Przez siedem lat można wiele zdziałać. Tak długi okres pozwala zespołom przemyśleć pewne kwestie, rozwinąć pomysły i dopracować materiał niemal do najmniejszych szczegółów. Czas więc sprawdzić, czy brytyjski Sellsword dobrze wykorzystał ten czas.
Sellsword to taki typ zespołu, który od pierwszych sekund swojej twórczości dokładnie wie, co chce grać. Nie próbuje na siłę podążać za modą, nie zmienia stylistyki z każdą kolejną płytą i przede wszystkim nie wstydzi się swoich inspiracji. Brytyjska formacja z Yorku od lat konsekwentnie rozwija swój charakterystyczny styl, będący połączeniem heavy metalu, power metalu, epickich melodii i symfonicznych akcentów. Po siedmiu latach od wydania „...Unto the Breach” otrzymujemy trzeci pełnowymiarowy album – „...With Might and Vengeance”. Już sam tytuł doskonale oddaje jego charakter. Płyta ujrzała światło dzienne 31 lipca.
Ogromnym atutem „...With Might and Vengeance” jest wokal Nathana Harrisona. Jego głos bardzo dobrze współgra z tego typu muzyką. Nie próbuje na siłę rywalizować z gitarami, ale potrafi nadać refrenom odpowiednią moc i podkreślić ich podniosły charakter. Szczególnie dobrze wypadają momenty, w których wokal łączy się z chóralnymi partiami oraz monumentalnymi, epickimi melodiami.
Gitarzyści Henry Mahy i Jaymz Stephenson również mają tutaj sporo do powiedzenia. Ich partie są melodyjne, ale nie brakuje technicznych zagrywek, efektownych solówek oraz gitarowych pojedynków. Zespół zapowiadał zresztą przed premierą większy nacisk na technicznie dopracowane podwójne solówki i bardziej epickie melodie – i rzeczywiście jest to jeden z elementów, który wyraźnie odróżnia nowy album od wcześniejszych dokonań.
Nie oznacza to jednak, iż Sellsword nagle stał się zespołem progresywnym. Absolutnie nie. Ich muzyka w dalszym ciągu pozostaje przystępna, melodyjna i przede wszystkim nastawiona na emocje. jeżeli ktoś szuka tutaj eksperymentów, nieoczywistych rozwiązań i łamania utartych schematów, może poczuć pewien niedosyt. o ile natomiast oczekujecie klasycznego, epickiego power/heavy metalu z charakterem, trudno będzie narzekać.
Oczywiście można znaleźć podobieństwa do zespołów pokroju HammerFall, Fellowship czy Krilloan, ale Brytyjczycy mają własny pomysł na tę muzykę i nie są jedynie kolejną kopią bardziej znanych przedstawicieli gatunku. Sellsword potrafi wykorzystać sprawdzone rozwiązania, jednocześnie dodając do nich własny pierwiastek.
Czy jest to album idealny? Niestety nie. Momentami można odnieść wrażenie, iż zespół zbyt mocno trzyma się sprawdzonej formuły. Przy tak długim materiale nie wszystkie kompozycje zapadają w pamięć równie mocno, a niektórym brakuje tego charakterystycznego „czegoś”, co sprawiłoby, iż chciałoby się do nich wracać jeszcze długo po zakończeniu odsłuchu. Największym problemem jest chyba brak wyrazistych hitów – utworów, które natychmiast chwytają za gardło i zostają z nami na dłużej. Płytę otwiera krótkie, instrumentalne „With Might and Vengeance”, które działa niczym intro przed rozpoczęciem wielkiej bitwy. Chwilę później wkracza „The Bringers of War” i od razu wiadomo, iż Sellsword nie przyjechał tutaj brać jeńców. Jest ciężko, melodyjnie i niezwykle epicko.
Jednym z najmocniejszych punktów albumu jest „Saxon Steel”. Utwór, znany już z wcześniejszego singla, świetnie sprawdza się również w kontekście całej płyty i należy do tych kompozycji, które najlepiej pokazują potencjał zespołu. Z kolei „Warwolf” odsłania nieco mroczniejsze oblicze Brytyjczyków, natomiast „Mighty Mercenaries” powraca do bardziej przebojowego i bezpośredniego stylu.
Dużo dobrego dzieje się również w „Reignite the Flame” oraz „Boadicea, Rise!”. Oba utwory pokazują, iż Sellsword potrafi umiejętnie budować napięcie, łączyć podniosłość z melodyjnością i tworzyć kompozycje, które dobrze wpisują się w epicki charakter całego wydawnictwa.
Warto wspomnieć także o „New Gods”, który należy do najbardziej rozbudowanych utworów na płycie. Jest tutaj więcej atmosfery i przestrzeni, ale zespół nie traci swojego charakterystycznego pazura. To jeden z tych momentów, w których Sellsword próbuje wyjść poza utarte ramy, choć przez cały czas pozostaje wierny swojej stylistyce. Prawdziwą próbą cierpliwości dla słuchacza okazuje się natomiast finałowe „The Age of Night” – ponad czternaście minut muzyki. To ambitne zakończenie albumu, w którym Sellsword pozwala sobie na znacznie większy rozmach. Kompozycja rozwija się stopniowo i pokazuje, iż zespół ma ambicje, by budować coś więcej niż tylko zestaw pojedynczych, melodyjnych utworów. Szkoda jedynie, iż podobnej wizji i konsekwencji nie udało się utrzymać na całym albumie.
Sellsword niewątpliwie potrafi grać i ma spory potencjał w tym, co robi. Umiejętnie miesza epickość, podniosłość, symfoniczne smaczki i heavy/power metalową melodyjność, tworząc przy tym interesujący klimat. Problem polega jednak na tym, iż wszystkie te elementy nie składają się ostatecznie na wielką płytę. . ".With Might and Vengeance” to album solidny, dopracowany i szczery, ale zabrakło na nim większej liczby naprawdę zapadających w pamięć kompozycji, bardziej wciągających melodii oraz wyraźniejszego pomysłu na spójną całość. Sellsword ma wszystkie potrzebne narzędzia, by nagrać coś naprawdę wyjątkowego. Tym razem zabrakło jednak tego jednego kroku, który dzieli dobrą płytę od albumu, do którego chce się wracać latami. Szkoda, bo potencjał jest tutaj naprawdę duży.
Ocena: 7/10
















