Brak zmarszczek, siwych włosów, problemów z kolanami i ageismu – to wszystko brzmi jak całkiem pozytywna rzeczywistość, prawda? Wydawałoby się, iż życie w świecie, w którym nie doskwierają nam wszystkie "problemy" związane ze starzeniem się, byłoby świetnym rozwiązaniem. Haczyk jest jednak taki, iż czas wcale się nie zatrzymuje: nie jesteśmy nieśmiertelni i po przekroczeniu określonego wieku i tak umieramy – nagle, bez ostrzeżenia.
Taką rzeczywistość przedstawia reżyserka filmu "Czas, który nie nadszedł", Julia Rogowska, dla której jest to również pełnometrażowy debiut. Trzeba przyznać, iż jak na pierwszy film fabularny, kino gatunkowe sci-fi to co najmniej odważny wybór.
Obserwujemy dystopijny świat niedalekiej przyszłości. Większość społeczeństwa – poprzez rozwój technologii – zdecydowała się na kurację antygeriatryczną zapewniającą dożywotnią młodość i stabilne miejsce w nowej rzeczywistości. Natomiast ci, którzy postanowili nie skorzystać z tej "niesamowitej" innowacji, zostają na stałe odsunięci od społeczeństwa i uwięzieni w ośrodku izolacyjnym.
Tego "niestandardowego" wyboru dokonuje Sara (Agata Kulesza). Niestety: zmusza ją to do rozłąki z partnerem, Oskarem (Dobromir Dymecki), który stwierdza, iż woli zredukować ryzyko reumatyzmu i chce zestarzeć się w ciele 40-letniego mężczyzny. Od razu na myśl nasuwa się "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" – ale tak samo jak postać grana przez Brada Pitta, Oskar, pomimo świetnej formy fizycznej, nie może zaznać pełni szczęścia i dożyć spokojnej starości z miłością swojego życia u boku.
Jest to wybór rodem z "Matriksa": weźmiesz niebieską pigułkę, a wraz z nią wygodę i iluzję wiecznej młodości, czy jednak postawisz na czerwoną – rzeczywistość, która, choć nie zawsze usłana różami, daje ci możliwość poznania życia takim, jakim naprawdę jest.
Z tym punktem wyjścia i przedstawieniem świata reżyserka i scenarzystka Małgorzata Piłacińska radzą sobie nadzwyczaj dobrze. Twórczynie traktują widza z dużym szacunkiem, nie wciskając mu gotowych odpowiedzi i pozwalając poznać wykreowany przez nie świat na własną rękę. Nie ma tu chociażby absurdalnej sceny, w której wraz z bohaterami oglądamy wieczorny program informacyjny, w którym na pasku widnieje napis "Breaking news: rewolucyjna technologia zmieni świat!!!". Nie dostajemy jednoznacznego i schematycznego "origin story" kuracji antygeriatrycznej, gdyż w zasadzie nie jest ono ani trochę potrzebne – wszystko wynika ze zgrabnie napisanego scenariusza. Zaskakuje to zwłaszcza w filmie z gatunku sci-fi: bardzo wielu twórców zdecydowałoby się pójść na łatwiznę i prowadzić widza za rączkę na każdym kroku.
Pomimo dystopijnego tonu produkcja nie stroni od humoru i uroczych momentów. Kto by się spodziewał, iż kiedykolwiek usłyszymy Agatę Kuleszę śpiewającą Quebonafide! Tym bardziej iż – bez cienia ironii – to jedna ze wspanialszych scen całego filmu. Komediowego kroku dotrzymuje aktorce świetny Bartosz Bielenia, dając widzom przestrzeń na oddech w tak okrutnym i pełnym absurdu świecie.
Jak na pełnometrażowy debiut jest więc naprawdę dobrze. Wydaje się jednak, iż zarówno Agata Kulesza, jak i Dobromir Dymecki najlepiej w tym filmie działają osobno. Gdy pojawiają się razem na ekranie, trudno uwierzyć w prawdziwość ich uczuć, a tym bardziej wyobrazić sobie ich wspólny wykon "Bubbletea" na dwa głosy. Podobne odczucia mam odnośnie trzeciego aktu filmu, w którym zjeżdżamy z autostrady bezpośrednio w teren zabudowany. I niestety: dotarcie do punktu docelowego (finału historii) wywołuje uczucie zniecierpliwienia i każe kwestionować pewne scenariuszowe wybory – dotyczące między innymi niezbyt interesującego trójkąta miłosnego.
Pomimo tych wad, w filmie Rogowskiej wybrzmiewa to, co najważniejsze. Raczej kilka osób chciałoby żyć w rzeczywistości, w której możliwość spokojnego zestarzenia się z ukochaną osobą zostaje nam odebrana. "Czas, który nie nadszedł" dobitnie uświadamia, iż jest to ogromny przywilej, a nie wyrok. Walka z niedoskonałościami jest zdecydowanie mniej wyczerpująca niż poczucie straty ważnego etapu naszego życia.
