— Spadaj stąd!!! Mówię ci – idź, już! Czego się tu kręcisz?! — Klaudia Matejówna z hukiem postawiła na stole, pod rozłożystą jabłonią, wielki półmisek z gorącymi pierogami i popchnęła sąsiadującego chłopaka. — No, won mi stąd! Kiedy twoja matka w końcu zacznie cię pilnować?! Nicpoń! Chudy jak patyk Szymek, znany wszystkim tylko pod pseudonimem „Konik”, rzucił spojrzenie na ostrą sąsiadkę i powlókł się w stronę swojego ganku. Ogromny, przedwojenny dom podzielony na kilka mieszkań, był tylko częściowo zamieszkany. Na co dzień bytowały tu w zasadzie dwie i pół rodziny: Pakotowscy, Siemieniowie oraz Karpenkowie — Kasia z Szymkiem. Ostatnia dwójka była właśnie tą symboliczną „połówką”, na którą nikt nie zwracał większej uwagi i wolał udawać, iż ich nie ma, dopóki nie nastąpiła nagła potrzeba. Kasię nikt nie traktował poważnie, uważało się ją za nieistotną — jakby była niewidzialna. Poza synem Katarzyna nie miała nikogo. Ani męża, ani rodziców. Sama radziła sobie, jak umiała. Patrzono na nią krzywo, ale w zasadzie nie dokuczano, no, może czasem przegnano jej Szymka, który z racji wychudłych, długich rąk i nóg oraz dużej głowy zwany był „Konikiem”. Konik był niewyjściowy, strachliwy, ale niezwykle serdeczny. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka — natychmiast pocieszał, za co często dostawał reprymendę od matek, które nie życzyły sobie, by ich pociechy zbliżały się do tego „Straszydła”. Kim jest Straszydło, Szymek długo nie wiedział. Dopiero, gdy mama podarowała mu książkę o Dorotce (przygody dziewczynki z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”), pojął, skąd przezwisko. Nie obraził się jednak. Uznał nawet, iż skoro inni mu tak mówią, to znaczy, iż znają bajkę i wiedzą, iż Straszydło było dobre, mądre i odważne — takim chciał być. Kasia nie poprawiała syna w tych poglądach. Uznała, iż nie ma nic złego, jeżeli dziecko myśli lepiej o ludziach niż są w rzeczywistości — świat i tak go później nauczy, ile jest w nim zła. Niech cieszy się dzieciństwem… Swojego syna Kasia kochała bez granic. Wybaczyła ojcu Szymka jego nieroztropność i zdradę, sama poniosła swój los na ramionach już w szpitalu i zgromiła położną, gdy coś niepochlebnego rzuciła o wyglądzie chłopca. — Nie przesadzajcie! Mój syn jest najpiękniejszy! — Nikt się nie kłóci! Ale mądry przecież z niego nie wyrośnie… — Jeszcze zobaczymy! — Kasia głaskała twarzyczkę syna i płakała. Dwa lata bezustannie woziła Szymka po lekarzach. Załatwiała sprawy, chodziła do miasta starą busem, tuląc synka mocno do siebie. Współczujących spojrzeń nie dostrzegała, a na każdą „dobrą radę” zamieniała się we wściekłą wilczycę: — Tego swojego oddaj do domu dziecka! Nie? No to mnie nie mów, co mam robić! Do drugiego roku życia Szymek wyrównał, przytył, a w rozwoju kilka ustępował rówieśnikom. Urodziwy nie był, to pewne. Duża, lekko spłaszczona głowa, cienkie rączki-nóżki i chudość, z którą Kasia walczyła, ograniczając sobie wszystko, by jemu dać to co najlepsze. To odbiło się na jej zdrowiu, ale Szymkowi niemal przeszły wszystkie kłopoty — lekarze przestali się nim niepokoić. — Takich matek na palcach policzyć! Dziecku groziła niepełnosprawność, a teraz patrzcie na niego! Bohater! — mówili. — To nie o Szymka, Kasiu, tylko o tobie! Ty jesteś wzorem! Ona wzruszała ramionami — czy matka nie powinna po prostu kochać dziecka? To nic bohaterskiego, tylko naturalne. Kiedy Szymek szedł do pierwszej klasy, już czytał, pisał i liczył, choć z lekkim jąkaniem, co zamazywało nieco jego zdolności. Nauczycielka często przerywała mu i przekazywała innym dzieciom czytanie na głos, narzekając potem w pokoju nauczycielskim, iż z Szymkiem trudno wytrzymać przy tablicy. Szczęśliwie, długo nie uczyła — gwałtownie wyszła za mąż i odeszła, a w klasie pojawiła się pani Maria Ilkówna. Pani Maria, nauczycielka z powołania, gwałtownie rozpoznała w Koniku nieprzeciętną wrażliwość. Porozmawiała z Kasią, skierowała Szymka do logopedy, a zadania poleciła oddawać na piśmie. Chwaliła: „Jak pięknie piszesz, Szymku!”