Stan Borys – prawdziwej sztuki nie da się zamknąć w jednej dekadzie

magazynvip.pl 2 godzin temu

Są artyści, którzy błyszczą przez sezon, i tacy, którzy zostają na dekady. Stan Borys – piosenkarz, kompozytor, aktor i poeta – należy bez wątpienia do drugiej grupy. 65 lat na polskiej scenie muzycznej i 85 lat życia to liczby, które w branży rozrywkowej brzmią wręcz nierealnie. A jednak w Teatrze Sabat Małgorzaty Potockiej udowodniono, iż to nie tylko statystyka, ale żywa, wciąż poruszająca historia.

Wieczór, który zaczął się od wspomnień

Benefis otworzyła projekcja filmu Iwony Sadowskiej – archiwalne nagrania festiwalowe i prywatne, które w mgnieniu oka przypomniały, jak długą i barwną drogę przeszedł artysta. To był świadomy wybór organizatorek – Anny Maleady, wieloletniej partnerki i menadżerki artysty, oraz Małgorzaty Potockiej. Zamiast zaczynać od wielkich słów, postawiły na obraz. I trudno się z tym wyborem nie zgodzić – archiwalne kadry mówią czasem więcej niż najbardziej wyszukana laudacja.

Gospodyni wieczoru, Małgorzata Potocka, oraz prowadząca całość Anna Will, dziennikarka Polskiego Radia (Jedynka), poprowadziły prawie trzygodzinne wydarzenie z wyczuciem, które pozwoliło zachować balans między emocjami a rozrywką. To nie było łatwe zadanie – benefis trwający blisko trzy godziny musi utrzymać uwagę widza, a jednocześnie oddać sprawiedliwość skali dorobku jubilata.

Muzyka, która nie zestarzała się razem z czasem

To, co najbardziej uderza w historii Stana Borysa, to fakt, iż jego przeboje – „Jaskółka uwięziona”, „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma” (skądinąd nagrana w duecie z Maryla Rodowicz w 1976 roku i do dziś rozpoznawalna niemal przez każdego), „Anna”, „Spacer dziką plażą” czy „Wiatr od Klimczoka” – wciąż potrafią wybrzmieć na nowo. Podczas benefisu utwory te zaśpiewali Justyna Reczeniedi, Grzegorz Wilk i Małgorzata Staniszewska – Margo S., a muzyczną stronę wieczoru poprowadzili Krzysztof Kulbiński, Rafał Sarnecki, Nathan Williams oraz Marek Kościkiewicz.

Nowe interpretacje starych przebojów mogłyby wydawać się ryzykowną decyzją – w końcu fani często przywiązują się do oryginalnych wersji ukochanych piosenek. Ale to właśnie ta reinterpretacja pokazała, iż materiał muzyczny Borysa nie jest zamkniętą kapsułą czasu, a żywym organizmem, który wciąż daje się przekształcać i odczytywać na nowo. To najlepszy dowód na to, iż mówimy o kompozycjach ponadczasowych, nie tylko nostalgicznych.

Słowo jako drugi żywioł artysty

Mało kto pamięta, iż Stan Borys to nie tylko głos i muzyka, ale też poezja. Krzysztof Jasiński, jeden z gości loży honorowej, recytował podczas benefisu wiersze z tomiku „Daleko Donikąd”. To przypomnienie, iż twórczość Borysa – zafascynowanego Cyprianem Kamilem Norwidem, wyznającego taoizm i praktykującego jogę – ma znacznie głębszy wymiar niż tylko estradowe przeboje. Debiutował jako poeta już w 1965 roku w „Nowinach Rzeszowskich”, a jego droga artystyczna od zawsze splatała muzykę ze słowem pisanym.

Laudacje wygłosili Jan Englert, Urszula Dudziak, Jan Pietrzak i Krzysztof Jasiński – nazwiska, które same w sobie stanowią świadectwo, jak szeroko artysta jest ceniony w polskim środowisku kulturalnym. Trudno o lepsze potwierdzenie, iż mówimy o postaci, która przekracza granice jednego gatunku czy jednej dekady.

