Cole Reed (Jason Statham) to były żołnierz i były policjant, który po latach służby dla korony brytyjskiej kontynuuje karierę jako najbardziej zaufany ochroniarz pewnego poczciwego i praworządnego miliardera z Bangkoku. Biznesmen, myśląc o przejściu na emeryturę i sprzedaniu firmy, zdobył majątek, rozbudowując przez lata flotę frachtowców. To jednak działalność wyjątkowo wrażliwa i nieprzewidywalna. Zagrożeniem są tu nie tylko zdradzieckie warunki pogodowe. Kontenery są bowiem idealnym narzędziem i przykrywką dla wszelakiego rodzaju przemytu: rzeczy, substancji czy ludzi. Knujących przeciw zamożnemu właścicielowi więc nie brakuje. W końcu dochodzi do zamachu na jego życie. Z pułapki bez szwanku wychodzi jednak nasz bodyguard,
Już od początku sprawa nie była skomplikowana, ale teraz jest już naprawdę prosta. Reed musi wyrównać rachunki, dokonać zemsty, zdemaskować spiskowców. W skrócie: obić mordy dziesiątkom uzbrojonych po zęby zakapiorów. Dzień jak co dzień. Okoliczności są zaś wyjątkowo fotogeniczne: wielki statek towarowy na pełnym morzu wygląda cokolwiek majestatycznie, a mieniące się różnymi kolorami kontenery skrywają liczne tajemnice i tworzą wielopoziomowy labirynt. Idealny do krwawej zabawy w kotka i myszkę.
Widzieliście ten film już milion razy, choćby jeżeli rozgrywał się w innej scenerii. "Buntownik" w całkiem satysfakcjonujący sposób wieńczy czteroczęściową serię Stathama, rozpoczętą "Pszczelarzem" i rozwiniętą w "Fachowcu" i "Samotniku". To cykl, o którym będą pamiętać pokolenia, mający szansę na zyskanie kultowego statusu. Tych filmów nie łączą bowiem drobnostki: jedno uniwersum, jedna fabularna linia czy powracające postaci. Łączy je jednak wszystko inne – to co naprawdę ważne. Szorstka, chropowata strona estetyczna, nostalgiczna aura akcyjniaków epoki VHS i temat vendetty. Oraz – oczywiście – główny bohater: zepchnięty na społeczny margines weteran i ostatni sprawiedliwy w jednym. To człowiek, z którym nie warto zadzierać. Taki, który samodzielnie rozprawi się z całą rosyjską armią i okupi to jedynie kilkoma kroplami… potu.
"Buntownik" Jean-François Richeta to film o liniowej fabule, w którym "rozgrywka" polega na podążaniu korytarzem. Najpierw protagonista musi przedostać się na kontenerowiec, później zidentyfikować przestępczy proceder, a potem, prawie w pojedynkę, pokonać coraz silniejszych przeciwników. Ci początkowo uzbrojeni są w śmieszne noże czy niegroźne pistolety, a później w siejące spustoszenie karabiny czy inną broń maszynową. Liczba najemników oraz ich muskulatura rośnie rzecz jasna w postępie geometrycznym. W finale – bez zaskoczeń – bohatera czeka konfrontacja ze złym do szpiku kości bossem. W przypadku "Buntownika" mamy tu choćby delikatne przymrużenie oka: morski kontekst pozwala wprowadzić zabawne odwołanie do pojedynków Piotrusia Pana z kapitanem Hakiem.
Czy nie w ten właśnie sposób powstają w kinie legendy? W odległości kilkudziesięciu mil pływa patrolujący statek amerykańskiej marynarki. Wojsko odbiera sygnał alarmowy od okupowanego kontenerowca i czym prędzej zmierza na pomoc. Na pokładzie cała armia wyszkolonych marines pod dowództwem doświadczanego generała i niezliczone ilości ofensywnego sprzętu. Rozprawiliby się z przemytnikami w mgnieniu oka. Co jakiś czas przeskakujemy między wojskowym okrętem a Creedem, nokautującym kolejnych zbirów przy użyciu pięści. I to zestawienie wywołuje całkiem interesujący efekt: momentami kuriozalny, umniejszający faktycznemu zagrożeniu i sugerujący, iż Amerykanie nie muszą się aż tak spieszyć. Creed uzbrojony w nożyczki przecież sobie poradzi. Kiedy indziej jednak montażowe porównanie daje wrażenie skali. Nasz ochroniarz to przecież one army man. Prawdziwy zawodowiec. Jason Statham, niezniszczalny. Tym razem choćby nie trzeba tego wypowiadać na głos.