. Szymek rozpromieniał się przy tych słowach, a Maria Ilkówna zawsze czytała jego prace na głos, podkreślając, jaki jest zdolny. Kasia płakała z wdzięczności i bez końca chciała dziękować nauczycielce, ale ta stanowczo odmawiała: — To moja praca! Masz wspaniałego syna! Konik biegł na lekcje z taką radością, iż aż sąsiedzi się śmiali: — O, nasz Konik pogalopował! To i my już chyba do roboty! Ech, natura, jak mogła tak skrzywdzić dziecko… Po co ona go w ogóle zostawiła? Co myślą o niej i Szymku sąsiedzi, Kasia wiedziała. Ale nie kłóciła się — przecież jak Bóg nie dał komuś serca, żaden człowiek go nie nauczy być ludzkim. Po co się zadręczać, skoro można zrobić coś pożytecznego — zasadzić nową różę albo upiększyć dom. Podwórze, na którym pod każdym oknem kwitły rabatki i mały sad na tyłach ogródka, nikt nie ogradzał. Powszechne było niepisane prawo — kawałek ziemi przy ganku to „teren” tej właśnie rodziny, która miała tam wejście. Kąt Kasi był najpiękniejszy. Kwitły tu róże i ogromny bez, a schody wyłożone były mozaiką z potłuczonych kafelków — zdobytych od dyrektora miejscowego domu kultury. Z tej „bezwartościowej sterty” kawalątek po kawałeczku Kasia układała swój wzór tak długo, aż schody stały się cudem, na który zaglądała cała okolica. — No popatrz no tylko! Toż to istny majstersztyk! Dla Kasi jednak największą nagrodą były słowa syna: — Mamo, jak tu pięknie… Szymek wodząc palcami po pachnących świeżością kawałkach kafelków, był szczęśliwy, a Kasia znów płakała — on ma tak kilka powodów do radości… Czasem pochwała w szkole, czasem matczyny uścisk i smakołyk — ot, całe szczęście. Konik był samotny — chłopakom nie dorównywał w bieganiu, a wolał czytać niż grać w piłkę. Dziewczyny nie pozwalały mu się zbliżać, zwłaszcza sąsiadka Klaudia, która miała trzy wnuczki — pięć, siedem i dwanaście lat. — Ani się waż do nich zbliżać! — straszyła go pięścią. — To nie dla ciebie dziewczynki! Co siedziało w kręconej od trwałej głowie Klaudii, nie wiedział nikt. Kasia Szymkowi nakazywała nie mieszać się w jej sprawy i trzymać się z daleka od babci i jej wnuczek. — Po co ją denerwować? Jeszcze się rozchoruje… Konik przyznał rację i trzymał się z dala od sąsiadki. choćby tego dnia, gdy Klaudia szykowała się do święta, po prostu przechodził obok — nie szukał towarzystwa. — O mój Boże, grzechy moje ciężkie… — westchnęła Klaudia, przykrywając półmisek wyszywanym ręcznikiem.— Zaraz powiedzą, iż jestem skąpa! Poczekaj-no! Z łaski wybrała kilka pierogów i podbiegła do chłopaka. — Masz! I żeby cię tu we dworze nie było! Święto mamy! Siedź spokojnie u siebie, aż matka z pracy wróci, rozumiesz? Szymek skinął głową i podziękował za pierogi. Ale Klaudia już nie patrzyła — na urodziny najmłodszej i ukochanej wnuczki, Swietłanki, miał się zjawić tłum gości! Syn sąsiadki, cherlawy Szymek–Konik był zupełnie zbyteczny! Po co dzieci straszyć tym wyłupiastym? Jeszcze spać nie będą! Kiedyś już odmawiała sąsiadce opieki nad nim: — Kasiu, po co ci dziecko?! Drogi mu nie ukażesz. Zmarnieje albo zginie pod płotem! — Widziała mnie pani choć raz z kieliszkiem? — Kasia się nie dawała. — To nic nie znaczy! Przy takim losie — nie zaznasz niczego! Ty, i dziecko, nie masz nikogo! Nie wiesz, co to być matką! Nie nauczono cię! Po co mu się męczyć? Oddaj póki czas! Od tego czasu Kasia się z Klaudią nie witała. Przechodziła obok dumnie niosąc swój wielki, niezgrabny brzuch, choćby nie zerkała. — I po co się gniewasz? Ja ci dobrze chcę! — kręciła głową Klaudia. — A to dobre! Mi pani współczucia nie potrzeba! Mam swoją radość! — odpierała Kasia, głaszcząc brzuch i szepcząc do nieznanego jeszcze Konika: — Nie bój się, maluszku! Nikt cię nie skrzywdzi! Co mu się przydarzy, Szymek mamie nie opowiadał. Chronił ją. Sam płakał w kącie, gdy mocno go skrzywdzono — nie chciał, by mama się martwiła. Obraza gwałtownie przechodziła, bo łatwiej żyć bez żalu do ludzi… Kochał czas, bo wiedział, iż nic nie jest cenniejsze. Był już duży i Klaudii się nie bał, ale choćby jej nie lubił — uciekał od jej złości i jadowitych słów. Gdyby zapytała, co o niej myśli, bardzo by się zdziwiła. Szymek jej