Publiczność, która przyjechała z całego świata

Wśród gości znaleźli się m.in. Beata Ścibakówna, Ewa Kuklińska, Elżbieta Krajewska, Tadeusz Drozda, Joanna Racewicz, Andrzej Supron z żoną Edytą, Olga Bończyk, Ramona Rey, Aleksandra Kutz, Cezary Pazura, Jacek Borkowski z Jolantą Popławską, Izabela Olejnik, Agnieszka Perepeczko, Paweł Brodowski – redaktor naczelny „JAZZ FORUM”, Andrzej Frajndt z zespołu Partita oraz Adam Sławiński, kompozytor i pianista współpracujący niegdyś z Agnieszką Osiecką. W loży honorowej zasiedli Maria Szabłowska, Zbigniew Krajewski, Tadeusz Deszkiewicz i Krzysztof Jasiński.

To, co szczególnie warte podkreślenia, to fakt, iż część gości przyleciała aż z Nowego Jorku, Kalifornii, Florydy i Chicago. Borys spędził bowiem lata 1975–2004 za granicą – w Chicago, Toronto i Las Vegas – i choć od marca 2020 roku ponownie mieszka w USA, jego związek z Polską i z polską publicznością pozostał nienaruszony. To swoisty paradoks: artysta, który większość swojego życia budował karierę poza granicami kraju, wciąż jest w Polsce traktowany jak jeden z najważniejszych głosów swojej generacji.

Trzeba przyznać – nie każdy dotrwałby do tego etapu

Warto przy tym pamiętać, iż droga Stana Borysa nie była usłana wyłącznie sukcesami. W lutym 2019 roku przeszedł rozległy udar mózgu, a w październiku 2021 roku – zawał serca. Można by się spierać, iż w takich okolicznościach organizowanie trzygodzinnego benefisu jest ryzykowne, wręcz nierozsądne. Ale to właśnie ten kontrast – między kruchością zdrowia i niezłomnością twórczego ducha – nadaje całemu wydarzeniu dodatkowy, poruszający wymiar. Borys nie tylko przetrwał, ale wciąż tworzy, recytuje, śpiewa i inspiruje. To coś więcej niż powrót na scenę – to manifest.

Tort, kwiaty i to, co zostaje po oficjalnej części

Symbolicznym momentem wieczoru był jubileuszowy tort, który wjechał na scenę, kończąc część oficjalną. Później przyszedł czas na to, co często bywa najważniejsze – nieformalne rozmowy, gratulacje, kwiaty i wspólne zdjęcia. To właśnie te chwile, nieuchwycone przez kamery i niewpisane w scenariusz, najlepiej pokazują, jak wiele osób – od legend polskiej estrady do zwykłych fanów – naprawdę docenia to, co Stan Borys wniósł do polskiej kultury.

Za organizację całości odpowiadały Anna Maleady i Małgorzata Potocka, a menadżerką teatru była Beata Trochimuk. To właśnie ich staraniem benefis stał się nie tylko formalnym uhonorowaniem 85. urodzin i 65-lecia kariery, ale też autentycznym świętem – dla samego artysty i dla wszystkich, którzy przez dekady towarzyszyli mu w drodze.

Dlaczego to ważne

Benefisy bywają czasem odbierane jako sentymentalny rytuał, oderwany od bieżącego życia kulturalnego. Ale historia Stana Borysa – od rekwizytora w rzeszowskim teatrze, przez współzałożyciela zespołów Blackout i Bizony, po odznaczonego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” artystę – to przypomnienie, iż warto celebrować twórców, którzy nie boją się być sobą przez całe dekady, niezależnie od mód i trendów.

Jeśli ten wieczór w Teatrze Sabat czegoś uczy, to tego, iż prawdziwej sztuki nie da się zamknąć w jednej dekadzie czy jednym gatunku muzycznym. Warto o tym pamiętać – i warto sięgnąć po twórczość Stana Borysa, niezależnie od tego, czy poznajemy ją po raz pierwszy, czy wracamy do niej po latach.

foto archiwum Anny Maleady: Filip Kurzewski / Małgorzata Iwanicka

Idź do oryginalnego materiału