Z przytłaczających dźwięków budzącego się Londynu – pisków i szumu komunikacji miejskiej, dzwoniących telefonów, przychodzących powiadomień, porannych wiadomości – twórcy wyławiają Maię Marten (Gal Gadot) i jej kilkuletniego syna Noaha (Rory Wilmot). Przed chorującym na cukrzycę chłopakiem kolejny dzień w szkole. Przed Maią, wpływową i renomowaną prawniczką, głośna medialnie rozprawa sądowa o podwójne morderstwo. Kobieta reprezentuje świadka koronnego, a oskarżonym jest, pojawiający się jedynie pobieżnie w telewizyjnych materiałach, gangster. Nie byle szeregowy kark, ale prawdziwa gruba ryba i szara eminencja miasta.
Przed pracą rytuały poranka. Odprowadzenie syna do szkoły, później godzinny jogging. Dla oczyszczenia umysłu, rozładowania napięcia, zachowania mentalnej higieny, trenowania dyscypliny i koncentracji. Dla przyjemności, bo Maia po prostu uwielbia biegać. W zdrowym ciele zdrowy duch. Prawniczka jednak nie zdąży choćby ustabilizować oddechu, bo nagle jej puls zbliży się do 160 uderzeń na minutę, gdy odbierze telefon, a po drugiej stronie słyszy szantażującego ją mężczyznę (Damian Lewis). Noah zginie, jeżeli w ciągu godziny nie zabijesz swojego klienta. Biegnij, Maia, biegnij. Nie zwlekaj. Nic nie knuj. Nie rozłączaj się, cały czas cię obserwuję. jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jeszcze dzisiaj przytulisz syna.
Narracyjnie skutecznym i utrzymującym uwagę zabiegiem jest zrealizowanie "Biegaczki" w czasie rzeczywistym. Godzina biegu z zadyszkami po turystycznym centrum Londynu oraz po kwadransie na prolog i finalną konfrontację. To działa, bowiem autentycznie nie ma ani minuty do stracenia. Reżyser, Kevin Macdonald, lokuje jednocześnie kilka zagadek i łamigłówek do rozwiązania. Tożsamość przestępcy, w obliczu zagrożenia życia syna, jest jednak sprawą drugorzędną. Przede wszystkim bowiem Maia musi w jakiś sposób przekazać informację, w co została wplątana. Nie może tego wykrzyczeć, nie może użyć żadnej technologii, nie może choćby na chwilę usiąść ani się wycofać i czegokolwiek zaplanować. Musi cały czas biec.
Musi też być szybka jak błyskawica, bo liczba przeszkód i problemów będzie rosła do kuriozalnych rozmiarów. Spodziewanego potrącenia przez samochód choćby nie warto wymieniać wśród piętrzących się perypetii. To drobnostka. Będą natomiast niesamowite skoki, ucieczki przed policją, pogoń za metrem i realizowanie przebiegłego podstępu. Kumulacja wyzwań, ciągły dopływ adrenaliny i pęd na złamanie karku, choć choćby ze złamanym zadanie nie wydaje się niewykonalne. W każdym razie, nic nieprzekraczającego możliwości Wonder Woman. Choć w obronie realizmu przychodzi anegdota o sile histerycznej, ponoć potwierdzonej medycznie. Zgodnie z nią matka jest w stanie podnieść samochód, ratując życie swojego dziecka. To tylko pierwszy z brzegu przykład.
Natomiast "Biegaczka" stara się pierwszym z brzegu akcyjniakiem nie być. To dzięki bardziej i mniej subtelnie wplatanym ważkim tematom. Jak na przykład przesadna psychoanaliza Mai. Godzinny wyścig z czasem na niektórych odcinkach przemienia się w sesję terapeutyczną prawniczki. Szantażysta wyciąga z niej mroczne sekrety, wypytuje o sprawy intymne i uczuciowe, grzebie w traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa. Oczywiście bohaterowie musieli o czymś ze sobą rozmawiać – by podtrzymać dramaturgię, wzbudzać ciekawość i zbudować jakąś relację, ale kolejne wątki stereotypowej psychoanalizy są jak kłody pod nogi w tej prostolinijnej fabułce.