współczuł. Tak szczerze, po swojemu. Żal mu było tej kobiety, która traciła swoje chwile na złość. Bo dla niego cenniejsze były sekundy. Wiedział, iż czasu nigdy nie da się cofnąć… …Siedząc na parapecie i żując pieroga, Szymek patrzył na bawiące się na łące wnuczki Klaudii i inne dzieci, które przyszły świętować urodziny Swietłanki. Jubilatka w różowej sukience wirująca jak motyl była dla Szymka niemal bajkową wróżką — tak ją sobie wyobrażał. Po chwili ochota gry przeniosła się do starej studni — tam łąka była większa. Szymek pobiegł do sypialni matki, bo z jej okna najlepiej było widać okolicę. Z zachwytem śledził harce, aż się nie ściemniło. W pewnym momencie z oczu zniknęła różowa plamka — Swietłanki nie było! Zrozumiał od razu — coś się wydarzyło przy studni… Pobiegł na ganek i po chwili już pędził na podwórze, nie słysząc choćby wrzasków Klaudii, iż zabroniła mu wychodzić. Dzieci nie zauważyły nieobecności Swietłanki. Szymek dopadł do krawędzi studni i spostrzegł w głębi odbłysk jasnej sukienki. Krzyknął: — Przytul się do ściany! Położył się na brzegu, zsunął do środka, raniąc brzuch o gnijące belki, i zanurkował w ciemność. Wiedział, iż Swietłanka nie umie pływać — nie raz próbował na miejskim kąpielisku nauczyć się razem z nią, ale tylko on pływać się nauczył. Teraz nie było czasu myśleć — w studni liczyła się każda minuta. — Nie bój się, jestem tu! — objął ją, jak nauczyła mama, i starał się krzyczeć o pomoc. Po chwili zorientowała się babcia, a zaraz przyleciała Kasia wracająca z pracy. Zaalarmowani goście pomogli, zawiązali linę, a Kasia spuściła się na dół i wyciągnęła Swietłankę. Szymka nie mogła dojrzeć — szukała go w ciemnościach, w końcu wyciągnęła z wody, zanosząc modlitwę, by syn żył… Szymek przeżył, choć musiał spędzić dwa tygodnie w miejskim szpitalu. Swietłankę wypisali wcześniej. Po kilkunastu dniach Szymek wrócił do domu — już jako bohater. Wszyscy byli pod wrażeniem. choćby Klaudia Matyjówna przyszła i wtuliła się w chłopca, wołając: — Dziecko kochane! Gdyby nie ty… Oddam ci wszystko, czego zechcesz! — Po co? — wzruszył ramionami Szymek. — Tylko zrobiłem, co trzeba. Jestem przecież chłopakiem, nie? Klaudia, nie wiedząc, co powiedzieć, przytuliła chłopca jeszcze mocniej. Nie wiedziała, iż „Konik”, ten wychudzony Szymek, za kilka lat wyciągnie spod ostrzału wojennego samochód pełen rannych, a potem już jako lekarz — będzie, nie rozróżniając, kto swój, pomagał wszystkim, którzy po ludzku błagali o ratunek. — Dlaczego to robisz, skoro sam doświadczyłeś tyle nieżyczliwości? — pytano go potem. — Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. To jest adekwatne! — odpowiadał. *** Drodzy Czytelnicy, Matczyna miłość rzeczywiście nie zna granic. Katarzyna, mimo wszelkich trudności i uprzedzeń otoczenia, bezwarunkowo kochała swojego syna. Jej poświęcenie i wiara pozwoliły mu rozwinąć się i stać wrażliwym, wartościowym człowiekiem. To prawdziwa lekcja niepokonanej siły rodzicielskiej miłości. Prawdziwy bohater — to ten w sercu: Szymek, „nieatrakcyjny” z pozoru, okazał się bohaterem, kiedy bez namysłu rzucił się ratować dziewczynkę ze studni. To jego czyn, nie wygląd, zadecyduje, jaki będzie człowiek. Dobrać, odwaga, miłosierdzie — to prawdziwe cechy wielkości. Sąsiedzi, którzy wcześniej gardzili Kasią i jej synem, zostali zmuszeni uznać ich wartość wobec heroizmu Szymka. Ta historia pokazuje, iż uprzedzenia znikają w obliczu prawdziwych zalet — a najważniejszą lekcją jest umiejętność wybaczenia, niechowania urazy i postępowania adekwatnie, choćby gdy wobec nas nie byli sprawiedliwi. Jak powiedział Szymek: „Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. To jest adekwatne!” Ta opowieść przypomina, iż człowieczeństwo i współczucie zawsze zwyciężają nad złością i obojętnością, a prawdziwe piękno bije z wnętrza człowieka. Zachęcamy do refleksji: Czy zgadzasz się, iż dobroć, mimo wszelkich przeciwności, zawsze odnajduje swoją drogę i zmienia świat na lepsze? Jakie własne doświadczenia udowadniają, iż pozory mylą, a prawdziwe bogactwo człowieka tkwi w jego duszy?