Podobnie jak "Substancja" Coralie Fargeat, "Czas, który nie nadszedł" pokazuje nam, iż proces starzenia nie jest niczym złym. To naturalny element życia, którego nie powinniśmy się obawiać i unikać za wszelką cenę. Cierpieć możemy tylko wtedy, kiedy sami go nie zaakceptujemy – właśnie ten brak akceptacji potrafi postarzeć nas najbardziej.
Taką rzeczywistość przedstawia reżyserka filmu "Czas, który nie nadszedł", Julia Rogowska, dla której jest to również pełnometrażowy debiut. Trzeba przyznać, iż jak na pierwszy film fabularny, kino gatunkowe sci-fi to co najmniej odważny wybór.
Obserwujemy dystopijny świat niedalekiej przyszłości. Większość społeczeństwa – poprzez rozwój technologii – zdecydowała się na kurację antygeriatryczną zapewniającą dożywotnią młodość i stabilne miejsce w nowej rzeczywistości. Natomiast ci, którzy postanowili nie skorzystać z tej "niesamowitej" innowacji, zostają na stałe odsunięci od społeczeństwa i uwięzieni w ośrodku izolacyjnym.
Tego "niestandardowego" wyboru dokonuje Sara (Agata Kulesza). Niestety: zmusza ją to do rozłąki z partnerem, Oskarem (Dobromir Dymecki), który stwierdza, iż woli zredukować ryzyko reumatyzmu i chce zestarzeć się w ciele 40-letniego mężczyzny. Od razu na myśl nasuwa się "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" – ale tak samo jak postać grana przez Brada Pitta, Oskar, pomimo świetnej formy fizycznej, nie może zaznać pełni szczęścia i dożyć spokojnej starości z miłością swojego życia u boku.
Jest to wybór rodem z "Matriksa": weźmiesz niebieską pigułkę, a wraz z nią wygodę i iluzję wiecznej młodości, czy jednak postawisz na czerwoną – rzeczywistość, która, choć nie zawsze usłana różami, daje ci możliwość poznania życia takim, jakim naprawdę jest.
Z tym punktem wyjścia i przedstawieniem świata reżyserka i scenarzystka Małgorzata Piłacińska radzą sobie nadzwyczaj dobrze. Twórczynie traktują widza z dużym szacunkiem, nie wciskając mu gotowych odpowiedzi i pozwalając poznać wykreowany przez nie świat na własną rękę. Nie ma tu chociażby absurdalnej sceny, w której wraz z bohaterami oglądamy wieczorny program informacyjny, w którym na pasku widnieje napis "Breaking news: rewolucyjna technologia zmieni świat!!!". Nie dostajemy jednoznacznego i schematycznego "origin story" kuracji antygeriatrycznej, gdyż w zasadzie nie jest ono ani trochę potrzebne – wszystko wynika ze zgrabnie napisanego scenariusza. Zaskakuje to zwłaszcza w filmie z gatunku sci-fi: bardzo wielu twórców zdecydowałoby się pójść na łatwiznę i prowadzić widza za rączkę na każdym kroku.
Pomimo dystopijnego tonu produkcja nie stroni od humoru i uroczych momentów. Kto by się spodziewał, iż kiedykolwiek usłyszymy Agatę Kuleszę śpiewającą Quebonafide! Tym bardziej iż – bez cienia ironii – to jedna ze wspanialszych scen całego filmu. Komediowego kroku dotrzymuje aktorce świetny Bartosz Bielenia, dając widzom przestrzeń na oddech w tak okrutnym i pełnym absurdu świecie.
Jak na pełnometrażowy debiut jest więc naprawdę dobrze. Wydaje się jednak, iż zarówno Agata Kulesza, jak i Dobromir Dymecki najlepiej w tym filmie działają osobno. Gdy pojawiają się razem na ekranie, trudno uwierzyć w prawdziwość ich uczuć, a tym bardziej wyobrazić sobie ich wspólny wykon "Bubbletea" na dwa głosy. Podobne odczucia mam odnośnie trzeciego aktu filmu, w którym zjeżdżamy z autostrady bezpośrednio w teren zabudowany. I niestety: dotarcie do punktu docelowego (finału historii) wywołuje uczucie zniecierpliwienia i każe kwestionować pewne scenariuszowe wybory – dotyczące między innymi niezbyt interesującego trójkąta miłosnego.
Pomimo tych wad, w filmie Rogowskiej wybrzmiewa to, co najważniejsze. Raczej kilka osób chciałoby żyć w rzeczywistości, w której możliwość spokojnego zestarzenia się z ukochaną osobą zostaje nam odebrana. "Czas, który nie nadszedł" dobitnie uświadamia, iż jest to ogromny przywilej, a nie wyrok. Walka z niedoskonałościami jest zdecydowanie mniej wyczerpująca niż poczucie straty ważnego etapu naszego życia.
Podobnie jak "Substancja" Coralie Fargeat, "Czas, który nie nadszedł" pokazuje nam, iż proces starzenia nie jest niczym złym. To naturalny element życia, którego nie powinniśmy się obawiać i unikać za wszelką cenę. Cierpieć możemy tylko wtedy, kiedy sami go nie zaakceptujemy – właśnie ten brak akceptacji potrafi postarzeć nas najbardziej.