Celniejsze są tu natomiast refleksje nad współczesnym uzależnieniem od technologii, przenoszeniem relacji do mediów społecznościowych i informacyjnym przebodźcowaniem. Macdonald przypomina, iż nic nie jest w stanie zastąpić rzeczywistego kontaktu, bezpośredniej rozmowy ani prawdziwego dotyku. "Biegaczka" jest filmem gęstym, pospiesznym, gorączkowym i efekciarskim. To kino o naszych czasach i na nasze czasy. Może choćby zainteresować na tyle, iż kciuki odpoczną od scrollowania.
Przed pracą rytuały poranka. Odprowadzenie syna do szkoły, później godzinny jogging. Dla oczyszczenia umysłu, rozładowania napięcia, zachowania mentalnej higieny, trenowania dyscypliny i koncentracji. Dla przyjemności, bo Maia po prostu uwielbia biegać. W zdrowym ciele zdrowy duch. Prawniczka jednak nie zdąży choćby ustabilizować oddechu, bo nagle jej puls zbliży się do 160 uderzeń na minutę, gdy odbierze telefon, a po drugiej stronie słyszy szantażującego ją mężczyznę (Damian Lewis). Noah zginie, jeżeli w ciągu godziny nie zabijesz swojego klienta. Biegnij, Maia, biegnij. Nie zwlekaj. Nic nie knuj. Nie rozłączaj się, cały czas cię obserwuję. jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jeszcze dzisiaj przytulisz syna.
Narracyjnie skutecznym i utrzymującym uwagę zabiegiem jest zrealizowanie "Biegaczki" w czasie rzeczywistym. Godzina biegu z zadyszkami po turystycznym centrum Londynu oraz po kwadransie na prolog i finalną konfrontację. To działa, bowiem autentycznie nie ma ani minuty do stracenia. Reżyser, Kevin Macdonald, lokuje jednocześnie kilka zagadek i łamigłówek do rozwiązania. Tożsamość przestępcy, w obliczu zagrożenia życia syna, jest jednak sprawą drugorzędną. Przede wszystkim bowiem Maia musi w jakiś sposób przekazać informację, w co została wplątana. Nie może tego wykrzyczeć, nie może użyć żadnej technologii, nie może choćby na chwilę usiąść ani się wycofać i czegokolwiek zaplanować. Musi cały czas biec.
Musi też być szybka jak błyskawica, bo liczba przeszkód i problemów będzie rosła do kuriozalnych rozmiarów. Spodziewanego potrącenia przez samochód choćby nie warto wymieniać wśród piętrzących się perypetii. To drobnostka. Będą natomiast niesamowite skoki, ucieczki przed policją, pogoń za metrem i realizowanie przebiegłego podstępu. Kumulacja wyzwań, ciągły dopływ adrenaliny i pęd na złamanie karku, choć choćby ze złamanym zadanie nie wydaje się niewykonalne. W każdym razie, nic nieprzekraczającego możliwości Wonder Woman. Choć w obronie realizmu przychodzi anegdota o sile histerycznej, ponoć potwierdzonej medycznie. Zgodnie z nią matka jest w stanie podnieść samochód, ratując życie swojego dziecka. To tylko pierwszy z brzegu przykład.
Natomiast "Biegaczka" stara się pierwszym z brzegu akcyjniakiem nie być. To dzięki bardziej i mniej subtelnie wplatanym ważkim tematom. Jak na przykład przesadna psychoanaliza Mai. Godzinny wyścig z czasem na niektórych odcinkach przemienia się w sesję terapeutyczną prawniczki. Szantażysta wyciąga z niej mroczne sekrety, wypytuje o sprawy intymne i uczuciowe, grzebie w traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa. Oczywiście bohaterowie musieli o czymś ze sobą rozmawiać – by podtrzymać dramaturgię, wzbudzać ciekawość i zbudować jakąś relację, ale kolejne wątki stereotypowej psychoanalizy są jak kłody pod nogi w tej prostolinijnej fabułce.
Celniejsze są tu natomiast refleksje nad współczesnym uzależnieniem od technologii, przenoszeniem relacji do mediów społecznościowych i informacyjnym przebodźcowaniem. Macdonald przypomina, iż nic nie jest w stanie zastąpić rzeczywistego kontaktu, bezpośredniej rozmowy ani prawdziwego dotyku. "Biegaczka" jest filmem gęstym, pospiesznym, gorączkowym i efekciarskim. To kino o naszych czasach i na nasze czasy. Może choćby zainteresować na tyle, iż kciuki odpoczną od scrollowania.