twojacena.pl 16 godzin temu

Wynocha! Mówię ci, idź stąd! Co się tu szwendasz?! Elżbieta Majewska z trzaskiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią ogromny talerz z gorącymi pierogami i popchnęła chłopca z sąsiedztwa. Marsz stąd! Kiedy twoja matka w końcu zacznie się tobą zajmować?! Leniuch!

Chudy jak patyk, Mateusz, którego nikt już nie wołał po imieniu, bo dawno wyrobił sobie przydomek, spojrzał na surową sąsiadkę i powlókł się w stronę swojego ganku.

Ogromny dom podzielony na kilka mieszkań był zamieszkany tylko częściowo. W zasadzie mieszkały tu dwie i pół rodziny: Kowalscy, Semeniukowie i Karpowiczowie Zofia z Mateuszem.

Ci ostatni byli właśnie tą połówką, na którą nikt specjalnie nie zwracał uwagi i którą często ignorowano, dopóki nie pojawiła się jakaś pilna potrzeba. Zofii nie traktowano poważnie, więc i nie poświęcano jej dużo czasu.

Poza synem Zofia nie miała już nikogo. Ani męża, ani rodziców. Sama radziła sobie z życiem tak, jak potrafiła. Ludzie krzywo na nią patrzyli, ale rzadko miała z nimi konflikt chyba iż czasem pogoniono Mateusza, zwanego Konikiem z powodu jego chudych, długich nóg i rąk oraz za dużej głowy na cienkiej szyjce.

Konik był niepozorny, bojaźliwy, ale niezwykle dobry. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka, zaraz próbując je pocieszyć, za co nieraz obrywał od matek, które nie chciały mieć do czynienia z tym straszydłem jak go nazywały.

Kim jest to Straszydło, Mateusz nie wiedział, aż mama podarowała mu książkę o Dorotce i wtedy zrozumiał, dlaczego nazywają go w ten sposób.

Ale nie przejął się tym. Uważał, iż skoro ktoś tak go przezywa, czytał tę historię i wie, iż Straszydło było mądre i dobre, wszystkim pomagało, a na końcu samo stało się władcą pięknego miasta.

Zofia, usłyszawszy rozważania syna, nie wyprowadzała go z błędu uznała, iż nie ma w tym nic złego. Lepiej, by dziecko myślało o ludziach lepiej, niż są naprawdę.

I tak dość zła na tym świecie jej syn jeszcze zdąży się nim rozczarować. Niech w dzieciństwie przynajmniej się cieszy.

Zofia kochała syna ponad wszystko. Wybaczyła ojcu Mateusza to, iż ją zostawił, pogodziła się ze swoim losem już w szpitalu i ostro zbyła położną, która coś mruczała o tym, iż dziecko przyszło na świat nie takie, jak trzeba.

Proszę nie wymyślać! Mój syn jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie!
Kto się sprzecza? Tylko rozumu może mu nie starczyć… odpowiedziała z przekąsem położna.
To się jeszcze okaże! Zofia głaskała policzek maleństwa, łkając.

Przez pierwsze dwa lata bez przerwy woziła Mateusza po lekarzach i dopięła swego, by naprawdę się nim przejęli. Tłukła się starym autobusem do miasta, tuląc mocno owiniętego synka.

Nie przejmowała się współczującymi spojrzeniami, a jeżeli ktoś próbował ją uspokoić lub udzielać rad, natychmiast zmieniała się w łanię broniącą cielęcia:
Swoje daj do domu dziecka! Nie? To nie wtrącaj się w moje sprawy. Sama wiem!

Mateusz do drugiego roku życia wyrównał, przytył, i w rozwoju prawie nie różnił się od rówieśników. Ale przystojniakiem nie był: duża, trochę spłaszczona głowa, chudziutkie rączki i nóżki, a Zofia walczyła z jego niedowagą wszystkimi możliwymi sposobami.

