Oscary zalęknione i odważne
Hollywood o polityce mówi dziś nieśmiało. Kiedyś krytykowało rządy, były apele, głośny sprzeciw. Teraz zamiast protestów są aluzje, i przypinki – symbole solidarności z Palestyńczykami, broszki przeciw działaniom amerykańskich służb imigracyjnych. Oscar już nie krzyczy. Robi tylko aluzje. Jimmy Kimmel, prezenter telewizyjny, którego odsunięto od prowadzenia gali, gdy nie spodobał się Donaldowi Trumpowi, rzucił mimochodem przed odczytaniem zwycięzcy w kategorii film dokumentalny: – Ktoś będzie wściekły, iż jego żona nie została nominowana. Żart dotyczył krążącego właśnie po ekranach kin dokumentu o Melanii Trump. Większość twórców poszła za przykładem gospodarza. Pojawiały się odniesienia do konfliktów zbrojnych, migracji, podziałów społecznych, ale raczej w formie ogólnych stwierdzeń o potrzebie pokoju, empatii, odpowiedzialności. Zdarzyło się tylko jedno dosadne wystąpienie. Hiszpański aktor Javier Bardem przyszedł w smokingu z naszywką „No a la guerra” (Nie dla wojny) i potępił nielegalną wojnę stworzoną przez Trumpa i Netanjahu. Sean Penn zademonstrował swoje polityczne sympatie jeszcze inaczej. Nie pojawił się, by odebrać swoją trzecią statuetkę, nagrodę dla najlepszego aktora drugoplanowego. Uznał, iż ważniejsze jest spotkanie z Wołodymyrem Zełenskim w Ukrainie, której pomaga od początku rosyjskiej inwazji.
