Samotność w wersji premium, czyli dlaczego medytacja nie zastąpi krawężnika
Żyjemy w najwspanialszych czasach w historii ludzkości. Mamy aplikacje, które przypominają nam o piciu wody, algorytmy analizujące fazy naszego snu i całe zastępy certyfikowanych specjalistów gotowych za jedyne trzysta złotych za godzinę nauczyć nas, jak prawidłowo oddychać, kiedy wszystko wokół płonie. Jesteśmy najlepiej zaopiekowanymi, najbardziej zoptymalizowanymi i jednocześnie najbardziej samotnymi istotami, jakie kiedykolwiek stąpały po tej planecie.
Ostatnio stałam w samym środku domowej awantury – z tych, w których powietrze robi się tak gęste, iż można by je kroić nożem do chleba. I wiecie, co zrobiłam? Nie, nie włączyłam tybetańskich mis gongowych na Spotify. Nie odpaliłam też pięciostopniowej procedury radykalnej akceptacji.
"Zadzwoniłam do przyjaciółki. Kobieta, która odebrała telefon, była w takim niedoczasie, iż prawdopodobnie nie była pewna, czy mamy w tej chwili wtorek, czy może już sierpnień. Jej własny kalendarz przypominał partię Tetrisa graną na najwyższym poziomie trudności przez trzylatka."
A jednak dziesięć minut później stałyśmy razem pod blokiem, dzieląc na pół kostki czekolady. I nagle cały ten nowoczesny, skomplikowany świat ze swoimi złotymi radami po prostu przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Wielki quiz nowoczesnego oświecenia
W tym miejscu musimy zadać sobie pytanie, które rzadko pojawia się na designerskich grafikach z cytatami motywacyjnymi:
Pomyśl o tym przez chwilę. Kupujesz kolejną książkę o stawianiu granic, idziesz na warsztaty z zarządzania stresem, a potem wracasz do pustego mieszkania i jedyne, co słyszysz, to szum własnej lodówki. Zostaliśmy wyszkoleni w tym, jak radzić sobie ze sobą w pojedynkę, jakbyśmy byli jednoosobowymi korporacjami wymagającymi stałego audytu.
Zastanawiał się ktoś kiedyś, dlaczego tak chętnie przyjmujesz rady od instagramowych guru, którzy każą ci „odnaleźć wewnętrzny spokój w ciszy”, zamiast po prostu przyznać, iż potrzebujesz kogoś, kto posiedzi z tobą na brudnym krawężniku i posłucha, jak bardzo masz wszystkiego dość?
Może dlatego, iż cisza nie zadaje trudnych pytań. Cisza nie wymaga od nas pokazania się w stanie całkowitej emocjonalnej ruiny.
Apokalipsa i czekolada, czyli upadek podręczników
Kiedy stoisz na ulicy z kimś, kto rzucił swój własny życiowy pożar, żeby gasić twój, dociera do ciebie genialny absurd sytuacji. Wszystkie mądre artykuły o „higienie relacji” i „nieprzejmowaniu cudzych problemów” natychmiast trafiają tam, gdzie ich miejsce – do kosza na śmieci.
Z punktu widzenia współczesnej psychologii rynkowej, moja przyjaciółka popełniła kardynalny błąd. Nie postawiła asertywnej granicy. Nie powiedziała: „Monika, to nie są moje emocje, pogadajmy w przyszły piątek, o ile mój asystent znajdzie wolny slot”.
Zamiast tego bezczelnie złamała zasady zdrowego egoizmu i przyniosła czekoladę. I to było najpiękniejsze. Ta prymitywna, niemal prehistoryczna metoda ratunkowa – fizyczna obecność i cukier – zadziałała lepiej niż jakikolwiek internetowy poradnik.
Okazało się, iż choćbyśmy nie wiem jak bardzo różnili się od siebie nawykami, poglądami czy stopniem zorganizowania, to właśnie ta bezkompromisowa obecność daje siłę, by przetrwać kolejny wtorek. Albo sierpień.
Cud niejedzenia do końca
Nie zjadłyśmy tej czekolady do końca. Pewnie i dobrze dla naszych organizmów, ale nie o czysty bilans kaloryczny tu chodziło. Chodziło o sam akt dzielenia się czymś tak banalnym w momencie, gdy grunt usuwa ci się spod nóg.
Świat próbuje nas przekonać, iż jesteśmy samowystarczalnymi wyspami, które potrzebują jedynie dobrego Wi-Fi i odpowiedniej suplementacji. To kłamstwo. Kiedy wybucha ogień, aplikacje nie gaszą pożarów. Robią to ludzie, którzy decydują się pobrudzić sobie ręce naszym popiołem.
Wszyscy rozpaczliwie potrzebujemy kogoś, przy kim nie musimy być projektem w procesie ciągłego doskonalenia. Kogoś, kto po prostu jest – zmęczony, zalatany, z telefonem wibrującym od nieodebranych połączeń, ale bezdyskusyjnie obecny. Bo ostatecznie, kiedy opadnie dym ze wszystkich życiowych awantur, zostajemy tylko my, pusty krawężnik i ta nieszczęsna, nadtopiona czekolada, której i tak nie ma z kim podzielić.
Chcesz zejść głębiej pod powierzchnię codziennych fasad i dotknąć autentycznych, egzystencjalnych pytań?