Ograniczając wszystko dla siebie, Mateuszowi dawała to, co najlepsze. Efekty było widać: rzadziej chodziła już do lekarzy, a ci kręcili głowami, widząc, jak szczupła niczym leśny elf Zofia tuli najszczęśliwszego Konika w dzielnicy.

Takich mam ze świecą szukać! Dziecku groziła niepełnosprawność, a teraz? Patrzcie! Zuch! Mądrala!

Tak, mój chłopak taki właśnie jest!

Ale nie chodzi nam o chłopca, tylko o ciebie, Zosiu! Jesteś wspaniała!

Zosia tylko wzruszała ramionami, nie rozumiejąc tej pochwały. Czy to nie naturalne, iż matka kocha swoje dziecko i o nie dba? To nic nadzwyczajnego, po prostu robi, co powinna.

Gdy Mateusz miał iść do pierwszej klasy, już sprawnie czytał, pisał i liczył, choć trochę się jąkał co potrafiło przekreślić jego talenty.

Mateusz, wystarczy, dziękuję! ucinała jego czytanie nauczycielka, przekazując głos komuś innemu.

Potem na przerwach narzekała w pokoju nauczycielskim, iż chłopak jest wyjątkowy, ale nie da się go słuchać. Na szczęście dla Mateusza, po dwóch latach nauczycielka się zmieniła wyszła za mąż i poszła na urlop macierzyński. Do klasy przyszła pani Stanisława.

Pani Stanisława Krzeszowska była już w wieku, ale dzieci kochała tak jak dawniej. Zorientowała się szybko, z kim ma do czynienia. Porozmawiała z Zofią i skierowała ją do logopedy, a Konikowi poleciła zdawać prace pisemnie.
Twój styl pisania jest piękny! Bardzo miło mi je czytać!

Mateusz promieniał z euforii po jej pochwałach, a pani Stanisława czytała odpowiedzi chłopca na głos, podkreślając, jakie ma szczęście, iż ma takiego ucznia.

Zofia płakała z wdzięczności, chcąc ucałować dobre ręce tej nauczycielki, ale ta gwałtownie ucinała jej próby podziękowania:

Zwariowałaś? To mój zawód! Twój syn jest super, dobrze mu będzie, zobaczysz!

Mateusz do szkoły biegł podskokami, czym rozbawiał sąsiadów.

O, nasz Konik skacze! Chyba i nam czas do roboty! Boże, czemu natura pokarała tak dzieciaka? Po co on żyje?

Co sądzą o niej i o synu sąsiedzi, Zofia dobrze wiedziała, ale nie zamierzała się kłócić. Skoro komuś Bóg nie dał serca ani duszy, to nie zmusisz go do życzliwości.

Po co więc tracić czas, by zrozumieć, dlaczego ludzie bywają takimi? Lepiej wykorzystać go na coś pożytecznego na przykład zadbać o dom lub posadzić kolejną różę przy ganku.

Duże podwórko, z klombami pod każdym oknem i sadkiem za domem, nikt nie grodził, trzymając się niepisanej zasady: placyk przy ganku należy do mieszkania prowadzącego tam schodkami.

Zosina część była najładniejsza. Kwitły róże i wielki krzak bzu, a schody Zofia wyłożyła kawałkami płytek, które wybłagała u dyrektora domu kultury. Robili tam remont sterta stłuczonych płytek błyszczała na słońcu jak skarby z odległych krajów.

Proszę mi dać tę ceramikę! wtargnęła do gabinetu dyrektora.
Co chcesz?
Płytki! Oddajcie mi!

Na pragnienie Zofii dyrektor się roześmiał, ale pozwolił zabrać gruz. W pożyczonej taczce do późnego wieczora wybierała odłamki do własnego projektu.

Potem dumnie maszerowała przez całą wieś, pchając taczkę, w której siedział zadowolony Mateusz.

Na co jej te śmieci? dziwiły się sąsiadki, ale już po kilku tygodniach zaniemówiły z wrażenia, gdy zobaczyły, co Zofia z nich stworzyła.

Nigdy nie była w muzeum ani za granicą. Nie widziała greckich fresków ani bizantyjskich świątyń. Ale miała wyczucie smaku i wykorzystała to, co miała pod ręką. Ganek wyłożony kafelkami stał się miejscową atrakcją.

Patrz tylko! Toż to dzieło sztuki…

Na podziw Zofia nie reagowała. Największym komplementem były dla niej słowa syna:
Mamo, jak tu pięknie…

Mateusz, siadając na schodku, przesuwał palcem po mozaice i aż rozpromieniał się z radości. A Zofia znów wzruszała się do łez jej syn był szczęśliwy…

A nie miał zbyt wiele powodów do szczęścia w swoim życiu. W szkole czasem go pochwaliła nauczycielka, w domu mama zrobiła coś pysznego i go przytuliła, szepcząc, jaki to mądry i dobry chłopiec. Ot, i wszystkie radości.

