"Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty" to powrót kultowej serii w wersji young adult – recenzja serialu

serialowa.pl 1 godzina temu

W tym roku mija 60 lat od premiery oryginalnego „Star Treka”. W ramach jubileuszu dostaliśmy kolejną odsłonę serii, ale czy „Akademia Gwiezdnej Floty” to tytuł, który wprowadzi ją w nową epokę?

Powiedzieć, iż współczesne odsłony „Star Treka” wzbudzają wśród fanów tego uniwersum mieszane uczucia, to nic nie powiedzieć. Choć twórcy na różne sposoby starali się ożywić wiekową markę i nadać jej nowego oblicza, z najlepszym odbiorem spotkały się dotychczas te próby, które albo bezpośrednio nawiązywały do kultowych tytułów, albo chociaż do ich tradycji. Czy „Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty” coś w tym względzie zmienia?

Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty – o czym jest serial?

Na początek trzeba twórcom oddać, iż tym razem w większym stopniu rzeczywiście spróbowali czegoś nowego. Scenarzystka Gaia Violo („Absentia”) oraz showrunnerzy Alex Kurtzman („Star Trek: Discovery”) i Noga Landau („Nancy Drew”) wypakowali co prawda serial mniejszymi czy większymi odniesieniami do reszty uniwersum, ale jednocześnie ruszyli uzbrojeni w ten oręż na nieznane serii terytorium. Świat telewizji dla nastolatków.

„Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty” (Fot. Paramount+)

Akcja „Akademii Gwiezdnej Floty” (w Polsce serial można oglądać w SkyShowtime, nowe odcinki co tydzień w czwartki) rozgrywa się w przedstawionej po raz pierwszy w „Discovery„, odległej o kilkaset lat od akcji większości seriali osadzonych w uniwersum przyszłości. Historia skupia się na grupie młodych kadetów tytułowej Akademii, pierwszych odkąd ponownie otworzyła ona podwoje po katastroficznym wydarzeniu, które zatrzęsło fundamentami całej Federacji. I jak można się domyślać, nie towarzyszy im wyłącznie w akademickich aktywnościach.

Te stanowią co prawda sporą część serialu, który dzieli czas pomiędzy kampusem w San Francisco, a kosmicznymi wojażami na pokładzie USS Atheny, ale równie dużo albo i więcej miejsca poświęca się tu kwestiom typowym dla wieku dojrzewania. Spodziewajcie się zatem solidnej porcji buzujących hormonów, (nie)zdrowej rywalizacji i innych szkolnych spraw, oczywiście w futurystycznej scenerii. No i z istotną wkładką w postaci dorosłych, na czele z przedstawicielką długowiecznej rasy Lantanitów kapitan Nahlą Ake (Holly Hunter, „Sukcesja”), której ponad 400 lat życiowych doświadczeń przydaje się w roli rektorki muszącej zapanować nad rozpalonymi studenckimi głowami.

Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty nie wie, czym ma być

Sam pomysł sięgnięcia w próbach odświeżenia serii akurat po gatunek young adult nie wydaje się chybiony. W końcu gdzie szukać nowej widowni, jeżeli nie wśród pokolenia Z? Problem „Akademii Gwiezdnej Floty” polega na tym, iż twórcy nie potrafią się do końca zdecydować, jaki adekwatnie serial chcą zrobić. Młodzieżową dramę, w której kosmiczne sprawy stanowią tylko tło dla kwestii obyczajowych? Czy może jednak dość klasyczne sci-fi, w którym wiek bohaterów odgrywa w istocie drugorzędną rolę?

„Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty” (Fot. Paramount+)

W efekcie powstało coś pomiędzy. Serial, któremu jest bez dwóch zdań bardzo daleko do tradycyjnego „Star Treka”, ale zarazem wcale nie jakoś wyjątkowo blisko do produkcji dla nastolatków rodem z CW. Owszem, pełno tu wyjętych z nich żywcem gatunkowych tropów (od pierwszych miłości, przez kontrasty w pochodzeniu dzieciaków z różnych środowisk, po rywalizację ze studentami z konkurencyjnej szkoły), ale twórcy traktują je instrumentalnie, jakby nie chcąc się jeszcze bardziej narazić już i tak ostro wkurzonym w ostatnich latach zatwardziałym Trekkies.

Z kolei ciągłe ukłony ku przeszłości, w rodzaju np. pełnej znajomych nazwisk ściany pamięci w Akademii, czy udziału znanych postaci, jak Jett Reno (Tig Notaro) z „Discovery”, czy Doktor (Robert Picardo) z „Voyagera”, są tu średnio skuteczne i często zbędne. A niestety, oglądając serial (widziałem 6 z 10 odcinków), często odnosiłem wrażenie, iż twórcom bardziej zależy na nich, niż na opowiadaniu własnej historii, którą potraktowali po macoszemu zwłaszcza na początku, gdy trzeba wyłożyć serialową ideologię i zainteresować widza tym, co ma się do przekazania.

Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty wyrasta z klisz

Tymczasem z dwóch pierwszych, dłużących się niemiłosiernie godzin, wyłania się dość nędzny obraz serialu opartego na dwóch lichych fundamentach – startrekowej nostalgii wymieszanej ze schematami produkcji dla nastolatków. Najbardziej uwidacznia się to za sprawą stawianego na pierwszym planie Caleba (w tej roli debiutant Sandro Rosta), trafiającego do Akademii mimo niechęci do Federacji po tym, jak potraktowano przed laty jego matkę (w gościnnej roli Tatiana Maslany z „Orphan Black”). Konia z rzędem temu, kto dostrzeże w tym bohaterze w premierowych odcinkach choć jedną naturalną cechę charakteru wybijającą się ponad umięśnioną sylwetkę i perfekcyjne kości policzkowe.

„Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty” (Fot. Paramount+)

Sztuczność i brak oryginalnych pomysłów twórców kłuje jednak w oczy nie tylko za sprawą Caleba. W gruncie rzeczy wszyscy młodzi kadeci na otwarcie wyglądają bardziej na wygenerowane przez AI scenariuszowe koncepty niż postaci z krwi i kości. Chorobliwie ambitna córka admirała Genesis (Bella Shepard, „Wolf Pack”), uprzywilejowany dzieciak bogatych rodziców Darem (George Hwakins, „Tell Me Everything”) czy wpadająca Calebowi w oko Betazoidka Tarima (Zoë Steiner, „Significant Others”) i reszta stanowią zbitą masę stereotypowych cech i gatunkowych klisz, która składa się na równie mało interesującą i angażującą widza fabułę.

Dobra wiadomość jest taka, iż ten stan nie trwa wiecznie, bo wystarczy, iż twórcy przestaną się koncentrować na generycznych wątkach Caleba, a choćby on sam zacznie być bardziej interesujący. Jeszcze lepiej wypadają natomiast pokojowo nastawiony Klingon Jay-Den (Karim Diané, „Ktoś z nas kłamie”) oraz pochodząca z rasy świadomych i odczuwających hologramów SAM (Kerrice Brooks, „My Old Ass”). Odcinki poświęcone tej dwójce zdecydowanie wybijają się spośród reszty, pokazując, iż w serialu tkwi potencjał na coś więcej i wcale nie trzeba kopać bardzo głęboko, żeby się go doszukać.

Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty – czy warto oglądać?

Bo wbrew pozorom i rzucającym się w oczy słabościom, „Akademia Gwiezdnej Floty” nie jest wcale produkcją złą, a już na pewno nie tak złą, jak sugerowałyby fatalne oceny w sieci, gdzie padła ofiarą review bombingu. Serialowi nie pomaga ani przedmiotowe traktowanie młodych bohaterów, ani pozbawienie historii ich osobistej perspektywy, żeby zrobić miejsce dla dorosłych spraw, ani typowe dla Kurtzmana i jego „Star Treka” rozbuchanie fabularne. Ale to nie tak, iż całość ugina się pod ciężarem własnych wad.

„Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty” (Fot. Paramount+)

Są chwile, szczególnie w premierowych odcinkach, gdy mieszanka starej i nowej formuły zdaje się pomysłem tak wymuszonym, iż od oglądania zgrzytają zęby. Nie trzeba jednak wiele, żeby obrócić tę sytuację w czysty fun – wystarczy np. pozwolić dzieciakom być dzieciakami i zagrać w kosmicznego paintballa. Albo po prostu zatrudnić mających zbyt wysokie kwalifikacje aktorów i patrzeć, jak bawią się rolami. Swoją drogą, jak podobał mi się (w małych dawkach) szarżujący Paul Giamatti w roli pirata Nusa Braki, tak absolutnie nic nie przebije luzu, z jakim Holly Hunter „zasiada” w kapitańskim fotelu USS Atheny.

Wymagacie od „Star Treka” czegoś więcej? Ależ proszę bardzo. Jak już wspominałem, „Akademia Gwiezdnej Floty” czasem wręcz za bardzo polega na nawiązaniach do swoich korzeni, ale gdy twórcy wykorzystują dawne wzorce w odpowiedni sposób, efekty potrafią być więcej niż dobre. Może i metafory są szyte grubymi nićmi, motywacyjne przemowy zbyt pompatyczne, a godzinnym (lub dłuższym) odcinkom dobrze zrobiłoby solidne odchudzanie. Jednak gdy odkopiecie się spod grubej warstwy fabularnego kurzu, dostrzeżecie, iż skrywa się pod nim życie. I kto wie, może choćby z czasem twórcy naprawdę wyruszą tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek serial.

Star Trek: Starfleet Academy – odcinki w czwartki na SkyShowtime

Idź do oryginalnego materiału