Stawiłem sobie logo

filmweb.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: plakat


Dorastanie w Polsce to mimowolne nasiąkanie pewnym kulturowym językiem: Znachor w Wielkanocny weekend, bezmięsne piątki, lęk przed czarną Wołgą (nawet długo po upadku komunizmu), grillowy savoir-vivre, cytaty z Barei. W tę uniwersalną polskość wpisują się również logotypy Karola Śliwki. Chociaż zwykle umieszczone gdzieś na poznawczych peryferiach jako element codzienności, mimochodem wiążą się ze wspomnieniami. Do dzisiaj pamiętam wielkie, lekko przybrudzone logo PKO na budynku mijanym codziennie w drodze do szkoły czy "serduszko" Instytutu Matki i Dziecka z tyłu reklamowego zeszytu, w którym bazgrałem za dzieciaka. O pamięci związanej z logotypami piszę nieprzypadkowo. "Znaki Pana Śliwki" operują różnymi aspektami wspomnień – pamięcią zbiorową, nostalgią rodzinnych wideopamiętników czy historyczną prawdo-fikcją PRL-owskich kronik – żeby utkać wielopoziomowy, czuły portret człowieka do tej pory przysłoniętego przez jego własne prace.


Dokument Urszuli Morgi i Bartosza Mikołajczyka jest skonstruowany niemal w całości z materiałów archiwalnych. To odważne przedsięwzięcie, bo znacznie ogranicza wątki, wokół których można snuć opowieść. Reżyserski duet wychodzi z tego wyzwania obronną ręką. Tnie, przetasowuje i skleja nagrania w osobliwy filmowy kolaż. Jest w tym coś z praktyk twórczych samego Śliwki, który swoje znaki planował, używając geometrycznych wycinanek – przesuwając i obracając papierowe kształty, aż znalazł idealną formę. Haptyczny wymiar tej pracy znajduje swoje odbicie w montażu. Są tu zabiegi oczywiste jak natłok ujęć skupionych na manualności: dłonie piekarzy formują bochenki, dłonie ceramików rozbijają glinę, dłonie artystów kreślą linie. Są też sztuczki mniej bezpośrednie: okazjonalne ostre cięcia, zabawa z fakturą obrazu, nieidealne stop-motion. Wszystko to składa się na niemal namacalny obraz, podkreślenie rzemieślniczego charakteru sztuki użytkowej.

Jednocześnie w kręgu filmowych zainteresowań wciąż pozostaje nie Śliwka-symbol, ale Śliwka-człowiek. Próżno tu szukać sztampowego studium artyzmu jako neurozy, do jakiego przyzwyczaiły nas filmowe biografie wielkich. Zamiast tego film traktuje rodzinno-towarzyskie relacje Śliwki na równi z jego niesamowitą zdolnością filtrowania rzeczywistości w precyzyjny, znak. Z prywatnych nagrań i autobiograficznej narracji wyłania się człowiek nieidealny, któremu bliżej do sympatycznego dziadka z okolicy niż do marmurowego posągu. Ktoś o wielkim sercu i z olbrzymim poczuciem humoru, ale też pracoholik, dla kariery zdolny odstawić własną rodzinę na drugi plan.


Jest to też w pewnym sensie rozmowa z duchem. Chociaż do głosu dochodzą czasem postronni – żona, córka, Edward Gierek, telewizyjny narrator – większość metrażu zajmuje postać samego Śliwki. choćby wspomnienia jego bliskich poznajemy z perspektywy bohatera – mówią oni prosto do jego własnego kamkordera. Jest to więc opowieść na autorski (prawie) monogłos, a nie gładka polifonia rzewnych wspomnień, pochwał i głosów uznania, do których często sprowadzają się biograficzne dokumenty. Morga pozwala mówić zmarłemu we własnym imieniu, z jednym istotnym wyjątkiem.