Przyjaciół Konik miał niewielu nie nadążał za chłopakami, a czytać wolał niż kopać piłkę. Dziewczynki w ogóle do niego nie podchodziły, a najbardziej denerwowała się sąsiadka pani Elżbieta, która miała trzy wnuczki: pięcio-, siedmio- i dwunastoletnią.
choćby nie zbliżaj się do nich! groziła pięścią Konikowi. To nie są dziewczyny dla ciebie!

Co działo się w jej wymyślnej od trwałej fryzury głowie, pozostawało zagadką, ale Zofia kazała Mateuszowi trzymać się z daleka od Elżbiety i jej wnuczek.

Po co ją denerwować? Po co ma się rozchorować…

Konik przyznał mamie rację i trzymał dystans od sąsiadki. choćby tego dnia, gdy Elżbieta szykowała się do uroczystości, tylko przechodził obok, nie zamierzając dołączać do zabawy.

Jejku, grzechy moje ciężkie… westchnęła Elżbieta, przykrywając pierogi haftowaną serwetą. Powiedzą, iż skąpa jestem! Poczekaj!

Wybrała kilka pierogów i dobiegła do chłopca.
Masz! I żeby mi cię tu nie było! Mamy święto! Posiedź cicho, dopóki matka z pracy nie wróci, jasne?

Mateusz pokiwał głową i podziękował za pierogi, ale Elżbieta nie zwracała już na niego uwagi. Za chwilę pojawią się dzieci, przywiozą wnuczki, zjadą się krewni, czas zasiąść do stołu, a ona jeszcze nie ze wszystkim się wyrobiła. To urodziny najmłodszej i ukochanej wnuczki, Jadzi, które Elżbieta chciała urządzić z rozmachem. I syn sąsiadów, drobniutki, niepozorny Konik, zupełnie jej do tego nie pasował!

Po co straszyć dzieci tym wyłupiastym! Potem będą miały koszmary! Elżbieta westchnęła, przypominając sobie, jak odradzała Zofii zostawić dziecko przy sobie.

A komu, Zosiu, twoje dziecko?! Po co?! Szansy mu nie dasz. Zgnije gdzieś pod płotem!

Czy widziałaś mnie kiedyś z kieliszkiem w ręku? ripostowała Zofia bez namysłu.
To bez znaczenia. Z takiej nędzy, jak u ciebie, tylko jeden kierunek! Ty rodzicom nic nie zawdzięczasz, dziecku nic nie zostawisz! Co ty wiesz o byciu matką?! Lepiej oddaj, póki możesz!

Co jeszcze mam zrobić?! I jak ci nie wstyd?! Też jesteś matką!

Moim dzieciom sama dałam życie i wychowałam je. A co mu dasz? Nic! Pamiętaj to sobie!

Od tamtej pory Zofia przestała rozmawiać z Elżbietą. Przechodziła obok z dumą, niosąc swój wielki, nieporadny brzuch i nie zerkając na sąsiadkę.

Po co się złościsz, głupia! Przecież dobrze ci życzę! kręciła głową Elżbieta.
Twoje dobro brzydko pachnie! A ja mam mdłości! odwarknęła Zofia i głaskała brzuch, uspokajając jeszcze nieznanego Konika. Nie bój się, maluszku! Nikt cię nie skrzywdzi!

O ile i jak bardzo próbowano skrzywdzić Mateusza przez te osiem lat, Konik mamie nie mówił. Żal mu było jej Bardzo bolało szedł do kąta i po cichu płakał, nic nie mówiąc. Wiedział, iż mama by cierpiała bardziej od niego. Jego żal gwałtownie znikał jak woda po gęsi, bez śladu złości. Łzy dokładnie go oczyszczały i już po chwili nie pamiętał, kto i co powiedział tylko było mu żal dorosłych, którzy nie rozumieli rzeczy prostych.

Bo bez złości i żalu żyje się znacznie lżej…

Elżbiety Mateusz już dawno nie bał się, ale nie darzył ją miłością. Za każdym razem, gdy groziła mu palcem i rzucała nieprzyjemne słowa, Mateusz uciekał, aby nie widzieć jej złych oczu i nie słyszeć ostrych, jak brzytwa, zdań. Zapytajcie Konika, co o tym myśli, Elżbieta byłaby mocno zaskoczona.

Mateusz jej szczerze współczuł. Tak, jak tylko on umiał. Było mu żal tej kobiety, która marnowała swoje minuty na złość.

Minutki Mateusz cenił ponad wszystko. Zrozumiał już dawno, iż nie ma nic cenniejszego. Wszystko da się odzyskać oprócz czasu.

Tik-tak! mówi zegarek.

