Tytuł najnowszego tomu Szczepana Kopyta (WBPiCAK, 2025) ustawia nas w bardzo konkretnej, choć niewygodnej sytuacji. Riddim to jamajski podkład, szkielet utworu, pętla. Stypa to rytuał pożegnania. Jesteśmy więc w zapętleniu żałoby po systemie, który, paradoksalnie, nigdzie się nie wybiera. Neoliberalizm w wierszach poety to nieboszczyk, który wciąż zarządza naszym czasem, ciałami i językiem, a my tańczymy na jego grobie taniec przypominający coraz bardziej mechaniczne drgawki.
Bębny zamiast serca
Muzyczność frazy Kopyta zawsze była jego znakiem rozpoznawczym, ale w tym tomie zmienia ona swój charakter. Nie ma tu punkowej dynamiki, jest raczej dubowy ciężar. Wiersze pulsują od bębnów, „gitar leżących na ulicach” i wzmacniaczy, jednak całe to instrumentarium nie służy zabawie. W Długich falach czy Jaskini jasana rytm jest narzędziem przetrwania, biologiczną funkcją, która podtrzymuje przy życiu, gdy świat „płonie i tonie”.
Autor Buchu zdaje się mówić: kultura nie jest ucieczką. W wierszu gitary czytamy o sprzęcie porzuconym jak czołgi w lesie. To mocny obraz wyczerpania się pewnej formuły kontrkultury. Muzyka, zamiast nieść rewolucję, staje się tłem dla „ewakuowania w pośpiechu”.

Szczepan Kopyt „Riddim na stype neolibu”, Wydawnictwo WBPiCAK
gitary
nie potknij się
gitary leżą na ulicach
jak porzucony gęsto arsenał
który błyszczy w promieniach porannego słońca
w mieście pokonanym ewakuowanym w pośpiechu
jesteśmy naiwni jakby to był wietnam
nasz mit kazał nam zwątpić w siłę
choć po akcji w ambasadzie w teheranie wiemy
ile potrafi ruch studencki i obywatelski
wzmacniacze ogromnej mocy stoją nieużywane
fabrycznie nowe w magazynach i z bliznami od walk klubowych
przyczajone jak gady w terenie porzucone czołgi żuczki
w lesie który wyrósł po ataku głowicą jądrową
wróćmy do wątku rewolucji w muzyce
powstać
połączyć na sposób centralno-demokratyczny
poinstruować technicznie w zakresie rytmu i swobód
dokonać skoordynowanego masowego wywłaszczenia i ataku
na sieć energetyczną ostrymi riffami i sprzężeniem zwrotnym
pod trakcją strun pulsującym świetlistym vibrato nony w akordzie
przytrzymywanym przez kciuk oparty o wilgotne zarośla amazonii
na tej nie do końca nawet
kulce
kołysać się
i kręcić się
o tak
na gruzach gazy
na gruzach zachodu
na gruzach imperialistycznych ideopraktyk
gitary w rękach ofiar imperializmu przestery
pod stopami małych powstańców z kopalń
szwalń wysypisk toksycznych pól i fabryk mikrofony
zbierające krzyki buntowniczek zamkniętych w obozach pracy
zamienionych w kluby muzyczne i galerie rytm
jak wyjście z foremki widzenia siebie-ciała
w logice towarowej
bębny
odpoczynek przyrody
bębny
stwarzać sytuacje które każą zadawać pytania
bębny
na które odpowiedzią jest zmiana
bębny
gitary rewolucyjne myśli w książkach rozmowach i akcjach
bębny
podobno robota w narracji choć nuda
bębny
transcendencja w immanencji i inne fetysze sceny
bębny
bas i gitary
w każdym razie głośno
Przeciwko estetyzacji (i Zagajewskiemu)
Jednym z bardziej dyskutowanych tekstów z tego zbioru będzie prawdopodobnie nie próbuj opiewać okaleczonego świata. To otwarte, wręcz brutalne przeformułowanie słynnego wiersza Adama Zagajewskiego. Kopyt odrzuca metafizyczne pocieszenie i estetyzację cierpienia.
„Twojego pienia nie chcą słuchać matki / zabitych dzieci ani dzieci zabitych matek”,
pisze wprost, wskazując na niestosowność szukania piękna w obliczu realnej krzywdy, wojen o zasoby czy ludobójstwa.
Dla Kopyta „dwuznaczność moralna tego świata” nie jest głęboka – jest po prostu wygodna dla tych, którzy nie chcą wybierać. Wzywając: „lepiej milcz”, poeta stawia pytanie o etyczną odpowiedzialność literatury. Czy wiersz ma prawo być tylko piękny, gdy służy za parawan dla „twardego rdzenia faszyzmu”? To retoryka ostra, momentami publicystyczna, ale w kontekście całego tomu, po prostu spójna.
Gorzka diagnoza własnego podwórka
Najciekawiej robi się jednak tam, gdzie wiersz poety kieruje ostrze krytyki w stronę własnego środowiska. Wiersz tytułowy, riddim na stypie neolibu, to rachunek sumienia lewicowego aktywizmu i świata sztuki.
„To nie my zadaliśmy śmiertelny cios / żadna z wielotysięcznych demówek / żaden wiersz zin żaden glitch”
– wylicza.
To moment trzeźwienia. Okazuje się, iż „drżenia habilitowanych rączek” (z wiersza Koszty) i uniwersyteckie dyskursy nie zatrzymały walca historii. Kopyt punktuje bezlitośnie:
„nadal kitramy się w cieniu i palimy zielsko / by wytrzymać tę imprezę”.
Jest w tym zmęczenie materiału, przyznanie się do bezsilności, ale też odmowa dalszego oszukiwania się. W wiersz to wyzwanie więc wyzywam (guided meditation) dostaje się z kolei korporacyjnemu well-beingowi i szukaniu zbawienia w diecie pudełkowej i bezcelowej turystyce. Satyra Kopyta jest tu celna, bo obnaża mechanizm zastępowania zmiany systemowej zmianą stylu życia.
Spluwy z papieru
W tomie powraca figura kruka – milczącego świadka, może alter ego, a może po prostu symbolu padlinożercy, który jako jedyny zyska na tym upadku. „Kruk nie patrzy”, czytamy. Kruk jest obecny, ale nie przynosi nadziei.
Kopyt w Riddimie… operuje konkretem, wrzuca do wierszy nazwiska (Luigi Mangione w pizza da luigi), reaguje na newsy. To sprawia, iż tom jest mocno osadzony w czasie – w 2025 roku – co jest jego siłą, ale i ryzykiem. Niektóre frazy mogą zestarzeć się szybciej niż papier, na którym je wydrukowano. Ale może o to właśnie chodzi? O spluwy z brystolu (tytuł jednego z wierszy), broń jednorazowego użytku, nietrwałą, ale w danym momencie konieczną.
Riddim na stypie neolibu to książka duszna, pozbawiona złudzeń i momentami celowo szorstka. Szczepan Kopyt nie próbuje nas uwieść ani pocieszyć. Daje nam za to rytm do maszerowania (lub kuśtykania) przez świat, w którym „poglądy żółkną i opadają”, a jedyne, co nam pozostało, to „jedzenie gówna” i patrzenie władzy na ręce. choćby jeżeli ta władza to tylko my sami, przeglądający się w lustrze.










