Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda – recenzja książki

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Ostatnio coraz częściej sięgam po koreańskie dzieła popkultury. Moją uwagę przyciągają nie tylko powieści, ale również filmy i seriale. Jest w nich coś szczególnego, chociażby w sposobie narracji oraz w prowadzeniu czytelnika czy też widza przez historię. Dlatego bez większego wahania sięgnęłam po romans, czyli gatunek literacki, do którego zwykle podchodziłam sceptycznie.

Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda to subtelna, poetycka opowieść o uzdrawiającej sile relacji i miłości po przejściach. Autorka podchodzi do tematu z prawdziwym wyczuciem, zrozumieniem i empatią. Nie wszystko jest wyjaśniane wprost. Nie musi być. Emocje przelewają się przez zachowania postaci, spojrzenia, uczynki, a czasem zwykłe milczenie.

Po serii osobistych porażek Hae-wŏn wraca z Seulu do rodzinnego miasteczka. W poszukiwaniu spokoju trafia do małej księgarni – miejsca, w którym ludzie spotykają się, by rozmawiać o książkach, marzeniach i życiu. Księgarnię prowadzi cichy, introwertyczny Ŭn-sŏp – ich ponowne spotkanie po latach staje się początkiem ciepłej, uzdrawiającej relacji, w której miłość nie potrzebuje wielkich słów.

Uczucie między bohaterami rozwija się powoli i subtelnie. Nie ma tu nagłej eksplozji namiętności, tylko powoli dojrzewające emocje. Romantyczne napięcie budowane jest stopniowo w łagodnych gestach i zwyczajnej codzienności.

Bardzo podobało mi się, jak Hae-wŏn i Ŭn-sŏp czuli się w swojej obecności. Lekkie drżenie serca albo wewnętrzne ciepło, które wywoływała sama obecność drugiej osoby, było miłą odmianą od ekspresyjnych i barwnych opisów, do których przywykłam w innych powieściach. Do tego ich wspólna historia okazała się znacznie bardziej złożona, niż się początkowo wydawało.

Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda to nie tylko romans. To opowieść o relacjach, szukaniu własnej drogi i wybaczaniu. Bohaterów i ich losy poznajemy stopniowo, a więzi pomiędzy poszczególnymi członkami społeczności zawiązują się i rozwijają w spokojnym tempie. Okazuje się, iż czasem, by móc iść dalej, najpierw trzeba się rozliczyć z własną przeszłością.

Niemal od początku jest dla nas oczywiste, iż Hae-wŏn skrywa jakiś sekret. Poznajemy jej historię, ale nie całą, nie od razu. gwałtownie okazuje się też, iż nie tylko ona ma tajemnice, którymi nie chce się dzielić. Niby nie ma w tym nic niezwykłego, każdy z nas ma taką historię lub dwie. Niezwykłe jest jednak to, w jaki sposób autorka ujawnia z czasem poszczególne elementy większej układanki.

Tkana z wyczuciem sieć powiązań i zależności między bohaterami z każdą kolejną stroną coraz bardziej przypomina misterną pajęczynę. Twór jednocześnie delikatny i niezwykle wytrzymały. Skomplikowany, ale warty poświęconego czasu. Miejscami splątany lub rozerwany, ale wciąż do naprawienia, choćby jeżeli nowy wzór nie będzie już taki sam jak wcześniej.

Książka ma ciekawą formę. Wydarzenia przedstawiane są na zmianę z perspektywy Hae-wŏn oraz Ŭn-sŏpa. W pierwszym wypadku narracja jest trzecioosobowa. W drugim zaś mamy do czynienia z czymś w rodzaju prywatnego dziennika.

Z początku myślałam, iż są to wpisy z bloga księgarni, którą prowadzi Ŭn-sŏp. Jednak każdy kolejny czytany fragment stawał się coraz bardziej osobisty. Bohater miał też w zwyczaju pisać w taki sposób, jakby po drugiej stronie miał realnych czytelników. Na koniec serii wpisów okazywało się jednak, iż były to prywatne wiadomości wysłane na blogu, co było dość mylące.

Kolejną rzeczą, która wywołała we mnie co najmniej zakłopotanie, okazał się koszmarny dobór słów w najgorszym możliwym momencie. Zdaję sobie sprawę z różnic kulturowych i faktu, iż w Korei mówienie do starszych osób per „ciociu” i „wujku” jest całkowicie normalne. Autorka jednak tak niefortunnie wprowadziła to zdanie do historii, iż przeraziła mnie wizja możliwego pokrewieństwa pomiędzy kochankami. Pokrewieństwa, którego tam, na szczęście, nie było, ale sama myśl, iż to możliwe, popsuła mi odbiór całości.

Podsumowując Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda to przepiękna, spokojna historia, chociaż momentami bywa chaotycznie. Przez sporą część książki nie byłam pewna, czy wpisy Ŭn-sŏpa są całkowicie prywatnymi wiadomościami, które wysyłał sam do siebie, czy może ich część faktycznie była publikowana na blogu. o ile taki był zamysł, to nie wypadło najlepiej. Za to relacje między bohaterami i powoli budowane napięcie były czymś wspaniałym.


Autor: Lee Do-Woo
Tłumaczenie: Jeong In Choi, Filip Danecki
Wydawca: W.A.B.
Premiera: 11 luty 2026 r.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Stron: 416
Cena katalogowa: 46,99 zł


Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem W.A.B. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne – kolaż (W.A.B.)

Idź do oryginalnego materiału