I już Nie ma minuty! Złap nie złapiesz! Przepadła Nikt jej nie wróci. Nie kupisz jej za żadne pieniądze ani nie wyprosisz choćby za najpiękniejszy papierek po cukierku.

Ale dorośli dziwnie tego nie rozumieli…

Wskoczywszy na parapet w swoim pokoju, Mateusz żuł pieroga i patrzył, jak na polanie za domem bawią się wnuczki Elżbiety z innymi dziećmi, świętując urodziny Jadzi. Solenizantka biegała w różowej sukience, niczym motyl, a Konik z fascynacją obserwował, wyobrażając ją sobie jako księżniczkę albo wróżkę.

Dorośli siedzieli przy stole na podwórku, dzieci ganiały z piłką aż do starej studni na końcu działki, gdzie była większa polana.

Kiedy tylko dzieciarnia pobiegła dalej, Mateusz od razu zgadł, gdzie są i pobiegł do sypialni mamy. Z tego okna dobrze widział całą polanę, więc długo przyglądał się zabawie, klaszcząc i ciesząc się szczęściem innych. Dopóki nie zaczęło się ściemniać.

Część dzieci wróciła do dorosłych, inni zaczęli nową zabawę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starej studni i właśnie to zwróciło uwagę Konika.

O tym, iż studnia jest niebezpieczna, dobrze wiedział. Mama wiele razy go ostrzegała:
Tam zbutwiałe drewno, nikt nie korzysta, ale woda tam jest. Jak wpadniesz koniec! Nawet, gdy zawołasz, nikt cię nie usłyszy. Rozumiesz? Nie zbliżaj się tam!

Nie będę!

Moment, w którym Jadzia potknęła się przy studni i zniknęła z pola widzenia, Mateusz przegapił zagapił się na chłopaków, którzy utworzyli krąg i o czymś rozmawiali. Rozejrzawszy się, nie dostrzegł różowej plamki i zamarł ze strachu.

Jadzi nie było na polanie…

Mateusz wybiegł na ganek i od razu zorientował się, iż Jadzi nie ma też przy stole z dorosłymi…

Dlaczego nie przyszło mu do głowy, iż trzeba wezwać pomoc nie umiał odpowiedzieć. Po prostu zleciał ze schodów i pobiegł na tyły domu, nie przejmując się, iż Elżbieta krzyczy za nim oburzona:

Powiedziałam, żebyś siedział w domu!

Dzieci bawiące się na polanie nie zwracały uwagi na Jadzię, nie zauważyły jej zniknięcia. Ani tego, iż Konik podbiegł do krawędzi studni i widząc coś jasnego na dnie, krzyknął:
Przytul się do ściany!

Bojąc się niechcący popchnąć dziewczynkę, Mateusz położył się na krawędzi studni, zwiesił nogi i zsuwając się po śliskich deskach, zanurzył się w ciemnościach.

Skoczył do studni, wiedząc, iż Jadzi każda minuta wydłuża się w wieczność.

Ona nie umiała pływać. To Mateusz wiedział na pewno nie raz mocował się na mieliźnie z Elżbietą i próbami nauczenia pływania wnuczki.

Jadzia nie nauczyła się pływać, a Konika się bała, przez babcię. Ale gdy połknęła kilka łyków zimnej, śmierdzącej wody, złapała się go kurczowo.

Już! Nie bój się! Jestem tu! objął Jadzię za szyję, jak pokazywała mu mama. Trzymaj się! Ja będę wołał!

Ręce mu się ślizgały po deskach, Jadzia ciągnęła go na dno, ale Mateusz z trudem, napełniając wąskie płuca powietrzem, wrzasnął najgłośniej jak mógł:
Pomocy!

Nie wiedział, iż dzieci z polany uciekły, gdy tylko woda pochłonęła jego wołanie. Nie wiedział, czy starczy mu sił na ratunek do czasu przyjścia dorosłych. Nie wiedział, czy ktoś go w ogóle usłyszy…

Wiedział jedno drobna dziewczynka w różowej sukni powinna żyć! Bo na świecie nie ma zbyt wiele piękna, tak samo jak czasu.

Jego krzyk na początku nikt nie usłyszał.

Elżbieta, wynosząc z pieca pieczoną gęś, rozejrzała się za wnuczką, chcąc się pochwalić gościom, i zamarła:

Jadzia, gdzie jest?!

Pijani goście początkowo nie zrozumieli, czego chce od nich roztrzęsiona gospodyni, która zaraz z hukiem postawiła potrawę na stole i wrzasnęła tak, iż zaniepokoili się choćby przechodnie na ulicy.

