już bardzo rzadko więcej twórców. Teraz pod większością utworów są całe listy nazwisk.

Podobnie z producentami. Stonesi wydawali najlepsze płyty, kiedy pracował nad nimi tylko Jimmy Miller (m.in. „Sticky Fingers”, „Exile on Main Street”). Później Jagger i Richards sami wzięli się do produkcji jako The Glimmer Twins, a ostatnio robi to Andrew Watt. Wyprodukował ich longplay „Hackney Diamonds” i pracuje też przy „Foreign Tongues”. Tymczasem pod każdą z dwóch ostatnich płyt Biebera podpisało się prawie 20 producentów.

Wracając do występu Biebera na festiwalu Coachella, to po piosenkach z nowych płyt był set akustyczny, w którym wokaliście towarzyszyli Carter Lang i Dylan Wiggins. Na koniec Bieber przypomniał kilka swoich utworów (m.in. „Baby”, „That Should Be Me” i „Never Say Never”) w niekonwencjonalny sposób. Wyszukiwał do nich teledyski na laptopie, a następnie przesyłał je na estradowy ekran i przy nich śpiewał. Zatem podobnie oryginalnie, jak postąpili Stonesi z utworem „Rough and Twisted”. Do tego równocześnie, bo koncert Biebera i premiera płyty odbyły się tego samego dnia.

Idź do oryginalnego materiału