STEVE BUSCEMI: – Ta postać ma wiele warstw, granie kogoś takiego daje aktorowi mnóstwo możliwości. MJ podsłuchuje swoich podwładnych, próbując wyłowić z ich rozmów przydatne informacje. Ale jest w tym również zazdrość: widzi łączącą agentów więź i czuje, iż sam pozostaje na uboczu. To wpływa na sposób, w jaki ich traktuje. Rozpaczliwie próbuje zachować resztki szacunku, którym bohater Sama kiedyś go darzył. Jest ich przełożonym, ale coraz mniej znaczy dla nich jego autorytet. Tymczasem jego zwierzchnicy wywierają na niego presję. W takiej postaci wciąż można odkrywać coś nowego. A to ogromna przyjemność dla aktora.
Duet Malkovich i Rockwell jest na ekranie kapitalny. Czy nie był pan zazdrosny o relację kolegów na planie?
John i Sam darzą się ogromną sympatią i szacunkiem, również dla swojej pracy aktorskiej. Myślę, iż w filmie doskonale to widać. Zwłaszcza w scenach samochodowych, które graliśmy wielokrotnie, nieraz po dziesięć minut bez przerwy. Po prostu cieszyli się swoim towarzystwem i ta euforia przenika na ekran. Żeby zrozumieć poziom ich zaangażowania w tę produkcję, trzeba powiedzieć, iż pojechali aż na Wyspę Wielkanocną, żeby zza kadru grać rozmowy telefoniczne. jeżeli o coś można być zazdrosnym, to chyba tylko o tę pasję do zawodu.