Mateusz jeszcze zdążył dwa razy krzyknąć, słabnąc, to ważne słowo:
Mamo…

I Zofia, wracając do domu z pracy, nagle przyspieszyła kroku, zapominając o chlebku. Minęła sklepik, nie zamieniwszy słowa z sąsiadkami i biegła ile sił do domu. Choć nie wiedziała, dlaczego, była pewna, iż musi się spieszyć…

Na podwórze wbiegła akurat wtedy, gdy Elżbieta złapała się za serce i osunęła się na schodach ganku Zofii. Bez chwili zastanowienia Zofia pobiegła na tył domu, gdzie zwykle bawił się Konik, i zdążyła usłyszeć głos syna, wołającego ją z oddali.

Jestem tu, synku!

Nie musiała zgadywać, skąd głos dobiega. Stara studnia straszyła ją od dawna prosiła w urzędzie, żeby ją zasypali lub przykryli czymś bezpiecznym niż spróchniała deska. Nie usłyszano jej. Chwiejny płotek Zofii nic nie dawał nikogo poza nią ta studnia nie obchodziła…

Nie było czasu w rozmyślania. Zofia pobiegła do domu, złapała sznurek do prania i, wybiegając na ganek, krzyknęła:

Za mną! Trzymać!

Na szczęście jeden z zięciów Elżbiety był trzeźwy i pojął w lot, o co chodzi Zofii. W mgnieniu oka zawiązał mocny węzeł, oplecenie Zofię liną:

Dawaj! Trzymam cię!

Jadzię Zofia wyciągnęła natychmiast. Dziewczynka owinęła się wokół niej, wtuliła i już nie odpuszczała. A Zofię aż trzęsło ze strachu.

Mateusza w ciemności nie mogła znaleźć…

Zaczęła się wtedy modlić tak, jak kiedyś na porodówce, kiedy błagała los, by dał jej syna, który nie chciał się urodzić:

Boże, nie zabieraj!

Z brakiem tchu, ręka wymacywała w zimnej wodzie. Chwilę później poczuła coś śliskiego i chudego przyciągnęła dar ciemnej wody i wyciągnęła syna, bojąc się sprawdzić, czy żyje… Wrzasnęła ile sił:
Ciągnij!

Unosząc się już nad wodą, usłyszała ciche, zachrypnięte:
Mamo…

Do wsi Mateusz wrócił po prawie dwóch tygodniach w miejskim szpitalu, jako bohater.

Jadzię wypisali wcześniej nałykała się wody, przestraszyła, miała tylko parę podrapań i porwaną suknię.

Mateusz miał złamany nadgarstek, trudności z oddychaniem, ale mama była blisko, a strach o Jadzię, którą odwiedzała go z rodzicami, minął. Mateusz cieszył się, iż wróci do domu do książek i ukochanego kota.

Synu drogi! Gdyby nie ty! płakała Elżbieta, obejmując opalonego Mateusza. Ja ci… wszystko dam!

Po co? wzruszył chudym ramieniem. Zrobiłem tylko to, co trzeba. Przecież jestem chłopakiem, prawda?

Elżbieta nie wiedziała co odpowiedzieć, więc tylko przytuliła chłopca nie mając pojęcia, iż ten niepozorny Konik, który zachowa przydomek na lata, za parę lat podciągnie ciężarówkę pełną rannych spod ostrzału. A potem nie patrząc, kto kim jest zrobi wszystko, aby ulżyć tym, którzy kiedyś, tak jak on, będą wołać: Mamo…

I na pytanie, po co to robi, skoro sam doświadczył zła? Mateusz odpowie:

Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze.

***

Drodzy czytelnicy!

Miłość matki nie zna granic. Mimo przeciwności i uprzedzeń, Zofia kochała syna nad życie. Jej oddanie i wiara w niego pozwoliły mu stać się dobrym, mądrym człowiekiem. To przypomnienie o niezwyciężonej sile rodzicielskiej miłości.

A prawdziwy bohater jest tu w sercu. Mateusz, nie taki z wyglądu, okazał się być bohaterem, rzucając się bez namysłu, by ratować życie. To czyn, nie wygląd, czyni człowieka wielkim. Dobroć, odwaga i miłosierdzie to najcenniejsze wartości.

Sąsiedzi, którzy pogardzali Zofią i synem, musieli uznać ich wartość po bohaterskim czynie Mateusza. Ta historia pokazuje, iż uprzedzenia ustępują wobec prawdziwych cnót, a największą lekcją pozostaje umiejętność wybaczania, niechowanie urazy i czynienie dobra mimo krzywd.

Jak powiedział Mateusz: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze.

Ta opowieść inspiruje, by pamiętać, iż człowieczeństwo i współczucie zawsze zwyciężają złość, a prawdziwe piękno promieniuje ze środka.

A wy, jak uważacie? Czy dobroć zawsze znajdzie drogę i zmieni świat na lepszy? Macie własne historie, gdy okazało się, iż wygląd to tylko pozory, a prawdziwe bogactwo tkwi w duszy człowieka?

Idź do oryginalnego materiału