Już od początku sprawa nie była skomplikowana, ale teraz jest już naprawdę prosta. Reed musi wyrównać rachunki, dokonać zemsty, zdemaskować spiskowców. W skrócie: obić mordy dziesiątkom uzbrojonych po zęby zakapiorów. Dzień jak co dzień. Okoliczności są zaś wyjątkowo fotogeniczne: wielki statek towarowy na pełnym morzu wygląda cokolwiek majestatycznie, a mieniące się różnymi kolorami kontenery skrywają liczne tajemnice i tworzą wielopoziomowy labirynt. Idealny do krwawej zabawy w kotka i myszkę.
Widzieliście ten film już milion razy, choćby jeżeli rozgrywał się w innej scenerii. "Buntownik" w całkiem satysfakcjonujący sposób wieńczy czteroczęściową serię Stathama, rozpoczętą "Pszczelarzem" i rozwiniętą w "Fachowcu" i "Samotniku". To cykl, o którym będą pamiętać pokolenia, mający szansę na zyskanie kultowego statusu. Tych filmów nie łączą bowiem drobnostki: jedno uniwersum, jedna fabularna linia czy powracające postaci. Łączy je jednak wszystko inne – to co naprawdę ważne. Szorstka, chropowata strona estetyczna, nostalgiczna aura akcyjniaków epoki VHS i temat vendetty. Oraz – oczywiście – główny bohater: zepchnięty na społeczny margines weteran i ostatni sprawiedliwy w jednym. To człowiek, z którym nie warto zadzierać. Taki, który samodzielnie rozprawi się z całą rosyjską armią i okupi to jedynie kilkoma kroplami… potu.
"Buntownik" Jean-François Richeta to film o liniowej fabule, w którym "rozgrywka" polega na podążaniu korytarzem. Najpierw protagonista musi przedostać się na kontenerowiec, później zidentyfikować przestępczy proceder, a potem, prawie w pojedynkę, pokonać coraz silniejszych przeciwników. Ci początkowo uzbrojeni są w śmieszne noże czy niegroźne pistolety, a później w siejące spustoszenie karabiny czy inną broń maszynową. Liczba najemników oraz ich muskulatura rośnie rzecz jasna w postępie geometrycznym. W finale – bez zaskoczeń – bohatera czeka konfrontacja ze złym do szpiku kości bossem. W przypadku "Buntownika" mamy tu choćby delikatne przymrużenie oka: morski kontekst pozwala wprowadzić zabawne odwołanie do pojedynków Piotrusia Pana z kapitanem Hakiem.
Czy nie w ten właśnie sposób powstają w kinie legendy? W odległości kilkudziesięciu mil pływa patrolujący statek amerykańskiej marynarki. Wojsko odbiera sygnał alarmowy od okupowanego kontenerowca i czym prędzej zmierza na pomoc. Na pokładzie cała armia wyszkolonych marines pod dowództwem doświadczanego generała i niezliczone ilości ofensywnego sprzętu. Rozprawiliby się z przemytnikami w mgnieniu oka. Co jakiś czas przeskakujemy między wojskowym okrętem a Creedem, nokautującym kolejnych zbirów przy użyciu pięści. I to zestawienie wywołuje całkiem interesujący efekt: momentami kuriozalny, umniejszający faktycznemu zagrożeniu i sugerujący, iż Amerykanie nie muszą się aż tak spieszyć. Creed uzbrojony w nożyczki przecież sobie poradzi. Kiedy indziej jednak montażowe porównanie daje wrażenie skali. Nasz ochroniarz to przecież one army man. Prawdziwy zawodowiec. Jason Statham, niezniszczalny. Tym razem choćby nie trzeba tego wypowiadać na głos.

















