SpongeBob: Klątwa Pirata – recenzja filmu. Najlepsza część podwodnych przygód?

popkulturowcy.pl 1 dzień temu

SpongeBob to postać zdecydowanie ponadczasowa. Podwodne przygody Roberta Gąbki wychowały niejedno pokolenie i po dziś dzień wiele osób z przyjemnością wraca do Bikini Dolnego.

SpongeBob ma jednak jeden znaczący problem. Wraz z kolejnymi latami serial stopniowo tracił na wartości, a w momencie, gdy zmarł twórca podwodnego świata – Stephen Hillenburg, produkcja zmieniła się niemal nie do poznania. Zamiast przemyślanych, moralizujących przygód opowiadanych z humorem, seria zaczęła skręcać w stronę totalnego absurdu. Podobny los spotkał większość filmowych produkcji z tego uniwersum, które rzadko spotykały się z entuzjastycznym odbiorem. Nic więc dziwnego, iż zapowiedź SpongeBob: Klątwa Pirata nie wzbudzała większych nadziei. Tym bardziej zaskakuje fakt, iż najnowsza przygoda SpongeBoba jest jedną z najlepszych opowieści z Bikini Dolnego od lat. To historia przemyślana, z morałem i pełna humoru znanego z najlepszych okresów serii.

Fabuła opiera się na prostym, ale nośnym pomyśle: SpongeBob osiąga „odpowiedni wzrost” i staje się „wielki”. Dorosłość zostaje tu sprowadzona do fizycznego wymiaru – większe ciało oznacza większe możliwości. Dzięki temu SpongeBob i Patryk mogą wreszcie wziąć udział w przejażdżce ekstremalnym rollercoasterem, wcześniej zarezerwowanym tylko dla dużych. Okazuje się jednak, iż atrakcja jest zbyt przerażająca dla SpongeBoba, do którego po raz pierwszy dociera, iż bycie dorosłym może nie być tym, czego się spodziewał.

Tutaj pojawia się Pan Krab, który, opowiadając historię ze swojej młodości, tłumaczy SpongeBobowi, iż bycie dorosłym nie polega na osiągnięciu odpowiedniego wzrostu, ale na zdobyciu konkretnych cech, takich jak odwaga czy męstwo. Opowieść wieńczy pokazaniem swojego pirackiego certyfikatu dorosłości – przedmiotu symbolicznego, absurdalnego, ale też idealnie pasującego do świata SpongeBoba. To właśnie wtedy bohater decyduje, iż chce stać się prawdziwym dorosłym, co prowadzi do głównej fabuły filmu – przygody w odludnym, pełnym potworów Pod Bikini.

Od strony animacyjnej film wypada bardzo dobrze. Twórcy sięgają po znany już z poprzednich produkcji styl przypominający plastelinową animację – miękką, zdeformowaną i celowo przesadzoną. Dynamiczna praca kamery, liczne ujęcia z boku i pomysłowe przejścia między scenami sprawiają, iż całość jest wizualnie żywa i niemal nieustannie w ruchu. Do tego dochodzą charakterystyczne, memiczne pozy bohaterów, które wyglądają jak świadome puszczanie oka do internetowej społeczności.

fot. kadr z filmu

Humor filmu bywa nierówny. Obok bardzo prostych, momentami wręcz głupich żartów pojawiają się gagi, które bez problemu trafiają również do dorosłego widza. Dużą rolę odgrywa także muzyka – piosenki i remiksy znanych motywów skutecznie napędzają narrację. Czuć to zwłaszcza w drugiej połowie filmu, gdzie tempo wyraźnie rośnie, a całość nabiera energii typowej dla SpongeBoba.

Na uwagę zasługują też postacie. Są napisane zaskakująco dobrze, z wyraźnymi celami i charakterami. choćby Patryk, mimo swojej skrajnej głupoty, pełni istotną rolę – nieświadomie chroni swojego druha. Oprócz tego też, co najważniejsze, pokazuje, jak istotna jest obecność przyjaciela u boku. Natomiast Pan Krab, zwykle motywowany jedynie własnym interesem, tym razem zmienia zupełnie swoje podejście i stara się zrobić wszystko, by ocalić SpongeBoba. Film dba o to, by każdy miał swoje miejsce w historii i wychodzi mu to znakomicie.

Latający Holender, któremu głosu użycza Mark Hamill, to jedna z jaśniejszych gwiazd produkcji. Niestety w Polsce nie doświadczymy jego głosu, nad czym niezwykle ubolewam. W polskiej wersji głosu pirata użyczył za to Cezary Kwieciński, który równie dobrze poradził sobie z tą rolą. Sama postać Latającego Holendra przez większość filmu bawi – pirat wydaje się typowym antagonistą w przebraniu, ale w momencie, gdy przychodzi moment jego triumfu, widz może poczuć… lekki smutek.

Fani serialu mogą nieźle się zaskoczyć, bo film zmienia historię Holendra sprzed lat na potrzeby własnej opowieści. I paradoksalnie wychodzi mu to bardzo dobrze. Po latach klątwy Holender odzyskuje człowieczeństwo. Kiedy w końcu może spełnić swoje najskrytsze marzenia, nie wybiera on władzy nad siedmioma morzami czy zemsty, lecz… wakacje w Santa Monica. Jego wybór niezwykle zaskakuje, ale także pokazuje, iż nie jest on zły do szpiku kości, a jedyne, czego pragnął, to wolność. I tutaj pojawia się mój największy zarzut do SpongeBob: Klątwa Pirata.

fot. kadr z filmu

Finał jest bardzo prosty, wręcz banalny. Rozwiązanie klątwy, które bohaterowie znajdują zapisane małym druczkiem, to pomysł, który może zirytować. Z drugiej strony, jakoś wpisuje się to w konwencję SpongeBoba. Jest zabawne i w pewien sposób sensowne, jak na animację skierowaną do młodszego odbiorcy – choć trudno nie odnieść wrażenia, iż można było je nieco bardziej rozwinąć. Zwłaszcza jeżeli chodzi o Holendra, który mimo swoich oczywistych antagonistycznych zapędów nie zasłużył na wieczne potępienie.

SpongeBob: Klątwa Pirata to produkcja, która doskonale rozumie dziedzictwo SpongeBoba. Fabuła ma sens, tempo akcji jest dobrze wyważone, a całość prowadzi do lekcji o wartości przyjaźni i byciu sobą. W mojej opinii to jeden z najlepszych filmów o SpongeBobie. Może nie najbardziej ambitny, a momentami wręcz zbyt prosty, ale szczery, spójny i zaskakująco świadomy tego, iż dorosłość wcale nie polega na rezygnacji z baniek mydlanych.


fot. główna: kadr z filmu

Idź do oryginalnego materiału