Dość prędko okazuje się, iż Śliwka jest człowiekiem, który mimo dumy ze swojej pracy i świadomości własnego talentu nosi w sobie pewien żal. Już w pierwszych minutach seansu usłyszeć możemy, jak deklaruje, iż jest nie artystą, ale rzemieślnikiem. Przecież Artysta to człowiek, który tworzy dla siebie. A on tworzy głównie na zamówienie. Ten żal jest tak silny, iż kiedy przez przypadek zamówi wizytówki z podpisem "artysta-grafik", niedługo później wyrzuci je z poczucia wstydu i niedostateczności. Przekonanie o braku szlachetności sztuki użytkowej będzie wracać jak echo w różnych wspomnieniach Śliwki. To przekonanie też za każdym razem będzie kontestowane przez ekipę reżyserską. Nobilitacja sztuki użytkowej przypomina tutaj trochę egzorcyzm, chęć uświadomienia Panu Śliwce, iż był on artystą absolutnym, takim, którego sztuka ukształtowała narodową rzeczywistość. Jest też w tym coś z zaklinania samej widowni; protestu przed spychaniem rzemiosła do roli jedynie praktycznego powidoku "prawdziwej" sztuki.


"Znaki Pana Śliwki" to też notabene film o Polsce. W życiorysie Karola Śliwki malują się losy kraju. Okupacja to życie w cieniu nazistowskiej agresji i ciągłego zagrożenia. To również okres, który na stałe pozbawi bohatera oka, tak jak metaforycznie zrani cały naród. Później jest Polska Ludowa, gdzie syn rolników może wyjechać na studia artystyczne do stolicy i zostać sławnym projektantem. Prawdzie communist dream, do czasu kiedy nie dogoni nas rzeczywistość opresyjnych instytucji i kruchych siatek zależności. Jest też skąpana słońcem i złotą tintą duchologiczna Polska transformacji: gazowane napoje i sielska zabawa na działeczce, dom wystrojony na sylwestra srebrnymi wstęgami, otwarcie na zachodniość. Jednocześnie rozpad międzyludzkich relacji i rewolucja technologiczna, która spycha rzemiosło do lamusa. Śliwka to człowiek wiecznie kształtowany przez Polskę wielkich zmian i postępu, jego znaki to monumenty, które realizowane są właśnie mimo tych zmian.

Dokumentalna forma stara się dogonić błyskotliwością swojego bohatera. Gra toczy się w końcu o sporą stawkę – ciężka praca uszlachetniania sztuki użytkowej tyczy się nie tylko u podstaw projektowania logotypów, ale i równie często bagatelizowanej sztuki montażu. Czasem udaje się to świetnie. Obraz nie stara się wiernie podążać za dźwiękiem, dwie warstwy często rozstrajają się, tworząc siatkę ciekawych skojarzeń i celnych obserwacji. W najlepszych momentach Franek Kimono spotyka się z zimnowojennymi lękami i propagandowymi filmami PRL-u, żeby opowiedzieć o duchu epoki. W najgorszych momentach za to montaż mierzi toporną dosłownością – jak wtedy, gdy wspominkom o gruźlicy grafika towarzyszą animacje jego projektów w gabinecie rentgenowskim. Jest w tej dosłowności coś ironicznego. Podczas gdy praca Śliwki polegała na odcinaniu co bardziej kanciastych fragmentów rzeczywistości, żeby stworzyć precyzyjny symbol, film poświęcony jego twórczości, każdą swoją myśl wyjaśnia aż w nadmiarze, zbędnie rozdymając własny przekaz.


Ostatnia scena to piękna opowieść o rodzinnej miłości i sile pamięci. Jednym z kluczy, które regularnie przewijały się w Śliwkowych projektach, były ptaki. Te same ptaki regularnie pojawiają się na ekranie w trakcie całego seansu, jako ONZ-etowski znaczek czy dumny bocian w logotypie. Dopiero pod koniec Karol Śliwka we własnej, archiwalnej osobie wspomina ojca, który dzięki jedynie kilku kresek narysował mu ptaszka. Kreski i kropki urastają do roli memetycznego symbolu, łączą cieszyńską wieś z resztą świata. Podobnie, chociaż na mniejszą skalę, dzieje się z samymi "Znakami…". Ten film złożony z posklejanych, często błahych urywków życia codziennego to w końcu idealny hołd dla człowieka, który dzięki pozornie banalnych kątów i krzywych był w stanie zredefiniować cały świat.
Idź do oryginalnego materiału